Reklama

Abradab: Raperzy nie mają nic do powiedzenia

Abradab w rozmowie z Interią wspomina m.in. Męskie Granie /Krzysztof Kuczyk /Agencja FORUM

Jakie wrażenie zrobił na nim kiedyś Paweł Kukiz? Czy czuje, że odcina z Kalibrem 44 kupony? Jak wspomina Męskie Granie? Oddajemy głos Abradabowi.

Marcin Misztalski, Interia.pl: Niektórzy muzycy twierdzą, że nie robią kariery, tylko mają muzyczną przygodę. Do jakiego grona, po 26 latach w branży muzycznej, należysz ty?

Abradab: - Nie mam potrzeby nazywania tego. W jakiś sposób na pewno jest to kariera muzyczna, zawodowa, ale na co dzień nie czuję potrzeby określania tego. Najważniejsze jest, że mam szczęście robić to, co kocham i co sprawia mi największą przyjemność. Muzyka to moja pasja. Tęsknię za nią, kiedy nie robię jej przez kilka tygodni. Z tą karierą (śmiech) to też jest tak, że każda ma swoje lepsze i gorsze momenty.

Reklama

Był taki okres, kiedy poczułeś, że ludzie odbierają cię jak gwiazdę polskiego rapu?

- Bywało tak. Są okresy większej i mniejszej rozpoznawalności. W momentach wszechobecnej rozpoznawalności większość ludzi tytułuje artystów "gwiazdami". Nigdy nie lubiłem, jak artystów nazywało się gwiazdami. Gwiazdy są na niebie i świecą. Mam wrażenie, że określanie ludzi gwiazdami wzięło się ze Stanów Zjednoczonych. Zauważ, że kiedyś w amerykańskich filmach pojawiały się napisy "starring", co w wolnym tłumaczeniu można nazwać "gwiazdowaniem", a nie występowaniem. Dla mnie było to zawsze dziwne określenie. Jestem raperem, wykonawcą, artystą, ale dlaczego mam być gwiazdą? (śmiech) Moim celem nie jest świecenie.

Powiedziałeś wcześniej, że każda kariera ma swoje wzloty i upadki. Jak w takim razie, w tej chwili określiłbyś swoje miejsce na scenie?

- Wiesz co... nadal, gdzie nie pójdę, to jestem rozpoznawany. Przez różnych ludzi, ale najczęściej w moim wieku. Ostatnio robiłem jakieś rzeczy przy swoim samochodzie na parkingu, podjechał jakiś koleś, zaczęliśmy rozmawiać i po chwili mówi: "Ty, ja cię znam". Tak że nieraz ludzie rozpoznają mnie w kompletnie przypadkowych sytuacjach. Powiem w ten sposób - inni artyści są teraz na świeczniku, ale mi to kompletnie niczego nie odbiera. Nie chcę czuć się najważniejszy i najbardziej rozpoznawalny. Chcę, by muzyka dawała mi satysfakcję i pieniądze na chleb. I muzyka daje mi nadal satysfakcje, niezależnie od tego, jakie są obecnie trendy.

Miałeś moment, kiedy irytowało cię mitologizowanie polskich artystów?

- Powiem ci tak: robię swoje i naprawdę się nad tym nie zastanawiam i nie skupiam. Mam to gdzieś. Nie wiem, do czego zmierzasz.

Pytam tylko, czy irytuję cię, gdy ludzie traktują cię jak legendę.

- Kilka tygodni temu widziałem się np. z raperem o ksywce Meek Oh Why?. Rozmawialiśmy na różne tematy i nagle ktoś powiedział: "Dla mnie i dla mojego pokolenia jesteś legendą". Grałem niedawno koncert w Katowicach i przyszedł mój kolega z 11-letnią córką. Dziewczynka przytulała się do mnie kilka razy i mówiła, że to najlepszy dzień w jej życiu, bo słucha mojej muzyki i jest totalnie podjarana. Kiedyś szedłem w markecie, podszedł do mnie koleś, bez słowa przybił piątkę i poszedł dalej. Odbiór ludzi bywa naprawdę różny, ale zazwyczaj są to sytuacje fajne, nienachalne i miłe. Jedyne męczące sytuacje są wtedy, gdy na imprezie podchodzi ktoś napi*****ny, wisi mi nad uchem 30 minut i w kółko powtarza to samo.

Zmieniając temat. Wróciłem ostatnio do filmu "Poniedziałek", w którym wystąpiłeś u boku nieżyjącego już Bolca czy Pawła Kukiza.

- To była świetna przygoda. Byliśmy chyba dwa razy na zdjęciach. Raz ściągali nas wręcz z wakacji. Musieliśmy z Mazur dotrzeć do Świdnicy. Zadali sobie wiele trudu, by to zorganizować. A później okazało się, że akurat tych scen nie było w filmie. (śmiech) Miałem okazję poznać wówczas Kingę Preis, którą uważam za znakomitą aktorkę. Poprzebywałem też chwilę w towarzystwie Pawła Kukiza i wyrobiłem sobie zdanie na jego temat. Już wtedy wiedziałem co to za ziomuś. Zrobił na mnie kompletnie negatywne wrażenie. Zachowywał się jak totalny burak.

W filmie grał też Tomasz Stańko. Miałeś okazję z nim porozmawiać?

- Pana Tomasza miałem okazję poznać w 2010 roku, przy okazji pierwszego Męskiego Grania. Byliśmy w jednym składzie. Zapamiętałem go jako niesamowitą, szczerą, otwartą i ciepłą osobę. Nie mówiąc już nawet o jego gigantycznym i niesamowitym dorobku muzycznym, który zasługuje na szacunek. To był fantastyczny człowiek.

Doświadczenia nabyte u boku Tomasza Stańki, Wojciecha Waglewskiego czy Macieja Maleńczuka musiały być dla ciebie bardzo budujące.

- Męskie Granie nauczyło mnie dużo rzeczy, ale nie mogę ci powiedzieć, że był to jakiś kamień milowy. To nie był game changer, bo wystąpiłem tam, mając już na koncie kilka albumów. Sukces Męskiego Grania na pewno przełożył się na to, że zacząłem grać więcej koncertów. Z pewnością było to fajne doświadczenie sceniczne, bo to była duża trasa koncertowa. Każdy koncert był dobrze przygotowany. Ale z drugiej strony towarzyszyło nam też dużo nerwów, bo nie wiedzieliśmy do końca, jak zostaniemy odebrani. Dzisiaj mamy takie Męskie Granie, że wystarczy ogłosić wydarzenie i ludzie kupują bilety w ciemno, nie wiedząc, kto zagra. Mam wrażenie, że ta impreza troszeczkę zjadła własny ogon, bo ludzie przychodzą na samo wydarzenie, a nie posłuchać konkretnych muzyków. Ale oczywiście nie podważam ich sukcesu, który jest gigantyczny. Zbudowali markę.

Chyba około 2010 roku uświadomiłeś sobie, że polski rap nie jest już dla ciebie wystarczający i chcesz, by twoja muzyka rozlała się dalej.

- To uświadomiłem sobie wcześniej. Miałem już zebrany zespół, z którym grałem. Na Męskie Granie zostałem zaproszony, jako raper, który ma wyjść, w którymś momencie koncertu na scenę i zagrać 4-5 numerów pod muzykę artystów z Voo Voo. Czyli miałem coś tam sobie zarapować pod "coś tam", co zagrają mi chłopaki z Voo Voo. Zgodziłem się, ale później pomyślałem sobie: "No dobra, ale jakie 'coś tam'?". Zapytałem chłopaków, czy zrobimy sobie próbę. Powiedzieli mi, że nie, że mam im coś wysłać, a oni zagrają. Mówię: "Hola, hola, tak to nie będzie. Nie będę robił za jakąś małpkę. Chcę wziąć swój zespół". Stanęło na tym, że wziąłem swój zespół i zagraliśmy autorski materiał. Złotówki więcej od nich nie dostałem, za to że wziąłem ze sobą swój zespół. Nasz występ okazał się strzałem w dziesiątkę i został bardzo dobrze przyjęty przez publiczność. Wykorzystaliśmy swoją szansę. Podnieśliśmy jakość Męskiego Grania. Świadczy o tym, chociażby fakt, że na pierwszym koncercie w Gdańsku byliśmy przedostatni, po nas wchodziło Voo Voo. Dostaliśmy takiego bisa, że na kolejnym koncercie przesunęli nas na wcześniejszą godzinę. Odsunęli nas od headlinera, by nie podbierać, że tak powiem, energii. (śmiech) Z jednej strony było to przykre, a z drugiej - było to wyrazem tego, jak dobrze zagraliśmy na scenie.

Ty, obok między innymi Fisza i Łony, bardzo szybko zdaliście sobie sprawę, że nie chcecie być zamknięci w tym - nazwijmy to - hiphopowym gettcie. Co sprawiło, że nie chciałeś zostać zaszufladkowany?

- Ani ja, ani Kaliber 44 nie chcieliśmy się kisić w tym sosie. Byliśmy troszkę obok sceny. Miałem wrażenie, że robimy muzykę nieco bardziej uniwersalną. Hip-hop był, jest i pewnie zawsze będzie dla mnie ogromną inspiracją. Mam jednak wrażenie, że hip-hop, o ile rozwinął się muzycznie, to nie rozwinął się pod kątem tekstów. Chłopaki kręcą się wokół tego samego - nadal są d**y i pieniądze. Osoba, która ma już poukładane w głowie, nie bardzo ma czego posłuchać. Wartościowych tekstów należy szukać ze świeczką, bo raperzy nie mają nic do powiedzenia. Zachłysnęli się pieniędzmi. Mają 20 lat i cieszą się, że są bogaci. Co oni ci mogą więcej powiedzieć? W którymś momencie zapragnąłem mieć za sobą muzyków, bo przestało mi sprawiać radość granie z DJ-em pod bit. Nie mogę robić cały czas tego samego. Chciałem poczuć, że za mną są osoby, które jarają się muzyką. Granie z zespołem pozwoliło mi też na występowanie w innych miejscach - na innych scenach, na innym poziomie, na dużą skalę.

Wasze ostatnie koncerty z Kalibrem 44 były na duża skalę. Masz w sobie taką "muzyczną złość", że gracie starsze kawałki i chciałbyś w końcu dać ludziom coś nowego?

- Oczywiście, że tak. Nie cierpię "odcinania kuponów". Natomiast mam świadomość, że mamy coś ponadczasowego, co ludzie chcą usłyszeć. Nie można im nie prezentować tych kawałków na koncertach, bo tego nie chcemy. To są numery, które były częścią młodości wielu ludzi, one są dla nich ważne. Staramy się je dozować na tyle, by nasze koncerty były wyjątkowymi wydarzeniami, by nie grać w koło tego samego. Oczywiście, że chciałbym, by marka Kaliber 44 pracowała prężnie i byśmy cały nagrywali nowe rzeczy.

Czyli masz świadomość, że odcinacie kupony?

- Nie to, że mam taką świadomość. Mówię, że grając stare numery, może to być przez niektórych brzydko nazwane jako odcinanie kuponów. Wiesz, to tak, jakby powiedzieć, że The Rolling Stones odcinają kupony. Z jednej strony tak, ale z drugiej - idź na ich koncert i zobacz, jak grają. Z ogromną przyjemnością poszedłbym na koncert Wu-Tangu, na którym grają swoje pierwsze kawałki. Nie potrzebowałbym usłyszeć żadnego nowego numeru. Czy to byłoby odcinanie kuponów? Tak, ale i dawanie ludziom klasyków, które wszyscy słuchają. Wiem, że to trochę stanie w rozkroku. Wydawanie nowych płyt Kalibra byłoby idealnym rozwiązaniem sytuacji.

Jak w tej chwili wyglądają twoje muzyczne relacje z Joką?

- Dawno razem nie nagrywaliśmy. Czasami gramy wspólny koncert. Na razie nie mamy nowych rzeczy. Jeśli razem usiądziemy i zaczniemy pisać nowe teksty, to okaże się, czy się muzycznie rozumiemy.

Mówisz o nowojorskim Wu-Tangu. Przeczytałem kiedyś, że podczas waszej wizycie w tym mieście, miałeś obawy, że deportują cię do Polski.

- Nie przypominam sobie takiej sytuacji.

Mówię o sytuacji z policją na dachu.

- Aaaa (śmiech). Była taka sytuacja. Powiedziałem to kiedyś pół żartem, pół serio, bo nigdy nie byłem blisko deportacji. Spięcia z policją miewaliśmy nie tylko w Nowym Jorku, ale i w Polsce.

Mógłbyś przytoczyć tę historię?

- Nie. To nie jest dobry czas na takie historie. Sprzedam je w odpowiednim momencie.

Czyli pracujesz nad książką o Kalibrze?

- Nic takiego nie powiedziałem. (śmiech)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL