Hatebreed i Sacred Reich we Wrocławiu: prawdziwe szaleństwo. [RELACJA]
19 listopada 2025 roku wrocławski klub Zaklęte Rewiry odwiedziły dwie prawdziwe ikony amerykańskiego metalu reprezentujące scenę thrashową i hardcore'ową. Sprawdźcie, jak wypadli Sacred Reich i Hatebreed!

Zdarzają się czasem koncerty tak dobre, że chce się je powtórzyć możliwie jak najszybciej. Nie inaczej było w przypadku Hatebreed, których miałem przyjemność zobaczyć już w tym roku podczas Mystic Festivalu. Teraz występ wybrzmiał jednak w zupełnie innym otoczeniu, bo z wielkiej plenerowej sceny trafił do zamkniętego klubu, co miało szereg swoich plusów, ale i minusów, o których za chwilę.
Legenda amerykańskiego thrashu we Wrocławiu
Koncert we wrocławskich Zaklętych Rewirach otworzyła ekipa Sacred Reich. Zespół pod wodzą basisty i wokalisty Phila Rinda swój występ zaczął, gdy sala jeszcze się zapełniała, stąd początkowe interakcje z publicznością pozostawiały trochę do życzenia. Trzeba jednak zaznaczyć, że absolutnie nie jest to wina muzyków, którzy dawali z siebie absolutne 110%. Z czasem publika przejęła energię, bawiąc się do thrashowych klasyków takich jak "One Nation", "Death Squad" czy "Surf Nicaragua".
Phil Rind wielokrotnie okazywał wielką wdzięczność za to, że bawimy się razem z nim, robił sobie zdjęcia ze sceny, a po koncercie wyszedł nawet do fanów. Przez cały występ biło od niego niesamowite ciepło, którym trudno było się nie zarazić. Artysta podkreślał, że na koncertach Sacred Reich każdy jest mile widziany i bez dwóch zdań można było to odczuć. W pewnym momencie ze sceny rzucił nawet, że "odwiedza swój ląd", ponieważ ma polskie korzenie. Informacja o tym, że jego dziadkowie pochodzili z Polski wywołała niemały entuzjazm ze strony publiczności! Słowem podsumowania, grupa z taką historią i wpływem na scenę nie mogła wypaść źle, co potwierdzały też reakcje zgromadzonych pod sceną fanów.

Hatebreed w Zaklętych Rewirach. Jak było?
Prawdziwe szaleństwo zaczęło się jednak dopiero, gdy scenę przejęła ikona staroszkolnego hardcore'u. W przypadku poprzedniego zespołu obserwować mogliśmy kilka mniejszych circle pitów. Z Hatebreed sytuacja ta nabrała zupełnie innych obrotów, duże mosh i circle pity publiczność kręciła już od pierwszego numeru. Nie brakowało także crowdsurferów, a jeden z fanów pokusił się nawet o wspięcie na sięgający sufitu filar, z którego następnie rzucił się w tłum. Takiego też szaleństwa oczekiwałem od Hatebreed, którzy tego wieczoru zaserwowali naprawdę solidną i przekrojową mieszankę.
Energiczny wokalista Jamey Jasta regularnie zachęcał publiczność do konkurowania ze sobą, w celu sprawdzenia, która strona sceny jest głośniejsza i ze swoim charakterystycznym uśmiechem, zagrzewał fanów do dalszej zabawy przy kawałkach takich jak "I Will Be Heard", "Live for This", "Looking Down The Barrel of Today" czy niedawno wydanego "Make The Demons Obey". No właśnie, warto zaznaczyć, że ich ostatnia płyta "Weight of the False Self" ukazała się już 5 lat temu. Lider formacji zapewniał jednak, że tuż po zakończeniu trasy, wracają do studia, by nagrać nowy album, z którym powrócą do Polski.
Wspominałem na początku, że klubowa przestrzeń miała również swoje minusy. Niektóre z nich, takie jak uboższa oprawa sceniczna czy brak dmuchanej "ball of death" sprawiały, że odbierałem ten koncert jako trochę niekompletny. Można powiedzieć, że to czepianie się, bo muzycznie wszystko było odegrane wręcz perfekcyjnie, a gitarzysta Wayne Lozinak, który na trasę powrócił po operacji wycięcia guza mózgu, był wulkanem absolutnie niepowstrzymanej energii. W moim odczuciu jest to jednak zespół, który lepiej wypada na wielkiej scenie, czego nie zdarza mi się często mówić. Mimo wszystko, bawiłem się naprawdę świetnie i z ogromną niecierpliwością czekam na powrót Hatebreed z nowym materiałem. Z kolei tych, którzy zastanawiali się, czy warto iść, zapewniam, że warto!









![Wikukaracza (Łąki Łan): Łąki Łan to akty radości [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000IZRUCEKPSX9IS-C401.webp)