29. Festiwal Jazz Jantar. Dzień drugi: Zbierałam szczękę z podłogi [RELACJA]
Na papierze wszystko wyglądało wymagająco: kilka koncertów jednego wieczoru, szybkie zmiany sceny i stylistyki. Łatwo było założyć, że występy zaczną się ze sobą zlewać. Ku mojemu zaskoczeniu było dokładnie odwrotnie - wróciłam do domu z większą energią niż po dniu pierwszym. Krótsze sety i świetnie ułożony rytm wieczoru sprawiły, że zamiast przesytu pojawił się niedosyt.

Bałam się też, że przy takiej liczbie wykonawców wszystko zacznie się zlewać w jedną całość. Nic bardziej mylnego. Każdy koncert był jak wejście do zupełnie innego świata - i to właśnie ta różnorodność okazała się największą siłą drugiego dnia. Zresztą organizatorzy Jazz Jantaru nie bez powodu podkreślają, że współczesny jazz coraz śmielej flirtuje z innymi gatunkami. Tutaj było to słychać na każdym kroku.
Już na starcie wiedziałam, że tego wieczoru nie wyjdę z pustymi rękami i skończy się zakupem płyty. Postanowiłam jednak uzbroić się w cierpliwość i decyzję podjąć dopiero po wszystkich koncertach. Po każdym kolejnym występie łapałam się na myśli: "to jest to" - i z trudem powstrzymywałam się, żeby nie pobiec od razu do stoiska.
AVA Trio: muzyka, która opowiada obrazy
Wieczór otworzyło AVA Trio w towarzystwie trębacza Barta Marisa - i mam poczucie, że część publiczności naprawdę dużo straciła, bo na początku sala nie była jeszcze wypełniona.
Zespół, który łączy współczesny jazz z archaicznymi brzmieniami śródziemnomorskimi, od pierwszych minut przyciągnął uwagę swoim nieoczywistym instrumentarium. Obok saksofonu barytonowego pojawiły się instrumenty etniczne, których wcześniej nie miałam okazji zobaczyć na żywo - i to właśnie one w dużej mierze budowały wyjątkowy klimat tego koncertu.
Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sekcja rytmiczna. Zawsze zwracam uwagę na niestandardowe rozwiązania w budowaniu rytmu, a tutaj było ich sporo - choćby talerze perkusyjne ułożone na ziemi i wybijane nogą, co nadawało całości surowego, niemal pierwotnego pulsu.
To był koncert opowieści. Jeden z utworów - inspirowany przedzieraniem się przez pustynię - dosłownie przenosił słuchacza w bezkresną przestrzeń. Dźwięki oddawały szum wiatru i poczucie drogi. Kameralna atmosfera, możliwość siedzenia blisko sceny i niemal bezpośredni kontakt z muzykami tylko potęgowały doświadczenia.
Allah Bonsai: trans, który wciąga i zaskakuje
Drugi koncert przyniósł całkowitą zmianę nastroju. Allah Bonsai - duet Szymona Burnosa i Bartosza Borzeszkowskiego - zaprosił publiczność do świata znacznie bardziej introwertycznego i zanurzonego w transie. Tym razem, sala była wypełniona po brzegi.
Ich występ był jednym, ciągłym utworem. Bez wyraźnych przerw, za to z bardzo czytelną narracją - można było bez problemu wyczuć jego rozwój, kulminację i wyciszenie.
Było spokojnie, ambientowo, momentami wręcz onirycznie. Syntezatory i elektronika budowały głębię, która wciągała coraz mocniej, a jednocześnie muzycy co jakiś czas wybijali słuchaczy z tego stanu mocniejszym akcentem. Pojawiały się też drobne, nieoczywiste pomysły - w pewnym momencie wykorzystali gniecioną kartkę papieru jako instrument.
Ill Considered: energia, od której trudno się oderwać
Na finał pojawiło się brytyjskie trio Ill Considered - i tutaj już nie było żadnych wątpliwości, że to będzie mocne zamknięcie wieczoru.
Ich muzyka, choć momentami ostra i bardzo intensywna, pozostaje zaskakująco przystępna. To jeden z tych zespołów, który może przekonać nawet osoby podchodzące do jazzu z dystansem. Materiał z albumu "Balm", zapowiadanego jako łagodniejszy, w moim przypadku zadziałał idealnie - jako ktoś, kto wciąż odkrywa ten gatunek, łatwo było mi się w tym brzmieniu odnaleźć.
Było dużo harmonii, rytmu i energii, która dosłownie porywała. Przez cały koncert łapałam się na tym, że "zbierałam szczękę z podłogi". Ogromne wrażenie robiła też chemia między muzykami - ich porozumienie było wyczuwalne w każdym fragmencie.
I to właśnie po tym koncercie decyzja zapadła - to z ich płytą wróciłam do domu.
Festiwal, który łączy ludzi
Jazz Jantar ma w sobie coś, co trudno uchwycić jednym zdaniem. Mimo rosnącej frekwencji cały czas utrzymuje kameralny charakter. To przestrzeń, w której naturalnie rozmawia się o muzyce - z innymi uczestnikami, ale też z samymi artystami, których można spotkać przed koncertami czy przy stoiskach z płytami.
Każdy odbiera te występy inaczej i to jest w tym wszystkim najciekawsze - wymiana spostrzeżeń często okazuje się równie inspirująca jak same koncerty. Niezależnie od tego, z jakim nastawieniem się tu przychodzi, trudno wyjść bez odkrycia czegoś dla siebie.









