LOR: Dziś pozwalamy sobie na więcej [WYWIAD]
Zespół Lor świętuje dekadę działalności artystycznej. Jak się teraz okazuje, jubileuszowy koncert w warszawskiej Stodole był tylko początkiem obchodów 10-lecia, które artystki kontynuują jesienią - tym razem w rodzinnym Krakowie. I przy okazji otwierają nową erę - bardziej popową. Z nami spotkały się Jagoda i Paulina.

Damian Westfal, Interia Muzyka: Jak Lor świętuje, to na całego - co? Byłem na waszym koncercie jubileuszowym w styczniu w Stodole… a tu nagle kolejny koncert zapowiedziany na listopad. Cały rok świętujecie wasze dziesięciolecie?
Jagoda Kudlińska: - No tak, jest co świętować - raz się obchodzi dziesięciolecie.
Paulina Sumera: - Dokładnie. Następna większa okazja dopiero za pięć lat - piętnastolecie, potem dwudziestka, a później… sześćdziesiątka piątka. (śmiech)
Skąd pomysł na kolejny urodzinowy koncert, tym razem w Krakowie? Czułyście niedosyt po Stodole?
Jagoda: - Trochę tak. Miałam wrażenie, że coś nam umknęło - świętowałyśmy w Warszawie, a przecież jesteśmy z Krakowa.
Paulina: - Urodziny powinno się świętować w domu, a nie gdzieś na wiosce! (śmiech)
Będą jacyś goście specjalni? Może tym razem pojawi się Zamachowski?
Jagoda: - Kto wie! Na razie za dużo nie możemy zdradzić - listopadowy koncert nadal się dopina i wiele rzeczy wciąż jest w fazie ustaleń. Dużo teraz czasu spędzamy w studiu, pracując nad nowym materiałem, ale na pewno szykujemy coś specjalnego. Może nie będzie to powtórka ze Stodoły 1:1, ale na pewno będzie długi i odświętny koncert.
Będzie muzyczna podróż przez wszystkie albumy?
Paulina: - Będziemy sięgać do starszego materiału, którego zwykle nie gramy na koncertach. W Stodole zagraliśmy go wtedy w nowych aranżacjach, w większym niż zazwyczaj składzie muzyków.
Jagoda: - To właśnie wtedy była fajna okazja, żeby wrócić do tych kawałków, które kiedyś tworzyły naszą tożsamość, ale z czasem trochę się od nich oddaliłyśmy.
Naprawdę nie lubicie waszych dawnych utworów?
Jagoda: - Naprawdę (śmiech). Niektórych się po prostu trochę nauczyłam nie lubić. Kiedyś je lubiłam - w końcu z jakiegoś powodu je wydałyśmy. Ale na przykładzie "Aquariusa" - podobał mi się, ale dziewczyny zawsze go nie znosiły, więc ta niechęć mi się też udzieliła. Wchłonęłam ją, mimo że sama z początku nie miałam z tym utworem większego problemu.
To chyba częste - artyści nie lubią swoich starszych utworów albo nie mogą siebie słuchać.
Jagoda: - Oj tak, ja nie znoszę słuchać swojego głosu. Jak pracujemy i nagrywamy coś w studiu, to mój idealny scenariusz wygląda: nagrać kilka wersji tego samego, wyjść ze studia, zatkać uszy i kazać innym decydować. Można mi nawet puścić norweski black metal, żeby tylko nie słyszeć siebie (śmiech).
Paulina: - Mam to samo. Czasem naprawdę marzę, żeby już nie musieć mówić. Albo wyciąć sobie struny głosowe. Choć może nie aż tak drastycznie…
Jak wam leci ten jubileuszowy rok? Ostatnio rozmawialiśmy w październiku, w styczniu był koncert, i co od tego czasu? Macie jakieś refleksje?
Paulina: - Jest raczej bardzo intensywnie teraz. Mało czasu na refleksje. Choć po koncercie w Stodole miałam rzeczywiście taki moment zawieszenia - marzec, kwiecień - nie grałyśmy, nie byłyśmy w studiu i nie wiedziałyśmy, co ze sobą zrobić. To było okropne. Ale od tamtej pory ciągle coś się dzieje.
Jagoda: - Tak, działamy pod hasłem "praca".
Paulina: - Miałyśmy nawet robocze hasło "hit do radia" - i udało się!
Jakie jeszcze hasło teraz obowiązuje?
Paulina: - "Trzeba skończyć płytę". To teraz nasz główny cel.
Jagoda: - Choć jeszcze go nie osiągnęłyśmy, to przypomina mi się powiedzenie: "It takes 10 years to be an overnight success", czyli "Potrzeba 10 lat, aby osiągnąć sukces z dnia na dzień". Nam zajęło to 11 lat, żeby nadal tego nie osiągnąć (śmiech).
Paulina: - Ale tak na serio - ktoś nam kiedyś powiedział: "Wam to zajmie bardzo długo, ale się uda". I chyba coś w tym jest. Każda przeszkoda była po coś. Chociaż z drugiej strony ja też nie czuję, że nam się nie udało osiągnąć sukcesu. Idziemy cały czas do przodu i to jest najważniejsze. Patrzymy na to z wdzięcznością - że wszystko działo się we właściwym czasie.
Wygląda na to, że najbardziej burzliwy czas też już macie za sobą, bo zaczynałyście jako bardzo młode osoby.
Jagoda: - Na pewno jesteśmy spokojniejsze. Troszkę, nie bardzo (śmiech). Bardziej ogarnięte, mniej chaotyczne. Kiedyś miałyśmy w sobie dużo nastoletniej energii, która często była destrukcyjna. Teraz jest więcej równowagi… choć też trochę niepokoju przed tym, co dalej (śmiech).

W ostatnim wywiadzie mówiłyście, że już nie boicie się bardziej popowych rozwiązań. Przykład? Najnowszy singel "Mario". Skąd ta zmiana?
Jagoda: - To nadal jesteśmy my. Po prostu kiedyś bardzo chciałyśmy być postrzegane jako dojrzalsze, robiłyśmy więc smutniejszą muzykę - bo takiej też słuchałyśmy. Dziś pozwalamy sobie na więcej.
Paulina: - Ja kiedyś słuchałam zarówno Camp Rock, jak i bardziej ambitnych rzeczy. A potem tylko tych "ambitnych", choć irytuje mnie takie patrzenie na muzykę, że coś jest, a coś nie jest ambitne. To bardzo ogranicza. Zaczęłyśmy po prostu robić taką muzykę, jaką znałyśmy. I teraz mamy do tego dostęp, bo jak zaczynałyśmy, to nie znałyśmy produkcji, nie wiedziałyśmy, że można coś nagrać bez gitarzysty, że można dodać elektronikę. Miałyśmy tylko pianino, skrzypce, wokal i angielskie teksty - bo ja w ogóle nie słuchałam wtedy polskiej muzyki. Pamiętam jak kiedyś nagrywałyśmy za około 50 zł w godzinę w studiu dwie piosenki. Po prostu nagrywałyśmy pianino, skrzypce, wokal i wychodziłyśmy. A teraz mamy większe możliwości.
Jagoda: - No i też wydaje mi się, że pop wraca do łask. Był czas, kiedy królował, potem zniknął, a teraz znowu jest modny - i bardzo nas to cieszy. Wydaję mi się, że ten czas, kiedy popu było dużo, to był dobry czas dla muzyki. Zresztą, Paulinka - przypomnę ci, że my się poznałyśmy przez pop. Byłyśmy fankami tego samego zespołu.
To teraz z wiekiem otwieracie się na nowe rzeczy - gitary, polskie teksty, popowy vibe?
Paulina: - Częścią naszego rozwoju jest przekraczanie barier i ciągła nauka. Marzyłyśmy zawsze, żeby nasza piosenka poleciała w największych stacjach radiowych w Polsce. I to nam się udało, ale ciężko to osiągnąć, nie robiąc popu. Poza tym - lepiej się teraz bawimy.
Jagoda: - Jest po prostu jakoś przyjemniej. Oczywiście, nadal mamy w repertuarze utwory "do ryczenia w poduszkę", ale fajnie, że teraz na koncertach jest więcej pozytywnej energii.
To skąd w "Mario" ta melancholia w środku lata?
Paulina: - No właśnie, nie wiem jak to się dzieje! Naprawdę! Nie wiedziałam, że ona tam się wkradła. Myśleliśmy, że robimy coś wesołego, jakiegoś "letniaka", a potem ludzie do nas piszą: "piękne i melancholijne". Może po prostu nie umiemy stworzyć nic jednoznacznie radosnego (śmiech).
Rozumiem, że "Mario" jest początkiem czegoś…
Jagoda: - … dobre stwierdzenie - "czegoś" (śmiech).
Nie zdradzicie nic o nowym projekcie? Po "Pannach" i "Żonach" przyszedł czas na "Wdowy" albo "Rozwódki"?
Jagoda: - No właśnie dlatego, że na to wpadłeś, to nie! Wszyscy już nam proponują różne tytuły pasujące do poprzednich albumów, więc jakbyśmy tak zrobili, to gdzie niespodzianka? (śmiech) Choć nie ukrywam, że taka trylogia byłaby ciekawa…
Jak przebiega praca w studiu?
Paulina: - Praca przebiega… w mękach (śmiech). Narzuciłyśmy sobie dość wymagające tempo i choć da się to pogodzić, to czasem trudno wyciągnąć z siebie w takich warunkach kreatywną myśl. Ostatni czas był dla nas dużo intensywniejszy, niż się tego spodziewałyśmy. Mamy już trochę materiału, ale nie wiemy jeszcze, co finalnie trafi na płytę.
Jagoda: - U nas to zawsze wygląda podobnie - wszystko powstaje na ostatniej prostej. Rzadko mamy coś gotowe wcześniej. To jest ciężka robota. Rzadko się zdarza, że siadamy w jeden wieczór i mamy w godzinę gotową piosenkę.
Paulina: - Miałyśmy nawet kiedyś zasadę: jak piosenka nie powstanie w jeden wieczór, to ją wyrzucamy. Ale już porzuciłyśmy tę zasadę, bo nie zrobiłybyśmy nic. Teraz wracamy do starszych pomysłów i czasem znajdujemy w nich coś wartościowego.
Niedawno zagrałyście na Pol'and'Rock Festivalu - to był wasz pierwszy raz. Jak wrażenia?
Jagoda: - To było niesamowite. Największy koncert w naszym życiu. Pierwsze zalążki pogo na naszym koncercie, ludzie unoszący się nad tłumem… energia publiczności była cudowna. Bałyśmy się wcześniej, że to nie nasza publika - ale mamy wrażenie, że ta publiczność taka po prostu jest! Piękna i kochająca muzykę. Wszelaką.
Paulina: - Czułam się tam bezpiecznie. Oczywiście - stres był, głos mi się łamał, nie pamiętałam, jakie są słowa na świecie… Ale mimo to - swoboda. To przecież nie jakiś tam festiwal. To legenda. 31 edycji. Bycie częścią tego to naprawdę coś pięknego.
Obecnie to wasz najlepszy okres w życiu?
Jagoda: - Zawodowo - na pewno jeden z najlepszych. Bardzo satysfakcjonujący.
Paulina: - Najlepszy? Nie wiem, bo nie pamiętam poprzednich (śmiech). Na pewno największy. Zdecydowanie czujemy dumę z tego, gdzie jesteśmy. Nasze marzenia się spełniają, za nami i przed nami fajne kolaboracje… Jesteśmy bardzo podekscytowane tym, co przed nami.







![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)
