Piotr Odoszewski o "KRÓTKIM METRAŻU": "Wiedziałem, kto może poczuć ten klimat" [WYWIAD]
Piotr Odoszewski pod koniec 2025 roku zainicjował projekt "KRÓTKI METRAŻ", którego myśl przewodnia była prosta - make live music great again. Na dodatek do współpracy zaprosił czołowych artystów polskiej sceny muzycznej, którzy nadali całości wyjątkowe barwy. W rozmowie z Interią Muzyka Piotr opowiada o kulisach powstawania projektu oraz o emocjonalności, która od czasów "Nie szkodzi" niezmiennie stanowi fundament jego twórczości.

Wiktor Fejkiel: Musimy zacząć naszą rozmowę od tak unikalnego projektu, jakim jest "KRÓTKI METRAŻ". Jaka jest jego geneza?
Piotr Odoszewski: - Czuję jakąś taką ogromną potrzebę grania muzyki na żywo i mam wrażenie, że ludzie dookoła mnie mają podobne odczucia - choć branża się rozrasta, to muzyki na żywo nadal jest mało. Jeśli jest jakaś rzecz, na której się oszczędza, to na muzykach i koncertach - moim zdaniem to absurdalne. Staram się wyjść temu naprzeciw i wrócić do korzeni. Wszystkie nagrania z "KRÓTKIEGO METRAŻU" nagrywane były na setkę - co też ostatnio wdrażam do swojej solowej twórczości.
Od długiego czasu chodziła ci ta myśl po głowie?
- Tak, ale sama akcja była dość spontaniczna. Od momentu napisania do zaangażowanych członków, do finalnej realizacji minął nieco ponad tydzień. Wszyscy zrobili to z potrzeby serca, czystej zajawki. To też doskonale było widać na planie, że choć dość naturalnie pojawiało się wiele chaotycznych i nieprzewidzianych rzeczy, to wszyscy podchodzili do tego z wielkim entuzjazmem.
Domyślam się, że logistyka ogarnięcia tak wielu coverów z tak wieloma artystami, nie należała do najprostszych…
- To prawda, ale koniec końców się udało nagrać wszystkie covery, które mieliśmy zaplanowane. Dla każdego z gości mieliśmy przeznaczone dwie godziny realizowania i z każdym nagrywaliśmy dwa numery: jeden z mojej dyskografii, drugi z dyskografii danego gościa. No i pomimo tego wszechobecnego chaosu, mam wrażenie, że wszyscy dość dobrze się tam czuli - co też słychać na tych nagraniach. Cieszę się, że wszystko udało się tak fajnie ogarnąć, bo nieustannie wierzę, że fundamentem muzyki jest po prostu jej granie.
Miałeś jakiś klucz, według którego dobierałeś zaproszonych gości?
- To była czysta intuicja. Wiedziałem, kto może poczuć ten klimat, kogo może to zainteresować. Okazało się, że nie miałem żadnych pustych strzałów, wszystkie osoby do których napisałem wyraziły chęć zaangażowania się w projekt, pomimo napiętych grafików. Natomiast jeśli jakiś klucz był, to podświadomy, bo wspólnym mianownikiem zaproszony artystów jest to, że bardzo ich szanuję za twórczość i że muzyka jest dla nich tą główną gałęzią zawodową. Nie chciałbym, żeby był to jakiś influencer czy celebryta, który sobie tworzy piosenkę na potrzeby promowania nowej kolekcji na przykład kosmetyków. Chciałem, żeby byli to ludzie, którzy stawiają muzykę ponad wszystko.
Rezultatem tego okazał się projekt, który zaangażował wielu różnorodnych artystów - od Livki, przez Wiktora Waligórę, po Ralpha Kaminskiego. Jak odnalazłeś się na tylu nie swoich numerach? Udało ci się w każdym z tych numerów znaleźć "coś dla siebie"?
- Mówiąc szczerze, najwięcej obaw miałem przy "Ale mi smutno" z Ralphem, bo ta aranżacja była totalnie inna od oryginału i bałem się, czy to udźwigniemy bez żadnej wcześniejszej próby - jedynie rozmawiając o swoich wizjach i referencjach przez internet. Więc do momentu pierwszego wydania z siebie dźwięku, nie byłem pewny, czy to się uda. Teraz mam wrażenie, że to jeden z moich ulubionych numerów z tej płyty, właśnie ze względu na to, że jest totalnie inny. Dużą zasługą jednak tego mojego good feelingu byli ludzie, którymi się otaczałem. Towarzyszyli mi sami świetni rzemieślnicy, którzy całe swoje życie poświęcili graniu muzyki - wystarczy im tylko dać swobodę i dzieją się cuda. Do tego mam wrażenie, że poprzez wspaniałą atmosferę, jaka tam panowała, wszyscy zapominali o kamerze, która ciągle była włączona i nas rejestrowała.
Ta atmosfera o której mówisz, bywa kluczowa przy takich projektach. Wracając jednak do doboru tracków - zależało ci, byś z każdym z tych numerów gości potrafił rezonować?
- Nie chciałem narzucać im konkretnego numeru z ich dyskografii, który muszą ze mną zaśpiewać. To w pełni leżało po stronie gościa. Mogę natomiast odpowiedzieć po fakcie, że z każdym z numerów z dość dużą łatwością wchodziłem w te (najczęściej) drugie zwrotki - czułem się w nich naprawdę dobrze. Natomiast tak jak mówię, ta decyzyjność nie była po mojej stronie.
Jesteś w stanie wskazać jeden numer, który jest twoim ulubionym ze wszystkich z "KRÓTKIEGO METRAŻU"?
- Lubię bardzo "nad ranem" zarówno z Livką, jak i Darią ze Śląska, lubię "EVIVALARTE" z KiNim - to takie pierwsze strzały. Nie mogę też pominąć oczywiście wspomnianego już "Ale mi smutno", który nie dość, że jest sam w sobie piękny, to jeszcze udało mi się nagrać coś z taką personą.
Słyszałem wiele porównań twojego projektu do legendarnej serii NPR - "Tiny Desk". Jak ty się odnosisz do tego typu głosów? Choć zdaję sobie sprawę, że to są dwa kompletnie inne projekty, tych podobieństw jest sporo.
- Jeżeli już na starcie projekt, który zakłada muzykę graną na żywo, jest porównywany do "Tiny Desk", to znaczy, że tych inicjatyw w Polsce jest zdecydowanie za mało i trzeba robić tego znacznie więcej. Szczególnie, że odnoszę wrażenie, że popyt na to wzrasta i ludziom się to podoba. Nie ukrywam, że jest to jakieś takie moje długofalowe marzenie, by mieć projekt jak "Tiny Desk" w polskiej skali pod sobą. Natomiast widzę, że do tego daleka droga, a "KRÓTKI METRAŻ" to jakiś początek wprowadzania muzyki na żywo do mainstreamu.
Pojawiały się pokusy, by "KRÓTKI METRAŻ" doczekał się swojej trasy koncertowej, czy w tej spontaniczności ten projekt się zamknie, a live band zostawisz na solową trasę?
- Choć byłoby to coś wspaniałego, to myślę, że ten proces przygotowań był na tyle krótki, że nie miałem głowy, by coś takiego inicjować. Oczywiście, że takie pokusy się pojawiały - to by było coś niesamowitego i może jeszcze coś takiego się wydarzy, nie mówię nie. Ale przyznam też, że jeszcze nie poczyniłem żadnych konkretnych kroków w stronę tego.
Odejdźmy na moment od "KRÓTKIEGO METRAŻU". W połowie września wydałeś EP-kę "NAD RANEM", która jest dowodem na to, z jaką łatwością przychodzi ci mówienie o emocjach, bez chowania się za rozbudowanymi metaforami. To jest coś, co przychodzi ci naturalnie?
- Nie lubię konwenansów, small talków czy sytuacji, w których musisz zachować się z daną osobą w konkretny sztuczny sposób, "bo tak wypada". Nie mam więc problemu, by na co dzień rozmawiać o emocjach, przychodzi mi to dość naturalnie. Może właśnie dlatego, że w życiu prywatnym przychodzi mi to naturalnie, to jednocześnie czuję, że każdy wers mojego tekstu musi być "jakiś". Wydaje mi się, że kluczowe jest przeżycie czegoś, o czym potem będziesz mógł napisać.
Dobrym przykładem tego jest też "Nie szkodzi", wspólny numer z Paulą Biskup, który idealnie wpisuje się w definicje "wyciskacza łez"…
- To prawda, "Nie szkodzi" to piękny numer i bardzo się cieszę, że mogłem być jego częścią, co też wyszło dość spontanicznie. Mam wrażenie, że wszystkie projekty, w których uczestniczę, które się dzieją z chwili na chwilę, to z nich jestem potem najbardziej dumny. W sumie to śmieszne.
W zakulisowych rozmowach, przy pracy nad tym numerem, prognozowaliście aż tak szalony odbiór?
- Kompletnie nie - przez długi czas był on w ogóle schowany do szuflady. Ja wtedy nie podejmowałem żadnych działań, by go wydać. Paula też miała swoje rzeczy, które musiała wówczas skończyć, więc ten numer długo czekał na samą publikację. Tym bardziej wszelkie emocje dotyczące jego premiery trochę upadły, a zaskoczenie po premierze, że okazał się hitem, było naprawdę ogromne.
Z dzisiejszej perspektywy, tych prawie dwóch lat, można śmiało powiedzieć, że również przetrwał próbę czasu…
- Już podczas tworzenia tego numeru czułem, że jest tam coś, co może chwycić ludzi za serca. Ten motyw dialogu pomiędzy dwoma osobami, który jest bardzo rozczulający, zostawia cię jednak w takim poczuciu niedosytu. Gdy dostałem pierwotnie swoją demówkę, to zapętlałem ją bardzo mocno, bo nie czułem satysfakcji po jednym odsłuchu, i zapętlałem ją znowu. Może ludzie też tak reagowali i dlatego to ma tyle wyświetleń (śmiech).
Na koniec muszę cię jeszcze zapytać, czy doczekamy się w 2026 roku drugiego autorskiego krążka od ciebie?
- Jeśli chodzi o etap, na jakim jestem, to udało się już nagrać połowę płyty z zespołem, bo tak jak wspominałem, przy tym krążku całość nagrywana będzie na setkę. W efekcie chyba nigdy nie jarałem się swoją rzeczą na tak wczesnym etapie. W końcu czuję, że ten materiał może w pełni mnie przedstawić, że dojrzałem jako twórca - i to jest fajne uczucie.








![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)