Najlepsze koncerty w 2025 roku. "Nie zobaczycie w życiu nic bardziej uroczego"
Koncertów w 2025 roku nie brakowało - od festiwalowych gigantów po kameralne występy, które zostały w pamięci na dłużej. Redakcja Interii Muzyka wybrała swoich faworytów: wydarzenia, które zachwyciły energią, formą albo zwyczajnie dały najwięcej frajdy pod sceną. Oto nasi koncertowi ulubieńcy z ostatnich dwunastu miesięcy.

Oliwia Kopcik
Lech Janerka (Great September)
Długo myślałam, który koncerty wybrać, bo pewnie niejeden dałby się pokroić za stadion z Jennifer Lopez albo usłyszenie Guns N' Roses na żywo (mają szczęście, że nie robimy rankingu w drugą stronę, heh), a pewnie w dodatku 1/3 koncertów, na których byłam w tym roku, wypadła mi z głowy. Ale powstało kryterium "o którym koncercie opowiadałam ludziom najwięcej" i zdecydowanie był to Lech Janerka w Teatr Club podczas Great September 2025.
Po pierwsze klimat zrobiło niesamowite wnętrze tego klubu, po drugie to, że mieliśmy legendę dosłownie na wyciągnięcie ręki (ten koncert też przypomniał mi, jak fajne są wydarzenia, kiedy nie dzielą nas barierki, fosa i dwumetrowe podwyższenie), a po trzecie nie był to koncert "przebojowy", a raczej... refleksyjny? Dostaliśmy wtedy kilka piosenek z najnowszej płyty - "I moll", "Chyba" czy "Lewituj" - dostaliśmy "Zero zer" czy "Labirynty", dostaliśmy też "Wieje" i najukochańsze "Wyobraź sobie". Pisałam wtedy też w relacji, że "przysięgam, że nie zobaczycie w życiu nic bardziej uroczego, niż Lech i Bożena Janerkowie uśmiechający się do siebie. Takich uśmiechów wszystkim nam życzę". Podtrzymuję.
A gdybym miała dodać jeszcze jakieś koncerty, to pewnie Robbie Williams, Viagra Boys na Bittersweet Festival, wszystkie piękne występy na Komeda Horyzonty, Wojciech Waglewski widziany i na MTV Unplugged, i podczas Jarocina z projektem Hołdys / Waglewski / Karimski Orchestra, całe wydarzenie Monsters of Jazz (Pink Freund, Nene Heroine, Fish Basket) i oczywiście Wielkopolskie Rytmy Młodych. Na pewno wielu, które mi się podobały, nie pamiętam, za wszystkie serdecznie dziękuję.
Tymoteusz Hołysz
TONFA x Kosmonauci
O tym, że osobno TONFA i Kosmonauci osobno wypadają świetnie na żywo przekonałem się już kilkukrotnie. Takie wyjątkowe połączenie przy okazji Great September w Łodzi było zatem koncertem, którego nie mogłem pominąć i absolutnie się nie zawiodłem. Była to zwyczajnie mieszanka hip-hopu i jazzu na najwyższym poziomie, mieszanka którą nie sposób ubrać w słowa - to po prostu trzeba było doświadczyć. Ciężko jednak wybrać jeden konkretny występ, gdy na przestrzeni całego roku widziało się ich setki, dlatego wyróżnienia należą się również Limp Bizkit, Poison Ruin, Lechowi Janerce, Terror i... chyba wystarczy, choć naprawdę był to bardzo ciekawy i intensywny koncertowo rok.
Alicja Rudnicka
Little Simz - Open'er Festival
Naprawdę trudno było wybrać jeden występ, bo na wielu bawiłam się świetnie, inne zachwycały rozmachem albo formą wykonawców. Ostatecznie postawiłam jednak na czystą subiektywność i sympatię do artystki, która za każdym razem pozytywnie mnie zaskakuje.
Mój wybór padł na Little Simz na głównej scenie Open'er Festivalu. Byłam tuż przy barierkach, a to zawsze sprawia, że koncert przeżywa się intensywniej. Set odbywał się w ciągu dnia - a to, umówmy się, bywa utrudnieniem, bo brak nocnych efektów świetlnych odbiera artystom część klimatu. Simz kompletnie się tym nie przejęła.
Od pierwszych minut miała publikę w garści. Rozruszała tłum, zagrała świetnie przemyślany set i sprawiła, że kiwali się nawet ci, którzy przyszli raczej "z ciekawości". Choć punktem wyjścia był rap, artystka mocno postawiła na instrumentalną oprawę, dodając swoim utworom głębi. Jestem przekonana, że po tym występie grono jej polskich fanów znacznie się powiększyło.
Bartłomiej Warowny
Lady Gaga - "The MAYHEM Ball"
Berlin już sam w sobie potrafi wydobyć z człowieka ostatnie pokłady energii. Gdy jeszcze doda się do tego Gagę, wychodzi coś na wzór idei Roberta Oppenheimera. Przekonałem się o tym na własnej skórze 4 listopada, kiedy wpadłem do Berlina z jednym zamiarem. No dobra, może z dwoma, bo nie zamierzałem płacić za nocleg.
Gaga nigdy nie zawodzi. Choć po pierwszym przesłuchaniu "MAYHEM" miałem mieszane uczucia, z czasem wszystko mi się ułożyło. Pewne produkcje i powrót do mrocznego popu (do "Heavy Metal Lover" nadal nic nie ma podjazdu, sorki Gaga) nie siedzą tylko niemo na krążku, ale doskonale czują się na scenie. "Matka wszystkich Potworków wróciła" - pisałem w recenzji "MAYHEM", ale nie wiedziałem jeszcze, że na żywo ten powrót nabiera głębszego znaczenia.
"The MAYHEM Ball" to kolejna seria spektakli, do których przyzwyczaiła nas Gaga. Nie jest tak spójnie, jak na "ArtRave: The ARTPOP Ball", ale technicznie doskonale. Choreografie podrasowane, głos Matki nieziemski, scena dyskutująca z widownią. Zachwyt! Nie pamiętam, kiedy bawiłem się lepiej. Gaga jest teraz w swoim peaku. Czuję, że ja też, bo finalnie nie musiałem płacić za nocleg.
Michał Boroń
The Swell Season - Kraków, Opawa
Nie mogło być inaczej, skoro ze Spotify Wrapped okazało się, że otwieram drugą 500 najwierniejszych fanów The Swell Season z całego świata. Czy to w poszerzonej wersji na scenie Klubu Studio w Krakowie (maj), czy w ascetycznym zestawie w mrocznym i wychłodzonym dawnym Kościele św. Wacława w czeskiej Opawie (koniec listopada) - Glen Hansard (wokal, gitara) i Markéta Irglová (wokal, fortepian) zawsze trafiają do mojego czarnego przecież serduszka.
Do tego okazja krótkiej rozmowy z głównymi bohaterami kameralnego występu plus spacer po nieco mroźnej i zamglonej Opawie wieczorową porą i mamy przepis na muzyczne wydarzenie roku.
Weronika Figiel
Post Malone - Sziget Festival
Dla tych, którzy mnie znają, oczywistym jest, że moim koncertem roku został któryś z występów na Sziget Festivalu. Wydarzenie to jest moją ulubioną odskocznią od rzeczywistości, wyjściem ze strefy komfortu i możliwością odkrycia czegoś nowego w muzyce (i nie tylko!). Dokładnie tymi samymi słowami opisałabym koncert Posta Malone'a. No bo przecież ani go na co dzień nie słucham (to trochę kłamstwo, bo album "F-1 Trillion" w stylu country wszedł jak złoto), ani nie odnajduję się najlepiej w kulturze hip-hopu (ale czy wciąż można jego świat nazwać światem rapu?), ani nie marzyłam o tym koncercie przez lata (chociaż miałam okazję zobaczyć go już trzeci raz i znów z niej skorzystałam). Pomimo tych wszystkich "ale" uśmiech nie schodził mi z twarzy, bawiłam się najlepiej na świecie i wyśpiewywałam refreny znanych mi piosenek w niebogłosy - chyba o to w tym wszystkim chodzi.
Koncerty na festiwalach rządzą się swoimi prawami, ale całe szczęście Post Malone był headlinerem jednego z dni Szigeta, dzięki czemu dostałam pełnowymiarowe show, w którym niczego nie brakowało. Moje serce w szczególności skradł pokaźnych rozmiarów zespół, który włożył w występ rockandrollową energię. Główna gwiazda z kolei zadbała o to, aby nie zabrakło kowbojskiego klimatu. Malone miał świetny kontakt z publicznością, popijał procenty z plastikowego, czerwonego kubeczka, tańczył tak, jakby nikt nie patrzył i śpiewał swoje największe przeboje, co sprawiło, że czułam się jak na najlepszej domówce, i to jeszcze w jego prywatnym domu. "Thank you very much, ladies and gentlemen" - powtórzył co najmniej 15 razy podczas całego koncertu artysta. A ja mogę jedynie powiedzieć: "Thank you very much, Post Malone" za kolejne świetne koncertowe wspomnienie.












