Bittersweet Festival 2025: pierwszy dzień. "Zobaczcie, ile ludzi!"
Bittersweet był w tym sezonie chyba najbardziej wyczekiwanym przeze mnie festiwalem. No może poza Zew się budzi, ale to inna kategoria. Dlaczego? Dlatego, że jest nowy, świetnie promowany już od zeszłorocznego Next Festu, line-up jest potężny, miejsce super… No wszystko było na "tak", żeby ta impreza była ekstra. A pierwszego dnia okazało się, że jest nawet lepsza.

Wybaczcie panowie artyści, ale pierwszy dzień Bittersweet był mocno dziewczyński. Pokazała to już Julia Wieniawa, która zagrała na Dużej Scenie. Albo raczej powinnam powiedzieć: zrobiła pięknie dopracowany show na Dużej Scenie. Mówiła, że się stresuje, bo to jej pierwszy koncert od dwóch lat, ale zupełnie niepotrzebnie. "Kocham moje włosy, biodra, rzęsy i blizny, które tworzą mnie" - to sobie śpiewajcie panie i panowie.
Ale jeszcze przed Julią Wieniawą na Enea Stage zobaczyliśmy Tempesst, a przy jednym z wejść uczestników witała orkiestra MPK Poznań. Ja wiem, że to zaczyna brzmieć jak typowy Poznań, w sensie "Motornicza bije brawo, geje tańczą poloneza", ale… TO DOPIERO POCZĄTEK.
Po Tempesst na Enea Stage weszła kolejna, albo nawet najbardziej kultowa, ikona Girl Power. Pamiętacie ten slogan Spice Girls? Mel C ze swoim DJ setem ruszyła do tańca tysiące ludzi, mimo tego, że temperatura nawet bez muzyki i strzelających ze sceny ogni sięgała mniej więcej 472 stopni na plusie. Usłyszeliśmy m.in. "I don't care, I love it" i myślę, że to jest najlepszy opis tego, co działo się tanecznie wśród publiczności.
Komu było mało, mógł przeprawić się jeszcze na Bittersweet Stage i tam dotańczyć do setu zaproponowanego przez Rudimental. To zastępstwo za Rag'n'Bone Mana, który zaledwie dzień wcześniej odwołał koncert ze względów zdrowotnych. Wiem, że po ogłoszeniu nie wszyscy byli z tego zastępstwa zadowoleni, ale, ludzie, mniej niż 24 godziny na ogarnięcie, dostajecie Rudimental i wam źle? No weźcie.
Następnie na Dużej Scenie jedna z najbardziej wyczekiwanych gwiazd - Natasha Bedingfield. Dostaliśmy m.in. "These Words", oczywiście "Unwritten", a od pierwszego "Feel the rain on your skin" publika całkowicie oszalała (ja też). Dostaliśmy też covery, w tym ten najważniejszy, kiedyś zakazany w telewizji, a - niestety - wciąż aktualny i ważny. Jak mówiła sama autorka, "piosenka o pokój", czyli "Zombie" The Cranberries. Pięknie, że artyści nie boją się "zepsuć imprezy", żeby przypomnieć o istotnych sprawach. A impreza pod sceną była przednia. Na scenie chyba też, bo Natasha stwierdziła, że "będzie pamiętać to na zawsze" i że "to jest naprawdę wyjątkowe".
Chwilę przed nią, na Enea Stage pojawił się Two Feet. Był to czas na małe wyciszenie po DJ setach, ale też znowu tak bez przesady. Amerykanin był chyba mocno zaskoczony tym, co zobaczył, bo kilka razy, w różnych konfiguracjach, powtórzył "Ku…, zobaczcie, ile ludzi!". To jest w sumie myśl, która towarzyszyła mi od przekroczenia bramek po raz pierwszy. Bo ludzi było naprawdę dużo. W tym miejscu zgrabnie można przejść do pochwalenia promocji tego festiwalu, bo oprócz standardowych reklam i banerów były też: prezenty w postaci walkmana i (nieco mnie przerażającej, przyznaję) kasety, na której męski głos przy akompaniamencie dźwięków parku i śmiechu dzieci pyta o twój "most bittersweet moment", był specjalny numer "Bravo", były międzypokoleniowe potańcówki, spotkania… No ludzie Good Taste'a - co wy jeszcze jesteście w stanie wymyślić?!

Wracając na Enea Stage - dostaliśmy tam jeszcze urodzonego w Jugosławii, mieszkającego w Szwecji DJ-a o włoskobrzmiącym pseudo, czyli Salvatore'a Ganacciego, oraz reprezentującego Wielką Brytanię Duke'a Dumonta. Ale tak naprawdę wszyscy czekali na największą gwiazdę Bittersweet Stage - Nelly Furtado. Odnotowała około pół godziny spóźnienia, ale potem przeprosiła i podziękowała za cierpliwość, tak że się nie gniewamy. Przeurocze było to, że publiczność na pierwsze dźwięki dosłownie każdej piosenki robiła: "Oooo". Ale kto nie marzył całe życie, żeby na żywo usłyszeć np. "Say It Right", "All Good Things (Come to an End)" albo "I'm Like a Bird"? Dostaliśmy też "Força" w biało-czerwonych barwach, a sama wokalistka wskoczyła w koszulkę z konturami Polski. Zresztą bardzo ładnie mówiła też "Cześć" i "Dziękuję", więc wszyscy byli przeszczęśliwi. Zaśpiewane na koniec "Promisuous" i "Maneater" przeplatane "Satisfaction" Benny'ego Benassiego i podbite strzelającymi ogniami (mówiłam, że ta orkiestra to dopiero początek?) sprawiły, że jest to koncert, który będę wspominać jeszcze długo. Chociaż ja nawet nigdy nie słuchałam Nelly Furtado!
Oprócz Bittersweet i Enea Stage były jeszcze dwie - Eventim Stage, gdzie za dnia odbywały się spotkania z gośćmi i rozmowy na ważne tematy, a nocą teren przejmowany był najpierw przez Marcina Maseckiego, a następnie przez Blue Jazz Orchestra. Kawałek dalej stała z kolei Next Fest Stage, gdzie przypomnieli się panowie, których w Poznaniu mogliśmy zobaczyć też w kwietniu - Kosma Król, Wiktor Dyduła i Wozz Lozowski.
Poza tym były też imprezy grane na strefach partnerów, kurtyny wodne, korony drzew zaaranżowane iluminacjami w taki sposób, że staliśmy tam kilka minut, patrząc w górę z otwartymi buziami, karaoke wyświetlane na schodach, silent disco, wielka maszyna wypuszczająca w tłum bańki mydlane... Dziennikarze biją brawo i motornicza pewnie też biła, jeśli tam była. Po pierwszym dniu Bittersweet kupił mnie w 100%, a ten… the rest is still unwritten.




![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)





