Reklama

Reklama

Kashell "Ka$shell": Proszę wykrztusić [RECENZJA]

Połączenie sił Abradaba i muzyków związanych z Comą na papierze może wyglądać imponująco. Zresztą prób podejścia do rapcore'owej materii było w Polsce zaskakująco sporo. Ostateczny efekt jednak rzadko kiedy wychodził ponad przeciętną. Niestety, Kashell doskonale wpisuje się w rodzimy obraz mariażu rapu z gitarami - interesujące są pomysły, ale z samymi utworami jest już różnie.

Okładka debiutanckiej płyty grupy Kashell

Kashell mógł być szansą. Pióro Abradaba w ostatnich latach znacznie ostygło - zniknęła gdzieś ironia i błyskotliwość, która doskonale współdziałały z tym charakterystycznym, kozim głosem. Natomiast w kwestii Comy, wydaje się, że maniera wokalna i nadęcie Piotra Roguckiego w ostatnich latach działalności zespołu bardzo mocno ciążyły grupie.

Kashell - nie zaś Abradab x Coma - byłby więc idealną okazją na reset, odświeżenie ostygłych formuł. W końcu muzycy nie musieli się zmagać zarówno z oczekiwaniami fanów, jak i swoimi, przez co mogli sobie pozwolić na pełne eksperymentowanie z formą, popuszczenie wodzy fantazji. I cholera, coś nie pykło. Bo dostaliśmy płytę zbyt bezpieczną i marnotrawienie potencjału tego projektu zwyczajnie po ludzku boli. Szczególnie że byłoby z czego wykrawać.

Reklama

Abradab warsztatowo jest raperem dopracowanym do szpiku kości. Świetnie kontroluje swój głos, jest precyzyjny jak mało który raper - posądziłbym go wręcz o słuch nietoperza, który zauważa każde milisekundowe przesunięcie w bębnach. Ale z tym, co dzieje się między nim a muzyką jest już średnio. W to miękkie, precyzyjne, wyluzowane flow pasowałoby wlać więcej spontanicznej energii, poharatać krtań papierem ściernym i pozwolić prawdziwie się wykrzyczeć.

A kiedy reprezentant Kalibra w końcu próbuje to zrobić, działa na pół gwizdka - dobrze z perspektywy oszczędzania strun głosowych, emisji głosu, przełożenie tego na granie na żywo, średnio natomiast jeśli już słuchacza trzeba zaangażować. O ile w "Kalifornii" to jeszcze pasuje, tak grzebie dobrze rozpisane pomysły na refreny z "Do przodu" czy "Plasku", które aż proszą się o czystą, punkową energię.

Zresztą mam wrażenie, że ogromnym problemem Abradaba na projekcie Kashell jest to, że w pomysłach skrywa się ogromny potencjał, który ostatecznie rozbija się o realizację. We "Wk*rwie" za mało jest wk*rwu, a kiedy w "Ściemniać" stawia się w pozycji nonkonformisty i rozlicza ludzi z ich zakłamania oraz ego, tak naprawdę nie wychodzi poza banały.

Jeżeli miałbym postawić na najbardziej wyróżniające się utwory, wybrałbym "Kickflip", w którym Dab pozwala sobie na dużo bardziej obrazowe pisanie i więcej zabaw z formą. Nie można zapomnieć również o "Momentach", w których Dab opowiada o doświadczeniach po narodzinach każdej z córek. To, jak doskonale usypia czujność słuchacza (w czym pomaga mu subtelny akompaniament), sprawia, że trzecia zwrotka naprawdę potrafi zszokować, a nagromadzone wówczas emocje udzielają się jak należy. Szkoda, że takich momentów nie ma więcej.

Muzycznie całe szczęście jest o wiele ciekawiej niż sugerowałby pierwszy singiel, juwenaliocore'owy "Chłopak", którego obecność na płycie jest totalnym nieporozumieniem. Słychać tu często echa industrial rocka, przemawiającego w licznej, mocno przetworzonej elektronice i płynących gdzieś w tle arpeggiach.

Kiedy elektronika wychodzi na pierwszy plan, bywa naprawdę ciekawie, choć i tu zdarzają się pudła, bo 8-bitowy mostek w "Nie" - ku mojemu zaskoczeniu, bo jestem wielkim fanem tego typu zagrywek -  jest tak przesłodzony, że aż nie do zniesienia. Elektronika jednak często ustępuje ścianom gitar, które w łatwy sposób skojarzyć mogą się ze wzorcem rapcore'owego grania w postaci Rage Against The Machine. Ba, w partiach gitar pojawiających się pod koniec "Plasku" słychać inspiracje sztuką turntablistyczną, a w drugiej zwrotce "Do przodu" samplingiem, które to pozostały nie bez wpływu na styl Toma Morello.  

Tylko tu wszystko ostatecznie rozbija się o niedobory iskier oraz chemii między twórcami. Jest ogromny potencjał, ale muzycy zachowują się zbyt zachowawczo, jakby nie chcieli dać się w pełni porwać pomysłom, które zakiełkowały w ich głowach i stwierdzili, że ostatecznie muszą trzymać się stricte piosenkowego trzonu. Stąd pozostało rozczarowanie i stwierdzenie, że nazwa zespołu jest adekwatna - kaszel ten bowiem powstał od krztuszenia się pomysłów, z których dałoby się wyciągnąć dużo, dużo więcej. Potrzeba tylko odwagi.  

Kashell "Ka$hell", Mystic Production

5/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama