Mayhem "Liturgy of Death": Jest tak dobrze, że fani będą rozczarowani [RECENZJA]
Mayhem to rzadki przypadek zespołu, który cieszy się powszechnym szacunkiem, a jednocześnie wszystkie jego albumy, poza kultowym debiutem, spotykają się z chłodnym lub negatywnym przyjęciem. Z nowym materiałem pewnie nie będzie inaczej, mimo że to jeden z lepszych w dorobku norweskiej (a właściwie międzynarodowej) grupy.

Dla porządku należy dodać, że superlatywy na ogół padają również pod adresem poprzedzającej pierwszy album ("De Mysteriis Dom Sathanas") koncertówki "Live in Leipzig" i EP-ki "Deathcrush". Cała reszta ugrzęzła w ich cieniu, z jednej strony zbierając ciosy za to, że za bardzo próbuje naśladować materiały stanowiące od wczesnych lat 90. wzorzec dla całego black metalu, z drugiej za zbyt dalekie odchodzenie od nich.
Triphopowy beat w "A Bloodsword and a Colder Sun" i monologi Maniaca na całym "Grand Declaration of War" z 2000 roku rozwścieczyły tych, którzy oczekiwali kontynuacji wiernej debiutowi. Cztery lata później zespół nagrał więc ściślej trzymającą się metalowego korzenia "Chimerę", ale tym razem oberwało mu się za odejście od surowego brzmienia i zbyt wysoką jakość produkcji. Na "Ordo ad chao" z 2007 roku - razem z wokalistą Attilą Csiharem - wróciło więc gęste, "muliste" brzmienie, ale wtedy nikt już tych chtonicznych wyziewów nie chciał słuchać...
Po siedmiu latach przerwy, przy wydaniu "Esoteric Warfare", największym zarzutem był brak Blasphemera w składzie, głównego kompozytora poprzednich materiałów, a do tego - trudna do podważenia - monotonność i teksty, o których autorstwo można by podejrzewać Sheldona Coopera z "Teorii wielkiej podrywu". "Daemon" z 2019 roku zebrał wyraźnie wyższe noty ze względu na "powrót do korzeni", ale pojawiły się również głosy, jakoby Mayhem żerował na nostalgii, nie miał nic nowego do powiedzenia, a w dodatku utracił unikalny charakter przez współczesną produkcję.
Po tych wszystkich próbach, różnorodnych i rozciągniętych na wiele lat, diagnoza może być tylko jedna - ten idealny, wymarzony blackmetalowy monument, na postawienie którego tak wiele osób od lat czeka, nigdy nie zostanie wybudowany. Mayhem nie spełni wygórowanych, mglistych oczekiwań i nie nagra drugiego "De Mysteriis...". Jeżeli jednak o nich zapomnieć, to dyskografia zespołu okaże się znacznie ciekawsza, a "Liturgy of Death" będzie jednym z jej najmocniejszych punktów.
Na mocne argumenty nie trzeba czekać - otwierający "Ephemeral Eternity" to ścisła czołówka najlepszych dokonań w dorobku grupy. Gościnnie można w nim usłyszeć Garma, który pod tym pseudonimem raczej już nie występuje. Lider Ulver podpisuje się dzisiaj imieniem i nazwiskiem, Kristoffer Rygg, ale nie jest to symboliczny powrót do przeszłości spod znaku gniewnego "Bergtatt: Et eeventyr i 5 capitler". Nie sięgnął wprawdzie po syntezator, obecnie ulubione narzędzie pracy, ale drugoplanowe chórki wplatają odrobinę subtelności z późnego oblicza jego zespołu.
Csihar w żadnym razie nie został jednak przyćmiony. To on bryluje na froncie, gdzie przewidywalny tekst ("Wszystko jest pustką, śmierć panuje niepodzielnie"), z jedną zwrotką odśpiewaną w rodzimym węgierskim, służy mu mniej więcej za to samo, co struny w gitarze. Ważniejsze jest nie o czym, tylko jak. Powolnie cedzone, chrapliwie wypowiadane, czasami wręcz teatralnie odśpiewywane wersy z przeciągniętymi ostatnimi sylabami robią piorunujące wrażenie. Z jednej strony głos jest tak absorbujący, że nigdy nie ginie pod kanonadą blastów i szumem riffów utrzymanych w najintensywniejszych momentach w dość szybkim tempie, z drugiej instrumentaliści również nie dają się zepchnąć na pozycje statystów.
Z ozdobników perkusista Hellhammer pozwala sobie co najwyżej od czasu do czasu łupnąć w ride'a, ale jak już wejdzie na najwyższe obroty, dudni dwukopem z niemal nadludzką prędkością, co rusz serwując gwałtowne przejścia na tomach. W końcówce zdarza mu się fragment z odrobiną groove'u, ale wytchnienia bynajmniej nie przynosi. Bas Necrobutchera na ogół jest dokładnie wtopiony w ten rytm, ale ma swój moment w chwilowym rozrzedzeniu aury tuż przed czwartą minutą. Więcej miejsca potrafią wywalczyć gitary Ghula i Telocha. Poza charakterystycznym dla gatunku melodyjnym kostkowaniem tremolo, zawłaszczającym całą przestrzeń akustyczną, sporadycznie ustępują i dodają pojedyncze akcenty. Każdy element jest na swoim miejscu, a ze wzajemnej interakcji muzyków wyłania się zespół, który mimo średniej wieku przekraczającej pięćdziesiątkę, jest w wyjątkowo dobrej formie. Na szczęście to nie jest pułapka - pozostałe czterdzieści minut dorównuje wstępowi jakością.
Nieoczywistych momentów jest sporo. Zaskakująca wolta po pauzie w "Realm of Endless Misery", kiedy Mayhem zaczyna brzmieć jak nieślubne dziecko Siksy i Truchła Strzygi zrodzone po pamiętnej wspólnej trasie koncertowej w 2022 roku. Również korzystające niemal wyłącznie z głosu i basu (z dodatkiem werbla), ale wyraźnie bardziej demoniczne. Religijny chór przywodzący na myśl Reverorum ib Malacht (albo Batushkę) i następująca zaraz po nim niedługa, ale dobrze osadzona w nastroju utworu gitarowa solówka w "Aeon's End". Błyskawicznie zapadający w pamięć riff z "Propitious Death". Plemienna końcówka "The Sentence of Absolution" przypominająca raczej Sepulturę okresu "Roots" niż najbardziej rozpoznawalny zespół skandynawskiego black metalu.
To ciekawe smaczki, które nie powinny odstraszyć konserwatywnych słuchaczy w podobnym stopniu, jak ten niesławny triphopowy beat sprzed lat. Są w dodatku momenty, które wprost przywołują atmosferę "De Mysteriis Dom Sathanas" (zwłaszcza "Funeral of Existence"), więc może tym razem się udało i wszyscy będą zadowoleni? Pewnie nie, bo ktoś powie, że za mało odważnie, zbyt generycznie, za bardzo technicznie albo za mało. Na pewno znajdzie się nawet ktoś, komu będzie przeszkadzała szklanka z okładki, bo za bardzo przypomina jeden ze sztandarowych produktów Ikei. Taki już los Mayhem - zawsze jest zbyt jakiś. Nawet kiedy wydaje tak udany album.
Mayhem "Liturgy of Death", Century Media
8/10









