Robbie Williams "Britpop": Sympatyczny chłopak z UK [RECENZJA]
Choć "Britpop" to album, o którym sam Robbie Williams mówił, że powinien nagrać po odejściu z Take That, to myślę, że to co najwyżej sympatyczna jazda na nostalgii niż wiekopomne dzieło.

Byłem bardzo ciekaw, jak Robbie Williams poradzi sobie ze wzmożonym zainteresowaniem po premierze filmu "Better Man". Szczególnie że portret, w jakim osadził się artysta, dość mocno rzutuje na jego obraz i u wielu odbiorców mógł znacząco zmienić optykę. Przyznaję sam, że na kilka dobrych lat Robbie Williams zniknął mi z jakiegokolwiek horyzontu, pozostając w pamięci jako twórca przebojów w moich młodzieńczych latach i facet, który dał się zeskanować na potrzeby gry FIFA 2000 - absolutnie pierwszej gry na komputer osobisty, którą posiadałem w swojej kolekcji.
Czy słusznie, że tak było? Cóż, kolejne skandale niewiele zmieniają, bo nawet nie za bardzo mnie interesują. Muzycznie natomiast "Britpop" startuje z wielkiego C - trudno nie czuć przy rozpoczynającym płytę "Rocket", że bierzemy udział w wielkim show, w którym nie bierze się jeńców. Udział Tony'ego Iommie'ego z Black Sabbath stanowi pieczęć dla zwrotu otwarcia płyty w kierunku hard rocka - upupionego przez popowe inklinacje, które skrywają się za plecami gospodarza, jednak hard rocka. Ale nawet on nie potrafi zakryć faktu, że gwiazda jest tu tylko jedna.
Trafiłem na liczne opinie, że "Britpop" to list miłosny Robbie'ego do brytyjskiej muzyki lat 90., ale uważam, że to jednak ogromne uproszczenie. Oczywiście, pop był wtedy o wiele bardziej gitarowy niż jest dziś. Ale wydaje się, że Williams mimo wszystko wykracza poza te granice.
Owszem, "Pretty Face" jest tak ordynarnie oasisowe, że aż po napisaniu tego stwierdzenia postanowiłem sprawdzić, czy nie jestem osamotniony w tej opinii i… zdecydowanie to spostrzeżenie kolektywne. Nie umiem jednak nie docenić tego, jak bardzo naszemu "szympansowi" udał się "Cocky" - pastiszowy utwór skomponowany w duchu Ziggy'ego Stardusta. Ba, udało się nawet na współczesną modłę przełożyć charakterystyczne, analogowo-matowe brzmienie bębnów, specyficzną przestrzeń i dziwną, niepokojącą surowość fortepianu. "Bite Your Tongue" zaskakująco blisko tak do rapu z brytyjskich przedmieść, jak i do surowego punku. "It's OK Until The Drugs Stop Working" zanurzone jest w niemal pompatycznym sosie z "sixtiesowego" barokowego popu i gdyby nie słodko-gorzka wymowa tego utworu byłaby to rzecz na wskroś nieznośna.
Boli, gdy po takich świetnych momentach otrzymujemy nudnego EDM-owego "Morisseya", którego z byłym liderem The Smiths łączy co najwyżej egzaltowana, introwertyczno-samotniczna liryka podszyta masą ironii. "You" to taki typowy pop-rockowy standard, o którym zapomina się chwilę po przesłuchaniu płyty. Podoba mi się wymowa "Human", ale to ballada, w którym matowe brzmienie i elektroniczne brzmienie z ambientującymi gitarami w tle nie są w stanie przykryć niewystarczającej emocjonalnej podbudowy. I to utwór, który najmocniej z całego zestawienia uwypukla kiepską dynamikę samych nagrań - kiedy wydawało się, że wojna głośności powoli staje się pieśnią przeszłości, "Britpop" wchodzi w to bez cienia zażenowania.
Cieszy mnie ten dystans, jaki złapał do siebie Robbie Williams. Korzysta w pełni z niego, ma świadomość własnego wizerunku, problematyczności, emanowania egotyzmem. W tym wszystkim łatwo zapomnieć, że mamy do czynienia z jednym z artystów z największą liczbą sprzedanych płyt w historii. Ale wiecie co? Nawet jeżeli o "Britpop" za jakiś czas nie będę za bardzo pamiętał, to zacząłem dzięki tej płycie darzyć Robbie'ego sympatią, której wcześniej aż tyle nie miałem. I może o to właśnie chodziło?
Robbie Williams, "Britpop", Sony Music Entertainment
7/10








