Grzegorz Turnau "Szósta godzina": Z czułością [RECENZJA]
Pierwszy autorski polskojęzyczny album Grzegorza Turnaua od 11 lat nie zmieni za wiele w waszym odbiorze tego artysty. Jeżeli pokochaliście jego poprzednie dzieła, odnajdziecie się tu doskonale. Jeżeli macie wątpliwości, to niczym w zasadzie was nie przekona.

Na studiach miałem koleżankę, która z pewnością nie czyta moich recenzji, ale i tak nie zdradzę jej personaliów. Na zajęciach, w których warunkiem zaliczenia przedmiotu był reportaż, napisała ona tekst dotyczący obozu, w którym pełniła rolę jednej z opiekunek, a uczestnikami były osoby z niepełnosprawnością umysłową. Koleżanka wspominała w tekście całkiem sporo o radości, o lekkości, o poczuciu wspólnoty i miłości. Pani doktor, prowadząca ćwiczenia, powiedziała natomiast "Pani taka jest, ja to wiem, ale w tekście bardzo pani estetyzuje". To ja napiszę tak: Panie Grzegorzu, pan taki jest, ja to wiem, ale bardzo pan estetyzuje.
Stwierdzenie, że Grzegorz Turnau to artysta wybitnie niedzisiejszy to komunał, ale czuję, że te słowa muszą paść. To, że błyskawicznie słychać u niego punkty wspólne z Markiem Grechutą i wcale nie dziwi chociażby nagrywanie duetów z Magdą Umer oraz Ewą Bem, to również banał.
Czy więc "Szósta godzina" to jakiekolwiek zaskoczenie dla wszystkich, którzy znają wariację na temat poezji śpiewanej w wykonaniu Grzegorza Turnaua? Ależ skąd! Po 11 latach od ostatniego autorskiego krążka, "7 widoków w drodze do Krakowa", naczelny bard dawnej stolicy Polski serwuje dokładnie to, czego można się po nim spodziewać. Elegancki, ciepły, kojący głos z perfekcyjną dykcją, którego głównym towarzyszem jest fortepian, a jeżeli pojawia się drugi głos - jest to Dorota Miśkiewicz. Znacie to.
A jak nie znacie, to powiem, że "Szósta godzina" jest albumem, z którego, jeżeli chcecie czerpać radość, musicie zaakceptować kilka rzeczy. Przede wszystkim pewnego rodzaju anachroniczność, którą umiejscowiłbym gdzieś w połowie drogi między stylizowanym międzywojennym miasteczkiem a siedzeniem przed kominkiem w domu rodzinnym w oczekiwaniu na zbliżające się święta. Tu mężczyźni wręczają kobietom kwiaty na ulicach w eleganckich smokingach, kłaniają się, całują w rękę, po czym wspólnie idą do teatru, a przed snem przy herbatce patrzą na albumy rodzinne, przypominając sobie jak było i dostrzegając upływ czasu. Z odpowiednią czułością, która jest tu słowem-kluczem.
Co więcej, "Szósta godzina" jest albumem teatralnym, a przez to w dzisiejszych czasach może wydawać się wręcz naiwna. I ja wiem, jak ochoczo każdy rzuci, że Grzegorz Turnau jest artystą przez wielkie A, tylko dla mnie to mówienie jak Słowacki wielkim poetą był. Nie jestem bowiem do końca przekonany, gdy słyszę utwór o "Balowych bucikach babci Agny". Ostatecznie słyszę tu bardzo dużo wspomnianego estetyzowania oraz zabawy na emocjach słuchacza - mniej lub bardziej ordynarnej. I odruchowo myślę, że podobny moment musiał sprawić, iż slamerzy zaczęli protestować przeciw zawłaszczaniu poezji przez środowiska akademickie. Takie momenty sprawiają też, że w środowiskach muzycznych pasjonatów, rozkładających piosenki na części pierwsze, Turnau częściej postrzegany jest jako posąg utożsamiający w sobie całą ideę bohemy artystycznej, aniżeli postać poważaną, do której płyt się wraca.
Mimo to potrafię jednocześnie docenić wiele momentów na tej płycie. "Dwa bilety" faktycznie zaczynają się kawiarnianie, ale napięcie, które pojawia się mniej więcej w połowie utworu i jego nagłe rozładowanie, to rzecz godna podziwu. Tak samo jak słodko-gorzkie "Gdybyś" z Dorotą Miśkiewicz przełamującą cudownie całość swoimi chórkami - to rzecz wręcz pachnąca Grechutą z połowy lat osiemdziesiątych.
Kocham to, że Turnau na poziomie kompozytorskim i brzmieniowym potrafi - nie wiem, na jak świadomym poziomie - korespondować z "50 Words for Snow" Kate Bush. Skojarzenie z najbardziej niedocenianym chyba albumem brytyjskiej artystki włączają mi się automatycznie przy "Jeszcze jednej zimie", "Sen mnie woła" czy "Paskudnej piosence". Partie fortepianu wybrzmiewają może chłodno, ale skrywa się w nich jakaś niepodrabiana intymność.
Tekstowo czuję się natomiast… powiedzmy, że różnie. Wobec realnej głębokości obserwacji "Paskudnej piosenki" napisanej we współpracy ze znanym poetą, Bronisławem Majem mam pewne obiekcje. W przeciwieństwie do "Południowych snów" z prostymi, zgrabnymi wersami pokroju "Lepiej zasłonić zasłony, kiedy się nie ma nic" autorstwa zmarłego w 2017 Leszka Aleksandra Moczulskiego, pamiętanego chociażby ze współpracy ze Skaldami oraz… Markiem Grechutą.
Kiedy natomiast sam Turnau w tytułowej smooth jazzowej "Szóstej godzinie" wchodzi w zgrabny, choć niespecjalnie wyszukany koncept opisania sześćdziesiątego roku życia w kontekście wskazówek zegarek, czuję, że się - niestety - wykłada się na nim. Kiedy bowiem słyszę "Szósta godzina / Rym do pianina / Oraz do wina rym / Szósta godzina / Ojca i Syna / W cieniu przechowa swym" czy "Godzina szósta / Ktoś czyta Prousta / Ktoś pieśń na ustach ma / Godzina szósta / Ulica pusta / Szminki na szklance ślady" to mam wrażenie, że pióro ma służyć brzmieniu, a nie brzmienie słowom.
Więc duście mnie, ale "Szósta godzina" jawi mi się jako zbiór piosenek, które owszem, brzmią ciepło i otulają słuchacza, odwołują się do jego sentymentalności oraz wywołują poczucie nostalgii jak mało co, ale potrafią być również naiwne, wydumane. Co więcej, zaryzykuję stwierdzenie, że przez cały sztafaż udają miejscami większe i głębsze niż są w rzeczywistości.
Dlatego na koniec powiem tak - "Szósta godzina" to album dla tych, którzy wzdrygają się na słowo koncert, ale na recital wybiorą się bardzo chętnie, a miłość do muzyki wpojono im przez wspólne rodzinne słuchanie płyt winylowych przy kominku. Do tego nie muszą się upewniać, w jakich sytuacjach wymagane jest ubranie garnituru, marynarki, fraku i surduta. I tym sposobem wybrnąłem, prawda?
Grzegorz Turnau, "Szósta godzina", Mystic Production
6/10








