Dawid Tyszkowski o "Chciałbym umrzeć z miłości": Jedna z najbardziej surowych, organicznych i oszczędnych produkcji
W połowie lutego Dawid Tyszkowski podzielił się z fanami nowym wydawnictwem. EP-ka "Chciałbym umrzeć z miłości" swoim tytułem nawiązuje do jednej z najważniejszych piosenek w dorobku legendarnego Myslovitz. W rozmowie z Interią młody wokalista opowiedział o inspiracji cenionym zespołem, a także o procesie postawania minialbumu. Zdradził, czy jest to początek nowej ery w jego karierze, a także jakie ma plany koncertowe na najbliższe miesiące.

Weronika Figiel, Interia Muzyka: Spotykamy się przy okazji wydania twojej nowej EP-ki, która nosi tytuł "Chciałbym umrzeć z miłości". Nawiązuje on do jednej z piosenek Myslovitz. Skąd wybór akurat tego utworu?
Dawid Tyszkowski: - Proces wymyślania tego tytułu był zbiorowy. Sama inicjatywa wyszła od mojego menedżera Maćka Pilarczyka, który był też menedżerem Myslovitz przez wiele lat, więc może poczuł, że jest w tym jakaś wspólna energia. Ja się na to zgodziłem, ale jednocześnie czuję, że ten utwór rezonuje w jakiś sposób z treścią mojej EP-ki - wszystkie utwory mają pewien pierwiastek, który łączy się z tytułem piosenki Myslovitz. Przy okazji jest to bardzo ważny zespół na mojej drodze rozwoju muzycznego. Jako młody chłopak spędziłem wiele godzin słuchając ich twórczości, którą pokazywał mi zazwyczaj mój starszy brat. Czuję, że to mnie w jakiś sposób ukształtowało. Artur Rojek jest dla mnie jednym z najważniejszych polskich wokalistów - miał na mnie ogromny wpływ. Czuję, że nazwanie EP-ki w ten sposób jest oddaniem hołdu temu zespołowi i zaznaczeniem moich korzeni.
Może jest to też jakiś pomysł na duet?
- Może jest to jakiś pomysł. Rzeczywiście, nazwa sama się prosi o to, aby nawiązać większą współpracę. Ale z drugiej strony podoba mi się, że jest to tylko tytuł. Nie używamy tego w taki sposób, aby sztucznie przyciągnąć ludzi jakąś kolaboracją, tylko zaznaczamy powiązanie i na bazie inspiracji tworzymy coś zupełnie nowego.
Twoja EP-ka została wydana dzień przed walentynkami. Była to przypadkowa data czy celowy zabieg w związku z tematyką miłości?
- Trochę jedno i drugie. Spontanicznie, z nieba, tak wyszło, że w tym czasie akurat mieliśmy gotowy materiał, ale - podobnie jak z tytułem - czuję, że jest w tej dacie jakaś symbolika, która podkreśla treść oraz duszę wydawnictwa.
Jako zapowiedź płyty usłyszeliśmy piosenkę "Raj". W tekście śpiewasz o pewnym niedoścignionym, utopijnym miejscu, w którym można odnaleźć spokój. Ty już znalazłeś takie swoje miejsce na ziemi?
- Myślę, że dlatego jest to wizja utopijna, ponieważ tego miejsca cały czas poszukuję. To poszukiwanie opiera się głównie na rozmyślaniach i wewnętrznym poszukiwaniu poczucia spokoju. W zasadzie życie mam bardzo ułożone, bliskich ludzi dookoła siebie, co mogłoby sugerować komfort i spokój. Mimo to cały czas poszukuję tego wewnątrz siebie i stąd też powstał utwór "Raj" - jako marzenie i wizja.
Przed premierą ukazał się także utwór "Bari". Jaka historia kryję się za tą nietypową kompozycją?
- Za większością utworów z tej EP-ki kryje się pewien koncept, który wymyśliliśmy razem z Kamilem Paterem, Kubą Staruszkiewiczem i Wawrzyńcem Topą. Chcieliśmy po prostu spotkać się i zobaczyć, co nam w głowach siedzi. Rozstawiliśmy się z myślą o długiej improwizacji i jammowaniu. Pograliśmy sobie tak przez trzy dni i w tym czasie odnaleźliśmy już zalążki każdego z utworów, które ostatecznie umieściliśmy na EP-ce. Stąd też te przerywniki, które pojawiają się w materiale przed każdym utworem - są to krótkie skity, zarejestrowane podczas sesji improwizacji. Chciałem, żeby słuchacz, otwierając ten album, miał poczucie, że jest zaproszony na takiego jama razem z nami. Miała to być swobodna, organiczna forma. Każdy utwór został zagrany i zrealizowany z intencją zachowania jak największej części pierwotnej, roboczej atmosfery. Myślę, że jest to jedna z najbardziej surowych, organicznych i oszczędnych produkcji, jaką zrealizowałem. Są to w zasadzie cztery instrumenty, na których próbowaliśmy wytworzyć wyjątkową energię.
"Bari" to utwór dosyć trudny - jak wszystko, o czym piszę. Pochodzi z ciemnych wspomnień i miejsc. Kusiło mnie bardzo, żeby formalnie był wyjątkowy - stąd forma zwrotek, które są bardziej melorecytowane niż śpiewane. Czuję, że ciągnie mnie w taki klimat opowiadania historii, który jest bliższy kulturze hip-hopu niż takiej zwykłej piosence komercyjnej. Ta kultura wykształciła sobie bardzo wyjątkowy sposób przekazywania emocji oraz historii. Chciałem dokładnie to uzyskać w utworze "Bari", niosącym za sobą trudne, schowane emocje, które nagle, w bardzo brutalny sposób, wychodzą na wierzch. Ta quasi-hip-hopowa konwencja znalazła tutaj swoje miejsce.
Myślę, że można to też porównać do piosenki poetyckiej... Jest to zdecydowanie coś innego.
- Tak! Oczywiście to nie jest rap i nie próbuję z siebie nagle robić znawcy kultury hip-hopu - bo nim nie jestem. Czuję natomiast, że są tam jakieś pierwiastki, które mnie pociągają.
Wspomniałeś o fragmentach instrumentalnej improwizacji, które pojawiają się na płycie. One wprowadzają pewną ciągłość, spójność. Stąd moje pytanie - jesteś zwolennikiem słuchania albumów od początku do końca? Czy wybiórcze słuchanie pojedynczych piosenek i singli jest w porządku?
- Pewnie nikt nie ma wątpliwości, słuchając moich utworów, że zazwyczaj jest to coś szerszego niż singiel. Bardzo polubiłem formę płytową i sposób narracji, jaki można wykształcić na bazie takiego większego materiału. Stąd też te przerywniki na EP-ce, gdyż stwierdziłem, że cztery utwory to trochę za krótko, żeby stworzyć narrację przez jakąś historię. Cieszę się, że tak poczułaś, bo chciałem, żeby nadawały one właśnie ciągłości. Jest to mój ulubiony sposób odbierania twórczości. Lubię puścić sobie cały album i na koniec poczuć, że rozumiem jakiś szerszy kontekst, a nie tylko singiel czy pojedynczą piosenkę.
A propos ciągłości - "Chciałbym umrzeć z miłości" podtrzymuje klimat twojego poprzedniego albumu "Mam szczęście". Traktowałbyś tę EP-kę jako kontynuację tamtego projektu, początek czegoś nowego czy pomost pomiędzy tym i tym?
- Początkowy plan był taki, że ta EP-ka miała być wersją deluxe albumu "Mam szczęście", więc te skojarzenia są bardzo trafne. Czułem, że nie jestem jeszcze gotowy na otwieranie nowego rozdziału. Wciąż jestem wrażliwy na te dźwięki i charakter, który uzyskaliśmy na płycie i chcę to rozwinąć, eksplorować jeszcze bardziej. Myślę, że to jest kontynuacja. Jesteśmy też w trakcie pracy nad drugą częścią EP-ki, gdyż ma to być podwójne wydawnictwo, które ostatecznie ukaże się na winylu - w ramach strony A i B. Tak, jak pierwsza część jest rozwinięciem, tak druga będzie krokiem w stronę czegoś nowego. Ona powstaje z moim zespołem, z którym gram na żywo. Jesteśmy już na bardzo zaawansowanym etapie tworzenia tego materiału i czuję, że druga część będzie czymś nowym.
Nagrywając materiał na "Chciałbym umrzeć z miłości" wróciliście do studia w Kocewce. Kolejna część też jest nagrywana właśnie w tym miejscu?
- Właśnie nie. Czuję, że zespół pod tytułem ja, Kamil Pater, Kuba Staruszkiewicz i Wawrzyniec Topa znalazł swoje miejsce na Kocewce. Stamtąd pochodzi nasze brzmienie, nasz charakter. Teraz zależy mi na tym, aby mój drugi zespół - Patryk Zieliniewicz, Ignacy Matuszewski, Wawrzyniec Topa, Maciej Hubczak i ja - też miał swój własny charakter i swoje miejsce. Szukamy tego cały czas i celowo uciekamy od wcześniejszej koncepcji, żeby nie powielać schematów, które wypracowaliśmy w tamtym miejscu.
A jeśli chodzi o wersje koncertowe tych utworów - planujesz występy na wiosnę, zgadza się?
- Planuję, ale jeszcze nie jestem w stanie zdradzić żadnych szczegółowych informacji, gdyż sam takich nie posiadam. Bardzo byśmy chcieli wrócić do regularnej trasy i grania koncertów, dlatego drugą część EP-ki tworzę z zespołem, z którym gram na żywo. Chcemy wszyscy poczuć tę pełną satysfakcję na scenie - najpierw siedzimy razem w studio, nagrywamy dźwięki, a później możemy te nasze pomysły odgrywać na żywo, nie tylko parafrazować coś, co wymyślił ktoś inny. Czuję, że w tym jest też siła koncertowa na przyszłość. To będzie zespół, który jest zgrany, od lat pracuje ze sobą i gra swoje dźwięki. Dzisiaj trochę tego brakuje - mamy dużo zespołów, które grają raczej na zasadzie współpracy biznesowej. Zaprasza się muzyków do grania jakiegoś materiału, oni wychodzą i grają, i to koniec. Z jednej strony to działa, ale z drugiej brakuje poczucia oldschoolowego zespołu, który spędza ze sobą czas. To jest więc mój plan na przyszłość.
Może coś więcej wyciągnę od ciebie na temat letnich koncertów, bo planujesz wystąpić z Królem i waszym projektem specjalnym m.in. na Letnich Brzmieniach. Domyślam się, że będzie to coś nieco innego niż twoja obecna twórczość. Czego możemy się spodziewać?
- Myślę, że to będzie coś zupełnie innego. Nie nazwałbym też tego projektem specjalnym, gdyż jest to po prostu zespół - trzeci już z wymienionych w tej rozmowie (śmiech). Jest to ewidentnie zespół z zamysłem, o którym też przed chwilą wspomniałem. Każdemu z nas, kto tworzy zespół Ewa Koc - bo tak się będziemy nazywać - brakowało poczucia zespołowego grania na scenie, a w szczególności muzyki gitarowej, która na świecie jest na coraz większej fali wznoszącej. Pojawia się coraz więcej młodych zespołów, które świetnie w ten sposób grają i taka muzyka wraca do mainstreamu. My po to sięgamy, ale nie z taką myślą, że znaleźliśmy żyłę złota i na świecie coś się dzieje w tym kierunku, więc niech przyjdzie też do Polski, tylko raczej na zasadzie spostrzeżenia, że tam się dzieją naprawdę ciekawe, nowe rzeczy, a my chcemy w tym uczestniczyć. Jest w tym coś, co nas przyciąga. Będzie to więc płyta bardzo gitarowa, a jednocześnie dosyć przystępna - raczej nie offowa. Chcemy wszyscy po prostu grać koncerty z fajną energią i być prawdziwym zespołem. Akurat teraz spotykamy się na Kocewce i tworzymy wspólnie demówki od zera. Każdy utwór jest napisany w pięcioosobowym składzie. Ostatecznie pojedziemy do studia Tall Pine Records, żeby nagrać cały ten materiał na setkę - aby to zyskało żywego charakteru, który będzie bardzo plusował i wyróżniał się na naszych koncertach. Na razie ogłoszone mamy występy na Letnich Brzmieniach i Męskim Graniu, więc zapraszam do kupowania biletów. Chyba tyle na razie mogę powiedzieć. W planach na pewno jest płyta i trasa - chcemy po prostu wspólnie pograć na gitarach.
Koncerty są dla ciebie rzeczą niezbędną, która dopełnia twoją twórczość? Czy może byłbyś w stanie nagrać album, oddać go do słuchania i na tym skończyć?
- Myślę, że bardzo tych koncertów potrzebuję. To jest taki element całej pracy muzyka, który pokochałem przez ostatnich parę lat - od kiedy zacząłem pracować z Kamilem i Kubą, od kiedy założyłem swój zespół, z którym gram na żywo. Czuję, że scena to jest w końcu moje miejsce i bardzo dobrze się tam odnajduję. Staram się też rozwijać jak najbardziej w tym kierunku - żeby być coraz lepszym muzykiem na żywo, a nie tylko w studiu. Z taką myślą tworzymy muzykę dzisiaj - w studiu próbujemy uchwycić jakiś charakter, który tak naprawdę będzie widoczny dopiero na żywo. Szukamy różnych środków, aby to brzmiało jak najbardziej organicznie, żeby było tam jak najwięcej powietrza. Ale tak naprawdę te piosenki zawsze najlepiej będą działały na żywo. Jest to więc teraz mój ostateczny cel tworzenia materiału - aby pokazać go na żywo.


![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)


![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



