Reklama

Janusz Panasewicz: To było bardzo intensywne życie

Janusz Panasewicz jest wokalistą zespołu Lady Pank /AKPA

"Nikt nie zakładał, że aż tyle lat można grać muzykę, spotykać się, koncertować, nagrywać płyty… Koło zamachowe poszło i trwa do dzisiaj" - mówi w rozmowie z Interią Janusz Panasewicz, który z zespołem Lady Pank wydał w marcu płytę "LP40".

Oliwia Kopcik, Interia: Odniosłam wrażenie, słuchając "LP40", że to rozliczenie ze stażem zespołu. Taki koniec bycia Piotrusiem Panem. To faktycznie już ten czas, że przyszedł moment na powiedzenie sobie: "Jestem już dorosły, mam dzieci..."?

Janusz Panasewicz: - Może to wynikać z paru tekstów, ale nie było takiego zamiaru rozliczenia się z przeszłością. Wiadomo, to jest okrągła liczba, bo jesienią tego roku będziemy obchodzić 40-lecie zespołu, 40 lat od pierwszej piosenki - "Mała Lady Pank", ale nawet gdyby nie było rocznicy, to też by ta płyta powstała. Ona powstała w dość trudnym czasie, kiedy nie gramy koncertów, siedzimy w domach i z pewnością takie refleksje są, ale generalnie ta płyta opisuje taką codzienność widzianą w telewizorze czy w mediach. To podsumowanie tego, jak jest teraz. Ale rzeczywiście w kilku piosenkach jest odniesienie do sytuacji, o którą pani pytała.

Reklama

Z drugiej strony, choćby w "Wiecznym chłopcu" czy "Kartonie", nadal słychać ten bunt. Więc rock’n’roll w duszy dalej żyje.

- Tak, tak! "Wieczny chłopiec" to piosenka opisująca nas sprzed lat, kiedy poza muzyką i graniem koncertów, nic innego nas nie interesowało. To trochę tęsknota za taką frywolnością, życiem z dnia na dzień, zupełnie szalonym. Często się myśli o takich rzeczach. W tej piosence faktycznie jest taka refleksja, że coś fantastycznego umknęło, ale też fantastycznie, że w ogóle było.

Singel "Ameryka" tchnie z kolei nieco powrotem do uczuć na początku kariery, marzeń o podboju wielkiego świata. Zastanawia się pan czasem nad tym, że już tyle lat spędził pan na scenie?

- Tak naprawdę zacząłem się zastanawiać w ciągu ostatniego roku, kiedy było na to dużo czasu. Wcześniej dużo graliśmy, przez ostatnie lata po 90-100 koncertów, przez co nie było nawet czasu, żeby myśleć o jakichś obchodach. Po prostu co kilka lat nagrywaliśmy płyty, ciągle byliśmy w trasie, co weekend gdzieś graliśmy, wyjeżdżaliśmy i w Polsce, i poza Polskę... Też w mediach społecznościowych, na stronach fanów Lady Pank pojawia się dużo refleksji związanych z tamtym okresem. Obserwuję to, że ludzie wrzucają zdjęcia sprzed 30, 20 czy 15 lat i przypominają sobie, gdzie wtedy byli, co robili. Więc do tego się wraca.

A co myślał sobie na początku kariery młody Panasewicz? Że to będzie dobra zabawa na rok czy dwa?

- Nigdy nie stawiałem sobie określonych terminów, ile będziemy grali. Oczywiście początek, właśnie trochę tak, jak we "Wiecznym chłopcu", był bardzo zabawowy, ale też bardzo ciężko pracowaliśmy, bardzo dużo nagrywaliśmy, dużo graliśmy. To było bardzo intensywne życie. Ale oczywiście nie zakładałem, że będziemy grali 40 lat!

Nikt nie zakładał, że aż tyle lat można grać muzykę, spotykać się, koncertować, nagrywać płyty...  Wtedy to było bardzo spontaniczne, nie myślało się o tym. Koło zamachowe poszło i trwa do dzisiaj. Jest to pewnego rodzaju fenomen, bo nie ma zbyt dużo zespołów, grających tak długo.

Jan Borysewicz jest autorem wszystkich kompozycji na tej płycie, podobnie było od początku kariery zespołu. Jak wygląda taki proces powstawania utworów? Przychodzi z gotowymi propozycjami?

- Nie zawsze jest tak samo. Janek (Borysewicz - przyp. red.) dużo komponuje, ma studio w domu, więc też od razu nagrywa demówki. Często jest tak, że przynosi na próbę tylko jakiś zalążek, a później z kapelą to się rozgrywa. Czasem ma już pomysły na całe aranże. Generalnie to są jego pomysły, ale czasem nawet w studiu coś jeszcze zmieniamy - tekst, jakiś zaśpiew - w zależności od tego, jak w tym momencie czujemy.

Na "LP40" nie znalazł się pan wśród autorów tekstów. Nie ciągnie pana do pisania?

- Ja napisałem dla Lady Pank z pięć płyt i teksty na swoje dwie solowe płyty... To jest dość dużo. Ciągnie mnie, ale akurat teraz były potrzebne takie, a nie inne teksty. Janek, pisząc piosenki, tworząc klimat, melodię, miał pewnie w głowie już ludzi, którym zaproponuje, żeby spróbowali coś napisać. I tutaj jest Andrzej Mogielnicki, jest Wojtek Byrski i debiutant, młody człowiek, Michał Wiraszko. Zresztą zawsze z tekstami było tak, że pisałem ja, Mogielnicki, parę stworzył też Zbigniew Hołdys... Wszystko w zależności od nastroju, potrzeby i od wyczucia, kto może do takiej melodii napisać.

Pytam, bo często wokaliści mówią, że zostali zmuszeni przez resztę zespołu na zasadzie "będziesz to śpiewał, więc sobie napisz"...

- (śmiech) Faktycznie często tak jest. Ale w naszym przypadku akurat nie. Napisałem kilka płyt dla Lady Pank w całości, na niektórych było tak, że byłem jednym z kilku autorów tekstów. Tak czy inaczej, jeśli dostaję tekst, to i tak muszę przepuścić go przez siebie. Śpiewam go i sprawdzam, czy dobrze się w tym czuję, czy użyłbym takich sformułowań.

Były w trakcie tych 40 lat takie momenty, w których myślał sobie pan, że to chyba już koniec? Że nic nowego już nie można z tego zespołu wycisnąć?

- Był taki moment, ale personalny - w latach 90., kiedy byliśmy w Stanach Zjednoczonych i dwóch kolegów postanowiło zostać. Na początku chcieli mieć dłuższe wakacje, później po prostu postanowili zostać w USA. Wtedy nie było wyjścia, musieliśmy zrobić przerwę i zastanowić się, co robimy dalej. Wtedy była przerwa około roku, Janek zaczął robić solowe rzeczy, ale byliśmy cały czas w kontakcie i wiedzieliśmy, że nie rozwiązujemy zespołu, tylko robimy sobie odpoczynek. Jak widać, zaczęliśmy nagrywać kolejne płyty, znaleźliśmy nowych muzyków i trwamy do dzisiaj. Zresztą to było na początku, mieliśmy wtedy jeszcze dużo do powiedzenia.

A najlepszy moment w trakcie kariery? Taki, który najbardziej zapadł panu w pamięć.

- Przez tyle lat trochę się tego nazbierało. Było kilka fantastycznych podróży. Na pewno był wspaniały występ na Tokyo Music Festival, gdzie zagraliśmy z wieloma gwiazdami, mogliśmy zobaczyć wielu aktorów i artystów. Zagraliśmy też w Vancouver, w słynnym klubie Richard's on Richards, gdzie grali wszyscy, od Stinga przez cały świat.  Nie potrafię powiedzieć o jednym konkretnym, naprawdę wiele się tego uzbierało.

Na płycie mamy piosenkę "Pokolenia", w której słyszymy, że młodzi depczą wam po piętach. Wyróżniłby pan jakieś młode zespoły, które mają szansę na karierę pokroju Lady Panku?

- Z tym deptaniem to też trochę przenośnia. Tutaj nie chodzi tylko o muzykę i o nas, ale też o sytuację, o zmianę pokoleń. My sobie znaleźliśmy ścieżkę wiele lat temu, zawsze była duża konkurencja, przez te lata można by wymienić wielu świetnych artystów. W tej chwili też jest kilku artystów, którzy świetnie sobie radzą, nagrywają fajne, nowoczesne płyty. Dawid Podsiadło, Daria Zawiałow i mnóstwo innych młodych ludzi, którzy proponują fajne rzeczy i przede wszystkim odważne, piszą o społecznie ważnych rzeczach. Też jest cała plejada muzyków z kręgu rapowego, którzy mają wiele do powiedzenia.

Ale teraz trudno powiedzieć, czy to są kapele i artyści, którzy będą tak długowieczni jak my. Są teraz trochę inne czasy. W tej chwili to idzie w inny sposób. Wydaje mi się, że ludzie już nie zwracają tak uwagi na całe wydawnictwo, tylko na poszczególne single. Nie wiem, czy teraz jest taka potrzeba, żeby powstawali tacy wielopokoleniowi artyści.

Wystąpił pan gościnnie na albumie rapera Wac Toja. Ma pan chęć na więcej takich eksperymentów z innymi gatunkami?

- To są dla mnie zupełnie nowe rzeczy. Zawsze się długo zastanawiam, czy sobie z tym poradzę, ale zgadzam się, jeśli jest fajny pomysł, fajny tekst i, co najważniejsze, jakiś przekaz. Uwielbiam takie wyzwania, w których wiem, że mogę znaleźć miejsce dla siebie. Szukam takich miejsc, w których się dobrze czuję i nie ma znaczenia, jaki to jest gatunek muzyki. Jeżeli mam coś do powiedzenia albo ktoś czuje, że mogę coś do takiego projektu wnieść, to czemu nie.

Pracuje pan już nad kolejnym materiałem - czy to z zespołem, solowo czy gościnnie?

- Nad solowym tak. Od iluś lat mam już pomysł na to, co bym chciał nagrać, ale w tej chwili z uwagi na pandemię skupiam się nad koncertami, które, mam nadzieję, dojdą do skutku. Jesienią mamy całą trasę z nową płytą, mamy 40-lecie i wiele koncertów, które zostały poprzenoszone na inne terminy. W tej chwili trudno mi powiedzieć coś, co do swoich osobistych planów, bardziej skupiam się na tym, żeby w ogóle wyjść na scenę  i spotkać się z ludźmi.

Gdyby wiedział pan, że słucha pana cały świat, co by pan powiedział?

- Że będzie dobrze! Na pewno.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Janusz Panasewicz | Lady Pank | LP40

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje