Reklama

Reklama

Maja Kleszcz "B.L.UES": Należny hołd [RECENZJA]

Bogdan Loebl, który jednak często pomijany jest przy wspominaniu o zespole Breakout, a którego teksty w dużej mierze wpłynęły na status grupy, w końcu doczekał się należnego hołdu. Chyba lepszej wykonawczyni swoich tekstów w bluesowym wydaniu znaleźć współcześnie by nie mógł.

Bogdan Loebl, który jednak często pomijany jest przy wspominaniu o zespole Breakout, a którego teksty w dużej mierze wpłynęły na status grupy, w końcu doczekał się należnego hołdu. Chyba lepszej wykonawczyni swoich tekstów w bluesowym wydaniu znaleźć współcześnie by nie mógł.
Okładka płyty Mai Kleszcz "B.L.UES" /materiały prasowe

Wysypało nam się w ostatnich latach tych projektów składających hołd twórczości Breakoutu - czy to skupiając się bardziej na postaci Tadeusza Nalepy, czy też Miry Kubasińskiej. Czym jednak byłyby utwory Breakoutu, gdyby nie teksty naczelnego "pióra" grupy - Bogdana Loebla? Poeta na swoje dziewięćdziesiąte urodziny doczekał się należnego hołdu ze strony Mai Kleszcz.

Nie jest to bynajmniej ich pierwsze spotkanie: ex-członkini Kapeli ze Wsi Warszawa była już wspierana przez Loebla na płytach bluesowego projektu incarNations, współtworzonego z Wojciechem Krzakiem, również wywodzącego się z Kapeli ze Wsi Warszawa.

Reklama

Tu fanom Breakoutu, nieznajomionych z twórczością Mai, spieszę się z wyjaśnieniem: na "B.L.UES" nie ma ani jednego premierowego utworu! Połowę piosenek stanowią covery piosenek, których teksty Bogdan Loebl napisał dla Breakoutu, drugą zaś nowe aranżacje piosenek z projektów incarNations. Czy w takim razie warto sięgać po tę płytę? Oczywiście, bo Maja Kleszcz i Wojtek Krzak to najlepsi możliwi spadkobiercy stylistycznej spuścizny grupy Breakout, więc fani tej grupy niewątpliwie odnajdą się również poza utworami, do których muzykę napisał Tadeusz Nalepa.

Mamy więc tradycyjne lekko przesterowane gitary, bluesowy groove z porywającą współpracą perkusji oraz gitary basowej czy kontrabasu, miejscami dęciaki, które raz nadają utworom bardziej funkowego, innym razem jazzowego posmaku. Sprawia to wrażenie uczestniczenia w koncercie, na który trafiliśmy zupełnie przypadkowo, szukając miejscówki do porozmawiania ze znajomymi, ale z uwagi na specyficzny, swojski klimat, postanowiliśmy zostać i... o, nawet piwo zamówić. To muzyka bardzo przystępna, nienarzucająca się, ale jednocześnie inteligentna.

Covery Breakoutu nie odchodzą skrajnie od oryginałów, przy czym postarano się o to, by miały swój charakter. "Liście zabrał wiatr" (jeden z moich ulubionych utworów Breakoutu obok "Poszłabym za tobą""Luizy") utraciły coś ze swojej melancholijnej, rozpaczliwej atmosfery. W zamian zyskały jednak bębny i tlący się w tle dęciak, które nadają utworowi mocy i nadziei, których brakowało w oryginale. 

"Sny kolorowe" nie brzmią aż tak bardzo jak zmodyfikowana wariacja na temat klasycznego riffu "You Shook Me". "Kiedy byłem małym chłopcem" schodzi niżej, ale to w gruncie rzeczy ta sama piosenka. Za to "Oni zaraz przyjdą tu" pozbawiono gitary, przez co piosenka została niemal zupełnie pozbawiona swojego rockowego charakteru, który jednak był ogromną zaletą oryginału. "Modlitwa" skierowana za to w stronę jazzową brzmi nad wyraz zacnie.

Nowe interpretacje utworów IncarNations obrazują za to dojrzewanie autorki albumu. Przy "Wilczych kłach" momentalnie chce się powiedzieć, że w porównaniu do pamiętnej wersji z "Romantyczności" więcej tu techniki, a mniej aktorstwa. To różnica subtelna, ale znacząca w odbiorze. "Nasza miłość ma skrzydła" utraciła swój popowy potencjał, ale nowa aranżacja nadaje więcej głębi tekstowi, co jak najbardziej należy zaliczyć na plus.

Skoro już przy tym jesteśmy, to najwięcej zyskał utwór "Nocą jesteśmy głodni". W porównaniu do minimalistycznego, skocznego i swobodnego oryginału, brzmi teraz niczym jak manifest dojrzałej emocjonalnej pewnej siebie kobiety, czującej się pewnie ze swoją seksualnością. W czym oczywiście ogromna zasługa Bogdana Loebla, jego umiejętności "czucia" innych ludzi. Ale o tym, że po tylu latach na scenie on nadal ma niesamowite wyczucie pióra, chyba nie muszę wspominać?

Bohaterką jest tu oczywiście sama Maja Kleszcz - posiadaczka niskiego, chrypliwego, acz niesamowicie potężnego wokalu, który sprawia wrażenie jakby już urodził się dojrzałym. Ma w sobie odrobinę retro posmaku, przez który słuchając jej, sprawiamy wrażenie jakbyśmy trafili na zapomniany polski album. Oczywiście odpowiada za to też miks albumu: saturacja, drobne przestery, które nadają garażowo-knajpowego charakteru.

Płyta jednak pozostawia niedosyt: cały czas w głowie tkwi myśl, że choć to projekt nagrany w hołdzie - owszem - to stanowi przystawkę; oczekiwanie na coś, co już się tworzy i ma nas zwalić z nóg w przyszłości. Miło, że taki album powstał, ale obawiam się, że pomimo wysokiego poziomu wykonania, to pozycja, która będzie wspominana bardziej "przy okazji" niż jako pełnoprawny krążek.  

Maja Kleszcz, "B.L.UES", Mystic Production

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL