SnowFest 2026. Drugi dzień: Perpetum never get down [RELACJA]
Kilka lat temu podczas pobytu na Sziget Festival w Budapeszcie moim ulubionym running gagiem było przechodzenie obok rave'owego Koloseum kilka razy na dobę i pisanie do redakcji "Wiecie, co robi Koloseum?", a oni odpowiadali: "Nie śpi?". Tak było, ale wtedy mnie to bawiło, bo nie byłam jeszcze na SnowFeście.

W relacji z poprzedniego dnia, którą można sobie przeczytać TUTAJ, nie rozpisałam się za bardzo o tych wszystkich scenach, więc naprawię to teraz. Główna to główna, wiadomo, obok "centralny punkt nocnego życia festiwalu", czyli SnowTent, w którym impreza trwała do piątej rano (a poza tym można było się tam ogrzać, co należy w tych okolicznościach mocno docenić!), dalej - nadal w centrum wydarzeń - Future Club, gdzie oczywiście mogli bawić się wszyscy, ale przede wszystkim ci zainteresowani nowoczesnymi brzmieniami. Oprócz tego dostaliśmy jeszcze Stage No. 7, "stawiającą na głębsze, bardziej selektywne podejście do muzyki elektronicznej", i Scenę Jelenia, usytuowaną kawałek dalej, na której sety były dłuższe, a atmosfera bardziej kameralna niż standardowy podział publiczność-artysta.
A do tego jeszcze, przypomnijmy, zawody sportowe, w piątek skupione na snowboardzie, a w sobotę na freeski. Zapewniam, że zarówno podczas przejazdów FIS Rails i podczas Allegro Best Trick Jam Session było na co popatrzeć. I co fajne! Były ustawione w stosunku do koncertów tak, że nawet jeśli ktoś spędził całą godzinę pod skocznią, wciąż miał szansę usłyszeć chociaż połowę każdego odbywającego się w tym czasie setu. Mądrze pomyślane.
Skoro już pytacie mnie o trzecią rzecz, którą należy pochwalić, to stawianie na lokalność. W piątek dostaliśmy choćby wspomniane trombity, w sobotę natomiast przed jednym z koncertów usłyszeliśmy Regionalny Zespół Klimczok. A, jest jeszcze czwarta rzecz, czyli wydzielona strefa 18+.
No. W sobotę główną scenę otworzył Miły ATZ, który "rapował o sobie i o tym, że zaje..ście rapuje". To cytat, nie wymyśliłam tego. Na ten występ przygotował m.in. "ACID MORO", "UNDAPOLIS", a dla tych, którzy zatęsknili za występującym na tej scenie dwa lata temu Świętym Bassem poleciało "BACKLOG".
Drugi koncert na dużej scenie to jeden z tych zespołów, który zawsze dowozi, niezależnie od tego, który raz słyszy się ich na żywo. Łąki Łan. Moc, energia, EN-DOR-FINA. Jeśli są tu jeszcze tacy, którzy uważają, że "bez starego wokalisty to nie to samo", to zapewniam, że Wikukaracza z tym swoim mikrofonem a la Freddie Mercury zdecydowanie daje radę. Było "Płetfal", "Ona Sama", "Rifko", "Jammin'" i "Łan Pała". Zespół Łąki Łan miał też dla nas jedną, bardzo ważną radę: "Czy dzień, czy noc, moc z gleb czerp, chłoń z gleb moc". "Lubię do lasu iść sobie na spaca / Lasu doradza mi, lasu nawraca / Lubię na polanę się wbić z dala / Polana myśli rozwiane scala" - to też jest niczego sobie rada. Nawet znalazło się miejsce na kawałek "Sweat". "A la la la la long", znaczy się.
Główną scenę zamknął Wilkinson, który przyjechał do Szczyrku prosto z Londynu. Co tu dużo mówić, o tej porze nikogo już nie trzeba było namawiać do tańczenia. Oprócz wspomnianych w sobotnim line-upie znaleźli się też m.in. Duszne Granie, Jerry M, A-Trak, Catz 'N Dogz, Flatout czy John Waiter.
Czy to impreza dla każdego? Nie wiem, pewnie trudno się odnaleźć wśród muzyki klubowej, jeśli nie jest się nastawionym na tańczenie do bladego świtu. Ale na pewno przez te dwa dni w Szczyrku jest co robić. No i zaczynanie sezonu festiwalowego w marcu? Bardzo proszę.





![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



