Lunatic Soul "The World Under Unsun": Pożegnanie w wielkim stylu [RECENZJA]
Mariusz Duda żegna się z projektem Lunatic Soul, oferując najdojrzalszą i najbardziej osobistą płytę w swoim dorobku.

Wydaje mi się, że płyt żadnego twórcy nie brałem na naszych łamach na warsztat tak często jak Mariusza Dudy - głównodowodzącego projektów Riverside i Lunatic Soul. Nic na to nie poradzę, że to muzyk niezwykle płodny i wyrobił sobie markę, która w zasadzie jest znakiem jakości. "The World Under Unsun" jawi się jako album w dyskografii twórcy wyjątkowy.
"Jakby jakiś nie był" - powiedziałby ktoś mądry i miałby rację. Jednak najnowszy album spod szyldu Lunatic Soul zapowiadany jest jednocześnie jako domknięcie siedemnastoletniej, rozpisanej na osiem lat przygody Mariusza Dudy z tym odłamem swojej twórczości. Albo bardziej "domknięcie kręgu życia i śmierci", jak opowiada o nowym albumie, podsumowując jednocześnie swoją całą twórczość "lunatycznej duszy". Ja jednak czuję tutaj, że to najbardziej osobisty materiał twórcy i pod pozorem konceptów skrywa się tu całkiem sporo z życia prywatnego twórcy. W końcu sam przyznawał niejednokrotnie, że jego twórczość jest autoterapeutyczna.
Oczywiście można zacząć od tego, że materiał trwa aż półtorej godziny. Przyznaję, że zazwyczaj mam ogromne obawy przed takimi albumami - mało któremu artyście udaje się doprowadzić całe napięcie do końca. Do dziś mam w pamięci krążki artystów z przełomu wieków, którzy odkryli, że na płycie CD mieści się aż do 80 minut muzyki, więc za wszelką cenę trzeba ten krążek wypełnić. I rzadko była to strategia słuszna, gdyż nie towarzyszyła jej w żaden sposób selekcja materiału. Przy "The World Under Unsun" mam wrażenie, że jest wręcz przeciwnie - Mariusz Duda prawdopodobnie ostatnie pięć lat spędził, oprócz tworzenia swojej pandemicznej trylogii i nagraniu "ID.Entity" z Riverside, na drobiazgowym komponowaniu kawałków przeznaczonych do opus magnum projektu Lunatic Soul. Wielkiego zakończenia.
To naprawdę czuć, gdyż płyta z chęcią obcuje w zasadzie z absolutnie każdym obliczem. Jednocześnie artysta jasno pokazuje, dlaczego nie mógłby zrealizować tych pomysłów w ramach Riverside, co moim zdaniem nie zawsze było tak oczywiste, jak życzyłby sobie tego zapewne Mariusz Duda. Tu jednak zostaję odpowiednio wynagrodzony.
Bywa bardzo nastrojowo. Kto nie zachwyci się "Good Memories Don't Want to Die", ten prawdopodobnie nie ma serca. To przejmująca ballada o życiu przeszłością w bolesnej teraźniejszości, która jednak trzyma nas i nie może puścić. Duda śpiewa tu o tym, że co prawda nie chce zniekształcać rzeczywistości, ale tłumi rzeczy złe, widzi, że nie jest w odpowiednim miejscu dla siebie, jednak dobre wspomnienia nie chcą wciąż umrzeć. Źdźbło nadziei jednak istnieje - w końcu sen dalej trwa, nawet gdy bohater jest już przebudzony, ale czy ten sen dyktowany wspomnieniami i marzeniami, jakie te wywołują, powinien definiować jego przeszłość? Niesamowicie emocjonalny, zdecydowanie autoterapeutyczny dla Dudy numer, którego enigmatyczny tekst zachęca do interpretacji, kierując je na życie osobiste każdego z odbiorców.
Oprócz niego otrzymujemy również niemal żałobne "Torn in Two", ale też kończące płytę, niesamowicie nastrojowe "The New End", w którym zarówno w partii fortepianu, jak i w tekście pojawia się odrobiną nadziei. Takiej czystej, pozbawionej zgubności, którą niejednokrotnie w twórczości Lunatic Soul implikowano. Bardzo zaskakuje "The Prophecy", w którym Mariusz Duda śpiewa falsetem - owszem, dało się je niejednokrotnie wychwycić w chórkach, ale chyba nigdy nie mieliśmy do czynienia z nimi na pierwszym planie. Poprawcie mnie, jeżeli się mylę.
Nie umiem się nie zachwycić "Loop of Fate", które zawieszone jest pomiędzy psychodelicznym transem, znanym chociażby z projektu Shpongle, a krautrockowymi projektami czerpiącymi w pełni z muzyki orientalnej. Transu to zresztą jest całkiem sporo, bo czy koniec końców nie on nakręca sekcję rytmiczną w hipnotyzującym, rozbudowanym "Mind Obscured, Heart Eclipsed"? Swoją drogą, jako osoba grająca hobbistycznie na gitarze basowej, z zazdrością słucham linii basu w tym numerze. "Game of Life" w początkowych momentach swoim robotycznym podejściu do rytmu jawi mi się natomiast jako utwór, który ukazywałby, jak mógłby brzmieć zespół Kraftwerk, gdyby twórcy chętniej sięgali po żywe instrumenty zamiast elektroniki.
"Self in Distorted Glass" to prawdziwa podróż - znajdziecie tu i muzykę orientalną, muzykę filmową, ciężkie metalowe riffy przekształcające niespodziewanie piosenkę w progresywną odmianę tego gatunku, by całość zakończyć fortepianowym, niemal balladowym oddechem z szumem morza wychodzącym coraz bardziej z tła. Jestem nieco zaskoczony, że "The New End" następuje po nim, gdyż zdaje się idealnym zakończeniem, ale z innej strony wspominałem o nadziei, jaką wypełniony jest ten track. Może warto zawsze ją zostawić na koniec? Może to takie miejsce, w którym w końcu można poczuć się bezpiecznie?
To czas na małe podsumowanie. Czy to najdojrzalszy krążek spod szyldu Lunatic Soul? Nie mam co do tego wątpliwości. Czy to idealne podsumowanie tej przygody Mariusza Dudy? Jak najbardziej. Czy być może ostatnia płyta tego projektu ma szansę stać się moją ulubioną ze wszystkich? Istnieje spora szansa, że tak będzie. Polecam!
Lunatic Soul, "The World Under Unsun", Mystic Production
9/10








![Wikukaracza (Łąki Łan): Łąki Łan to akty radości [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000IZRUCEKPSX9IS-C401.webp)