Kneecap: "Nigdy nie zakładaliśmy, że ludzie będą zainteresowani tym, co robimy" [WYWIAD]
Zakazy wjazdu, zarzuty karne, odwołane trasy, sold outy w kilka godzin. Są dzisiaj jednym z najbardziej niewygodnych zespołów Europy i na świecie. Dają głos wykluczonym, a w starciu z opresyjnym establishmentem nie biorą jeńców. Trzech chłopaków z Belfastu, którzy zamiast bomb i barykad wybrali język ojczysty, rap oraz rave jako artystyczne narzędzie oporu. Nic dziwnego, że mówi się o nich, że gdyby Sex Pistols rapowali po irlandzku - byłoby nimi.

Białe ściany. Na jednej z nich abstrakcyjna reprodukcja, obok plakat lokalnego eventu w antyramie, a dalej czarne lustro ogromnego telewizora LCD. Na środku stół konferencyjny i krzesła. Grobowa cisza, którą łamie pykanie jarzeniówki. Można by pomyśleć, że zaraz ktoś przyjdzie, zacznie się moje przesłuchanie, a od tego, co zeznam na papier, zależeć będzie moja przyszłość. Podobnych scen w filmach widziałem na pęczki. Nawet w filmie o nich... Ale to nie film - tylko tu i teraz - a ja nie mam kajdanek na rękach ani nogach. Nie mogę usiedzieć w miejscu. Jak czekać, to lepiej czekać na stojąco, więc wstaję i krążę po salce. Po kilku minutach po korytarzu niesie się charakterystyczny akcent. Ich troje wpada i wita się ze mną serdecznie, jednocześnie przepraszając za to, że musiałem na nich dłużej czekać. Dla przełamania pierwszych lodów próbują poprawnie wymówić nasze "Dzień dobry!", bo język polski nie jest im obcy.
"W Irlandii jest ogromna polska społeczność" - mówi Mo Chara, a Móglaí Bap dodaje: "Polacy to dobrzy pracownicy, jak Irlandczycy".
Ta serdeczność wynika również z faktu, że polska diaspora w Belfaście - mieście z wyjątkowo skomplikowaną historią - jest uważana przez Irlandczyków za najbardziej zbliżoną kulturowo, a nasz język jest jednym z najbardziej powszechnych języków obcych w tym mieście, co znalazło swoje odzwierciedlenie z jednej ze scen filmu o zespole z Belfastu.
Przygotowując się do tego spotkania, zostałem uprzedzony, że z chłopakami z Kneecap może nie być miękkiej gry. Prawdopodobnie będą kręcić ze mnie bekę, żartować i wystawiać na różne próby. Nic bardziej mylnego - chociaż jest ich trzech na mnie jednego. Dwóch wyspiarskich łobuzów (Mo Chara i Móglaí Bap) w dresach i baseballówkach oraz trzeci, starszy od nich - na swój sposób szara eminencja tej ekipy - DJ Próvaí. Ten ostatni na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie ich nauczyciela lub managera. Ubrany jest w jeansy i fioletowy polar. Zdaje się nosić w sobie pewną dozę nieśmiałości. Trochę jakby był z innego świata, ale każdy, kto widział go na scenie, wie, że wraz założeniem charakterystycznej kominiarki w kolorach irlandzkiej flagi, wstępuje w niego ogień. Od pierwszej wymiany uprzejmości mam poczucie, że nie tylko ja jestem ich ciekaw, ale również moi rozmówców nurtuje, co przywiało mnie z Polski na angielską prowincję.
"Przyjechałem tu na derby miasta, bo mój siostrzeniec gra w Sheffield Wednesday, a dzień później gracie tutaj koncert, więc pomyślałem, że to idealna okazja, żeby połączyć te dwa wydarzenia" - mówię. Na hasło "derby miasta", chłopaki uśmiechają się porozumiewawczo, dając mi do zrozumienia, że znaleźliśmy wspólny temat.
"Coś im nie poszło... 3:0" - stwierdza Mo Chara. Wszyscy wspólnie przekornie komentujemy wynik meczu, a Mo Chara wyjaśnia, że sami mieli plan zobaczyć lokalne święto piłki nożnej, ale niestety za późno przyjechali do miasta. Skoro atmosfera szybko zrobiła się szczera i koleżeńska, od razu przyznaję się chłopakom, że nigdy nie byłem w Belfaście. Wyjaśniam, że ich rodzinne miasto - do którego wybierałem się kilka razy, ale za każdym razem los krzyżował moje plany - zawsze był dla mnie jednym z tych miejsc na mapie świata, które można by śmiało nazwać miastem-pomnikiem żywej historii. Miastem, w którym nic nie jest czarno-białe, a zawiłość piętna historii oraz charakter międzyludzkich napięć odczuwalny jest każdego dnia i będzie odczuwalny jeszcze bardzo długo. Dzięki chłopakom z Kneecap, Belfast wrócił do mnie i znowu przypomniał o sobie. Ciekawi mnie zatem, jaki jest teraz w obrazach i dźwiękach.
"Czy chcesz, żebyśmy nazwali to eksplozją...?" - pyta Mo Chara. Na chwilę zapada cisza, a Mo bada mnie wzrokiem, ponieważ jedną z misji chłopaków jest odczarowanie poglądu, że Belfast to miasto złą sławą owiane. Już na samym wstępie filmu "Kneecap. Hip-hopowa rewolucja" ustami Mo Chary z offu pada stwierdzenie, że "każda historia o Belfaście zaczyna się w ten sposób…", po czym widzimy szybką sekwencję archiwalnych materiałów z wybuchów, pożarów, strzelanin ulicznych oraz zamieszek, "...ale nie tym razem! Weź się nie spinaj!" - a miejsce miejskiej wojennej demolki zastępuje wielka lokalna impreza rave, która łączy tamtejszą społeczność ponad podziałami.
"Oczywiście, że w Belfaście było dużo bardziej brutalnie, ale to już nie to samo. To bardzo bezpieczne miasto" - komentuje w końcu. Uśmiecham się pod nosem, ponieważ przekonuje mnie o tym największy łobuz z Kneecap, który serdecznie zaprasza mnie do odwiedzenia ich rodzinnego miasta.
"To jest coś, co wynieśliśmy z przeszłości"
Teraz przyznam się do czegoś czytelnikom…I proszę - bez bicia! Premierę filmu o nich w kinach przegapiłem, bo podtytuł "Hip-hopowa rewolucja" - dodany przez polskiego dystrybutora - skutecznie mnie odstraszył. Kinową zaległość nadrobiłem dopiero ostatniego lata, kiedy "Kneecap. Hip-hopowa rewolucja" pojawiło się na polskich streamingach. Po seansie w domowym zaciszu posypałem głowę popiołem i uderzałem się w pierś. Nie mogłem zasnąć. Wyrzucałem sobie, jak to możliwe, że wcześniej przegapiłem coś tak szczerego, energetycznego, kontrkulturowego… Wymieniać dalej?
Historia trzech przegrywów z Belfastu, których spotkanie uwalnia drzemiącą w nich sprawczość, totalnie zakręciła mi w głowie. Momentalnie przypominałem sobie, że w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy konflikt w Irlandii Północnej nadal był aktywny, na potęgę czytałem kolejne wydania miesięcznika "Komandos", w którego każdym egzemplarzu można było wtedy znaleźć artykuł o sytuacji w Irlandii Północnej oraz działalności IRA - czyli Irlandzkiej Armii Republikańskiej.
"Kneecap wykorzystuje motywy konfliktu w Irlandii Północnej, ponieważ właśnie w tamtym okresie ludzie wyobrażali sobie i mieli wizję przyszłości. Kiedy znajdujesz się w stanie zamętu lub kiedy trwa wojna, ludzie zawsze wyobrażają sobie lepszą przyszłość. I to jest coś, co wynieśliśmy z przeszłości. W latach 80. i 90. było tak wielu wizjonerów i zwykłych ludzi z klasy robotniczej, którzy marzyli o lepszej przyszłości, wyższej jakości życia, sprawiedliwości, pracy i domu. Myślę więc, że to marzenie jest nadal ważną częścią naszej przyszłości" - opowiada Móglaí Bap.
Nie da się tego jednak dogłębnie zrozumieć bez znajomości kontekstu historycznego, z którego wyłoniło się pokolenie chłopaków z Kneecap. Cofnijmy się zatem o prawie trzy dekady.
10 kwietnia 1998 roku wraz z Porozumieniem Wielkopiątkowym zażegnany zostaje konflikt w Irlandii Północnej powszechnie nazywanym "Kłopotami" po tym, kiedy jeden z brytyjskich ministrów w swoim publicznym wystąpieniu powiedział, że mamy pewne kłopoty społeczne w Irlandii Północnej. Innego zdania była IRA, która nazywała rzecz po imieniu - czyli wojna. Kontrowersyjne porozumienie pokojowe niestety nie rozwiązało wielu problemów. Irlandia Północna pozostała częścią Wielkiej Brytanii; organizacje paramilitarne miały złożyć broń; uwięzionych członków organizacji paramilitarnych objęła amnestia; zreformowano policję, powstały nowe instytucje, a ugrupowania polityczne zobowiązały się do korzystania wyłącznie z pokojowym i demokratycznych sposobów działania. W tym czasie w miejsce straumatyzowanej trzydziestoletnim konfliktem społeczności zaczęło rosnąć nowe pokolenie tzw. pokolenie zawieszenia broni, a co za tym idzie pokolenie, dla którego historia stała się ich biologią - jak stwierdza jeden z bohaterów filmu "Kneecap. Hip-hopowa rewolucja", która w fabularyzowany sposób opowiada o początkach działalności zespołu.
Oto na nasączonej traumą glebie spotkało się kilka lat temu trzech mieszkańców podzielonego murami Belfastu. Chociaż cała trójka wywodzi się z irlandzkiej społeczności, istniała między nimi przepaść. Z jednej strony dwóch drobnych dilerów (Naoise, czyli Móglaí Bap, i Liam, czyli Mo Chara) żyjących z dnia na dzień bez wyraźnego celu, a z drugiej strony starszy od nich o dekadę szkolny nauczyciel muzyki (DJ Próvaí) niezadowolony z życia, które wybrał. Połączyła ich chęć zmiany - chociaż w pierwszych momentach niesprecyzowanej i niedookreślonej - po prostu iskra zmiany.
"Przybyliśmy w czasach, gdy ludzie szukają czegoś bardziej treściwego. Myślę, że język to coś, co niesie ze sobą dużo treści" - stwierdza Móglaí Bap.
W erze socialowych celebrytów i influencerów tworzących jedynie pusty kontent, coraz rzadziej rodzą się osobowości, których artystyczna działalność skutkuje czymś więcej niż tylko wysokiej jakości rozrywką. W przypadku Kneecap głośno mówi się, że ich rap - wykonywany po irlandzku - stał się paliwem dla przewrotu językowego, którego nieświadomie stali się ojcami chrzestnymi. Co za tym idzie - wszystko, co irlandzkie, co było przez setki lat brytyjskiej kolonizacji systemowo deprecjonowane i spychane na margines, znowu stało się atrakcyjne. Powrót do nauki rdzennego języka stał się dla irlandzkiej młodzieży pokojowym sposobem stawiania oporu brytyjskiej władzy. Wszakże "Każde słowo wypowiedziane w języku irlandzkim to kula wystrzelona w walce o wolność Irlandii" - rzuca ojciec Móglaíego grany przez Michaela Fassbendera w jednej z pierwszych scen filmu.
"Czy zakładając wasz zespół mieliście pewność, że to… eksploduje?" - ...a wraz z zaimprowizowaną końcówką zdaję sobie sprawę, że palnąłem głupstwo. W związku z tym wszyscy wybuchamy, ale na szczęście tylko śmiechem, bo chłopaki z Kneecap mają wiele dystansu do siebie i otaczającej ich rzeczywistości. Ich intuicyjny know how to poruszanie poważnych tematów, ale przez pryzmat dowcipu, sarkazmu i ironii, a to wszystko zatopione jest w imprezowym klimacie irlandzkich pubów oraz podziemnego rave.
"'Ci młodzi ludzie przeżyli całe życie w społeczeństwie zatrutym nienawiścią wyznaniową. Teraz mówią nam, że impreza łączy protestantów i katolików' - to cytat z filmu dokumentalnego, który opowiada o życiu klubowym Belfastu. Użyliście go w kawałku 'Parful', w którym nawiązujecie do tego samego tematu, bo nocne życie waszego miasta to nie tylko godzina policyjna, zamknięte bramy między wrogo nastawionymi do siebie dzielnicami. Wasza twórczość to nie tylko deklaracja tożsamości. Jest w niej też zaproszenie do pokojowego koegzystowania obu stron konfliktu. Czy to możliwe?" - pytam.
"Założę się, że już tak jest. Zasadniczo żyjemy pokojowo. Koegzystujemy pokojowo przez większość czasu. Oczywiście nadal mamy 'mury pokoju', które zamykamy o dziesiątej wieczorem" - odpowiada Mo Chara. "Oczywiście katolicy i protestanci - ciężki temat - pracują razem. W sensie - to nie religia jest problemem a sekciarstwo. To nie ma nic wspólnego z wiarą, czy Maria byłą dziewicą, czy nie" - dodaje Móglaí Bap.
"Nikt przecież nie walczy o dziewictwo Maryi..." - dopowiada Mo Chara. "Prawdziwym problemem Irlandii Północnej była supremacja. To supremacja religii spowodowała nierówność. Katolicy nie mogli dostać domów i nie mogli znaleźć takiej samej liczby miejsc pracy. I to właśnie supremacja to spowodowała, a także ta supremacja spowodowała ten ekstremizm i przemoc. Nie sądzę, żeby ekstremizm w ogóle jeszcze istniał. Już go nie ma" - kończy Móglaí Bap.
"Brits out!"
"Mo! W filmie jest scena między tobą i twoją dziewczyną, która jest lojalistką. Jest tam coś z Romea i Julii lub greckiej tragedii" - zaczynam. "Oczywiście! Taki był pomysł. Miłość ponad barykadami. Miłość pomimo krat" - odpowiada Mo Chara. "Ale kiedy pojawia się podczas jednego z waszych pierwszych koncertów i słyszy wasz kawałek 'Brytole won!' (oryg. 'Brits out!') uważa, że to odnosi się także do niej" - kontynuuję.
"Jest tak, ponieważ hasło 'Brytole won!' wywodzi się czasu Kłopotów i znaczyło tyle co - rząd brytyjski won z Irlandii; brytyjscy żołnierze won z Irlandii. Nie odnosiło się to do cywilów czy obywateli. Kiedy jesteś w trakcie kampanii, potrzebujesz uderzającego hasła. Nie chcesz musieć go dodatkowo tłumaczyć. Po prostu - Brytole won!" - słyszę w odpowiedzi.
Sama nazwa zespołu ma swoje źródło w symbolach i hasłach przeszłości, z którymi powszechnie kojarzy się Belfast. To nie wybuchy, zamieszki czy legendarny Titanic zbudowany w jednej z tamtejszych stoczni. To kneecap czy też kneecaping - w wolnym tłumaczeniu z języka angielskiego - czyli nic innego jak strzał w kolano, sposób, w jaki IRA załatwiało wiele spraw, rodzaj kary m.in. za szeroko pojętą kolaborację z brytyjskimi służbami lub prowadzenie działalności przestępczej na terenie, gdzie działały bojówki IRA. Nazwa zespołu o tyle ironiczna i przewrotna, bo w języku polskim "strzał w kolano" jest synonimem porażki - tak w przypadku irlandzkiego zespołu może być interpretowany jako strzał w dziesiątkę, bo efekt szybko przerósł oczekiwania trójki z Belfastu.
"Nigdy nie zakładaliśmy, że ludzie będą zainteresowani tym, co robimy, ponieważ odrodzenie języka irlandzkiego, szczególnie na północy, jest czymś zupełnie nowym. Odzyskanie pewności siebie zajmuje trochę czasu. Efektem ubocznym kolonizacji jest wstyd i zażenowanie z powodu własnej kultury. Języka ojczystego. Więc kiedy zaczynaliśmy, początkowo myśleliśmy, że nikt się tym nie zainteresuje" - tłumaczy Móglaí Bap.
Przekładając to na nasz sąsiedzki grunt - w historii Irlandii Północnej jest wiele analogii do Ukrainy, w której przez dziesięciolecia rosyjskich wpływów język ukraiński oraz ukraińska kultura ludowa były systemowo spychane na margines i przedstawiane jako kultura "gorsza" lub "kultura ukraińskiej wiochy". Co więcej, w ukraińskiej debacie publicznej często przywoływany jest casus Irlandii Północnej w kontekście odradzania się języka ojczystego.
"Może nie docenialiśmy naszej własnej kultury lub mocy naszego języka, naszej własnej kultury. Ale myślę, że teraz, biorąc pod uwagę, że ludzie są bardziej świadomi języków ojczystych i świadomi, ile języków rdzennych zanika" - dodaje Móglaí Bap. Przy okazji wskazuje na światowe statystyki ginących każdego roku języków, które zostały zawarte w tyłówce ich filmu - "Co czterdzieści dni na świecie umiera jeden język rdzenny". Kwestia rdzennych języków jest mu szczególnie bliska, ponieważ jego śp. ojciec Gearóid Ó Cairealláin był zasłużonym dla irlandzkiej społeczności Belfastu aktywistą, który stworzył Cultúrlann, czyli centrum kultury języka irlandzkiego.
"Ta okolica, ten budynek i wszystkie te różne pomysły - to wszystko wymyślił jego ojciec i ludzie, którzy się tam zebrali. Jest tam dobra kawiarnia, teatr, biblioteka, sale do nauki języka irlandzkiego" - mówi DJ Próvaí. "W waszej działalności nie chodzi tylko o temat tożsamości, kwestię języka irlandzkiego, ale także o dawanie głosu innym. Mam na myśli przede wszystkim Palestynę" - ciągnę temat.
"To oczywiste. Przeżyliśmy osiemset lat kolonializmu i zrozumieliśmy siłę międzynarodowej solidarności w Irlandii. Widok ludzi wspierających uciskanych zawsze podnosi morale - czy to w Ameryce, czy to w Londynie. Wyobrażam sobie, że Palestyńczycy czują się teraz niewidzialni. Więc ilekroć widzą ludzi takich jak my, czy kogokolwiek innego, kto poświęca chwilę, by okazać solidarność Palestyńczykom, na koncertach, w telewizji, w wywiadach, to widzą ich ludzie na całym świecie. Solidarność palestyńska jest ogromna w Irlandii. Zawsze była. Na długo przed październikiem" - opowiada Mo Chara.
"Kiedy masz zbiorową świadomość, która jest obecna w twoim DNA od wieków, ludzie wciąż odczuwają taką empatię wobec krajów, które również przez to przechodzą" - dopowiada DJ Próvaí.
"Tak samo było przecież z Irlandczykami. Doświadczyliśmy tych samych cech kolonizacji. Byliśmy przedstawiani jak małpy w angielskich gazetach. Byliśmy przedstawiani jako podludzie, żeby spróbować usprawiedliwić sposób, w jaki traktowali Irlandczyków w Anglii. I to samo dzieje się w Palestynie. Tak właśnie to usprawiedliwiają" - komentuje Móglaí Bap.
Jeśli miarą sukcesu propalestyńskiej kampanii Kneecap jest liczba ich nowych wrogów, to znaczy, że trzech chłopaków z Belfastu ma się czym pochwalić. Odwołana jesienna trasa koncertowa w Stanach Zjednoczonych ze względów bezpieczeństwa i presję polityczną; zakaz wjazdu na Węgry; publiczne potępienie przez premiera Wielkiej Brytanii Kiera Starmera; próba wykluczenia z line-upu festiwali muzycznych przez żydowskie lobby; a przede wszystkim zarzuty karne dla Mo Chary za poparcie Hamasu i Hezbollahu podczas jednego z koncertów - wymieniać dalej?
Z drugiej strony w miejsce odwołanych tras pojawiające się nowe koncerty, które w ciągu kilku godzin mają status "sold out"; demonstracje sympatyków zespołu pod instytucjami za każdym razem, kiedy Mo Chara staje przed sądem; zawiązanie wraz z zespołem Massive Attack międzynarodowej unii muzyków potępiających ludobójstwo w Gazie. U chłopaków z Kneecap nie ma nudy.
Kneecap: "Mamy więcej wspólnego z klasą pracującą"
Tymczasem w Irlandii Północnej za dwa lata miną trzy dekady od Porozumień Wielkopiątkowych. W Belfaście bomby już nie wybuchają, chociaż czasem pojawiają się głosy, że jedna iskra mogłaby odpalić nowe Kłopoty. Badania opinii publicznej jednak wskazują, że większość tego nie chce. Obie strony ponadpokoleniowego sporu starają się utrzymać pokój, używając do tego różnych instytucji socjalnych, prowadzących na szeroką skale programy społeczne oraz community workerów. Wśród tych ostatnich jest wielu byłych członków grup paramilitarnych, których stare kontakty oraz znajomość lokalnej społeczności pozwala na rozwiązywanie problemów tam, gdzie ingerencja policji (czyli przedstawicieli establishmentu) mogłaby pogorszyć sprawę. Pomimo upływu lat Belfast nadal podzielony jest na dzielnice republikańskie (czyli proirlandzkie) oraz protestanckie (czyli probrytyjskie). Oddzielają je tzw. "mury pokoju", które - w celu integracji obu społeczności - posiadają bramy. Bramy, które - mimo wszystko - profilaktycznie są zamykane na noc, żeby przeciwdziałać ewentualnym chuligańskim wybrykom. Ludziom przybyłym z zewnątrz (na przykład polskiej diasporze w Belfaście) w pierwszych momentach trudno odnaleźć w meandrach zastanej na miejscu rzeczywistości. Nawigowanie wśród zależności i animozji między irlandzkimi republikanami, a brytyjskimi protestantami to nie lada wyczyn i nigdy nie obejdzie się bez poznania kontekstu historycznego oraz społecznego.
"Mamy więcej wspólnego z klasą pracującą z miejskich gett niż z bogatymi ludźmi z dzielnic republikańskich, dlatego myślę, że jesteśmy tacy sami. Wszyscy dorastaliśmy w tym samym miejscu, ale kibicujemy innych drużynom piłkarskim i mamy troche inne polityczne ideały" - stwierdza Mo Chara.
"...więc ten rodzaj jadu czy nienawiści z sekciarstwa przeniósł się właśnie tam. Klub piłkarski South Rangers to sposób, w który ludzie teraz to rozgrywają. Jest też tak w takich instytucjach jak Stormont - czyli rządzie autonomicznym. Nadal mamy tam dwie główne partie, czyli Zielonych [proirlandzkie - przyp.red.] lub Pomarańczowych [unionistyczne, czyli probrytyjskie - przyp. red]. Są też partie środka, ale nie zdobywają za dużo głosów. W społeczeństwie nadal jest podział wzdłuż sekciarskiej linii, ale przemoc została na razie wyeliminowana" - opowiada z kolei DJ Próvaí.
"Czy potraficie wyobrazić sobie dzień zjednoczenia z Republiką Irlandii?" - zadaję pytanie. "Myślę, że to nieuniknione. To wkrótce się wydarzy" - odpowiada Mo Chara. Zapytani, jak wyobrażają sobie ten dzień, DJ Próvaí mówi krótko: "Impreza!".
"Jednocześnie niektórzy twierdzą, że kiedy nadejdzie dzień zjednoczenia, zaczną się nowe Kłopoty? Jak wy, jako naród, jako ludzie, możecie tego uniknąć?" - kontynuuję. "Myślę, że początkowo spotkamy się z dużym oporem. Ktoś będzie próbował ponownie rozpętać wojnę, bo gdzieś tam będą ludzie, którzy nie przeżyli pierwszej wojny. Będą to ludzie, którzy idealizują być może naszą brutalną ikonografię, która widać na miejskich muralach" - komentuje DJ Próvaí.
Móglaí Bap mówi jeszcze: "Jak już powiedzieliśmy - protestanci z klasy robotniczej i katolicy z klasy robotniczej mają się lepiej razem, nie pod rządami brytyjskimi. Miejmy nadzieję, że tak będzie".
Niestety mój czas dobiega końca. Chłopaki muszą lecieć, bo publiczność już jest rozkręcona po supporcie towarzyszącej trasie irlandzkiej raperki Miss Kaninny. Ja zaraz pójdę prosto pod scenę, a przyjaciele będą mnie pytać, jacy są kolesie z Kneecap. Odpowiem: "Gdyby Sex Pistols rapowało po irlandzku - byłoby nimi. Gdyby Prodigy narodziłoby się w Belfaście - byłoby nimi. Gdyby muzykę, rewolucję, szczerość, przesłanie trzeba było zmieścić w jednym słowie - tym słowem byłoby - Kneecap".
Jeszcze Mo Chara z przekąsem dopytuje o zawartość mojej dużej torby, więc sięgam po nią, bo Mo myśli, że w ramach prezentu przyniosłem im… patelnię! Ku jego zaskoczeniu to niestety tylko winylowe wydanie ich singla "Fine art". Obiecuję, że poprawię się na następny raz.
Kiedy podpisują mój egzemplarz płyty, przed oczami znowu mam scenę z filmu, w której ojciec musztruje małoletniego Móglaíego (a przy okazji Mo Chare), tłumacząc, że "każde słowo wypowiedziane w języku irlandzkim to kula wystrzelona w walce o wolność Irlandii". Kusi mnie, żeby jeszcze dopytać, ile rzeczywistego podobieństwa do protoplasty znalazło się w filmie, który (spoilerując) kończy się stwierdzeniem ojca, że "dzięki temu, co robisz, jesteś tą kulą". Czy można wyobrazić sobie lepszą pacyfistyczną klamrę?
Rozmawiał: Mateusz Górny


![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)





