Reklama

Eddie Van Halen nie żyje. Gwiazdy muzyki wspominają legendarnego gitarzystę

Zmarły 6 października Eddie Van Halen był uznawany za jednego z najlepszych gitarzystów rockowych wszech czasów. Po jego śmierci w mediach społecznościowych błyskawicznie pojawiły się kondolencje i wspomnienia od jego kolegów po fachu.

Eddie Van Halen w Londynie z grupą Van Halen w 1978 r.

Od dłuższego czasu Eddie Van Halen miał poważne problemy ze zdrowiem - jeszcze na początku XXI wieku zdiagnozowano u niego raka języka. Po diagnozie usunięto mu część tego organu. W 2019 roku u gitarzysty miało dojść do nawrotu choroby, a nowotwór tym razem miał zaatakować gardło. W listopadzie zeszłego roku muzyk grupy Van Halen (posłuchaj!) miał trafić do szpitala.

Reklama

Eddie Van Halen zmarł w szpitalu St. John's w Santa Monica w Kalifornii. U jego boku czuwali jego druga żona Janie Liszewski, 29-letni syn Wolfgang (basista Van Halen) i brat Alex (perkusista Van Halen, z którym zakładał zespół).

O ostatnich chwilach muzyka opowiedziała jego pierwsza żona Valerie Bertinelli (byli małżeństwem w latach 1981-2007, od 2001 r. para była w separacji). To właśnie amerykańska aktorka znana z m.in. sitcomu "One Day at a Time" (dwukrotnie nagrodzona Złotym Globem) jest matką wspomnianego Wolfganga Van Halena, który w 2006 r. dołączył do ojca w grupie Van Halen.

"Dałeś mi jedyne prawdziwe światło w moim życiu, naszego syna Wolfganga. Podczas wymagającego leczenia raka płuc zachowywałeś wspaniałego ducha i ten figlarny uśmiech. Jestem wdzięczna, że ja i Wolfie mogliśmy trzymać się w twoich ostatnich chwilach" - napisała Valerie Bertinelli.

To właśnie głównie o Wolfgangu mówił Eddie w swoim ostatnim wywiadzie opublikowanym przez "The Hard Times" pod koniec września. Wspominał wówczas jego pierwsze chwile z instrumentem.

"Miał dziewięć miesięcy, kiedy położyłem przed nim małą gitarę. Prawie się popłakałem. Będę kochać mojego syna bez względu na wszystko, ale jako rodzic chcesz, aby twoje dzieci miały życie wolne od bólu" - mówił gitarzysta zapytany o to, jak zareagował, że jego syn został basistą.

Gitarowymi idolami legendarnego muzyka byli Eric ClaptonJimmy Page, ale dla wielu fanów pochodzący z Holandii Eddie van Halen przerósł swoich mistrzów. W 2012 roku w głosowaniu czytelników "Guitar World" gitarzysta grupy Van Halen znalazł się na samym szczycie, w pokonanym polu pozostawiając m.in. Briana Maya (Queen) i Alexa Lifesona (Rush).

Po śmierci Eddiego w mediach społecznościowych błyskawicznie pojawiły się wspomnienia i kondolencje od innych gwiazd muzyki. Przewijały się takie słowa, jak "Bóg, legenda, gigant".

Sprawdźcie, co napisali m.in. Slash, Bryan Adams, David Coverdale (Whitesnake), Yngwie Malmsteen, muzycy grup Metallica, Queen, AC/DC, Aerosmith, Black Sabbath, Pearl Jam, Scorpions, Def Leppard, Machine Head, Volbeat.

Tytuł jednego z najlepszych i najbardziej wpływowych gitarzystów przynajmniej XX wieku zawdzięcza właściwie jednemu utworowi. Mowa o "Eruption" z imiennego debiutu Van Halen z 1978 roku.

Instrumentalny numer to właściwie popis umiejętności Eddiego Van Halena, który do perfekcji doprowadził tzw. oburęczny tapping. Prekursorem tej techniki był Steve Hackett, na początku lat 70. gitarzysta Genesis.

"Eruption" do dziś uważany jest za jeden z najtrudniejszych utworów Van Halen. Sam Eddie nie był jednak do końca zadowolony z tej wersji, która trafiła na płytę "Van Halen", uważając, że mógł zagrać jeszcze lepiej.

Z debiutu amerykańskiej formacji pochodzą jeszcze tak znane utwory, jak m.in. "Ain't Talkin' 'bout Love" czy "Runnin' With the Devil". Kwartet w latach 80. był jednym z najpopularniejszych zespołów na świecie, a miejsce na szczycie zawdzięcza płycie "1984" (z przebojami "Jump" i "Panama" na czele), która tylko w samych Stanach Zjednoczonych sprzedała się w ponad 12-mln nakładzie.

Poza swoją macierzystą formacją Eddie zabłysnął w 1982 roku, kiedy do współpracy zaprosił go Quincy Jones, producent i współtwórca przełomowej płyty "Thriller" Michaela Jacksona. Początkowo gitarzysta myślał, że ktoś sobie robi z niego telefoniczne żarty. Kiedy w końcu uwierzył, że to naprawdę Quincy Jones, od razu zdecydował się przyjąć propozycję. Eddie zagrał improwizowane solo w piosence "Beat It", w dodatku zrobił to za darmo.

"Zdaniem wszystkich naokoło byłem kompletnym głupkiem, ale ja wiedziałem, co robię" - wspominał po latach. Główne partie gitary w "Beat It" należą do Steve'a Lukathera, lidera grupy Toto. Eddie nie pojawia się też w teledysku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Eddie Van Halen | nie żyje | Van Halen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje