Kasia Kowalska: "Trzeba być uważnym i słuchać siebie" [WYWIAD]
Od szalonych młodzieńczych podróży do Jarocina bez wiedzy rodziców po występowanie na tej samej scenie, na której stali idole z tamtych lat. Droga Kasi Kowalskiej z pewnością imponuje. Podczas rozmowy z artystką zahaczamy o temat jej emocjonalnego związku z Jarocinem oraz o jubileuszową trasę z okazji 30-lecia debiutanckiego "Gemini". Zdradza nam również, kiedy należy spodziewać się nowej płyty. Kasia Kowalska wystąpi podczas tegorocznego Jarocin Festiwalu, który odbędzie się od 17 do 20 lipca.

Rafał Samborski, Interia Muzyka: Co z dzisiejszej perspektywy powiedziałabyś Kasi Kowalskiej, która dorabiała jako kelnerka, aby móc uczestniczyć w festiwalu w Jarocinie?
Kasia Kowalska: - Że warto mieć marzenia i nie bać się ich realizować. Oczywiście moim marzeniem nie było od razu stanąć na scenie w Jarocinie - nie miałam aż tak wielkich aspiracji. Jednak marzyłam o tym, by pojechać na ten festiwal, co w tamtych czasach wcale nie było proste. Żeby to zrealizować, trzeba było okłamać rodziców, zarobić wcześniej pieniądze, podjąć pracę i zaplanować całą logistykę. Takie cwaniactwo raz się opłacało, raz nie. Moja mama dowiedziała się, że byłam w Jarocinie, ponieważ zapomniałam wyjąć biletu "Poznań-Jarocin" z kurtki.
Kto w czasach liceum nie popełnił takich błędów, niech pierwszy rzuci kamieniem.
- Muszę przyznać, że jako młoda dziewczyna, która wyrwała się z domu, popełniłam więcej szaleństw i głupot, którymi nie warto się dzisiaj chwalić. Niemniej wyjazd do Jarocina był dla mnie możliwością zasmakowania wielkiego świata, poznania ludzi, poczucia wolności, czegoś, o czym marzyłam.
To była okazja stania się częścią społeczności.
- Tak, czuło się, że chce się tam być. Obserwowało się ludzi: byli tacy, którzy odważnie się ubierali, byli punkowcy, metalowcy. Przyjeżdżały zespoły, które miały dostęp do rzeczy, których my wtedy nie mieliśmy. Pamiętam, jak zobaczyłam Acid Drinkers, gdy podjechali samochodem. Wszystkim dosłownie kapcie spadły. Oni już wtedy wyglądali niesamowicie. Zespoły takie jak Ziyo czy Closterkeller... Było coś wyjątkowego w zobaczeniu ich na żywo - wydawali się nie z tego świata. Moja koleżanka miała wtedy aparat na kliszę i zachowały mi się dwa zdjęcia, które stoją teraz u mnie na półce w salonie. Na jednym zdjęciu widać, jak ledwo odrosły mi włosy - obcięłam się wówczas na łyso, naśladując Sinead O'Connor. To był mój sposób na buntowanie się przeciwko szarej rzeczywistości tamtych czasów.
Nigdy bym nie pomyślała wtedy, że stanę na scenie w Jarocinie. Oczywiście, ktoś powie, że to już nie jest ten sam Jarocin, ale trzeba pamiętać, że już nie jest ten sam świat, co kiedyś. Przy czym darzę to miejsce ogromnym sentymentem i wiążę je z wieloma cudownymi wspomnieniami.
Zresztą występujesz na Jarocinie już drugi raz. Pierwszy miał miejsce w 2019 roku.
- Myślę, że teraz, w kontekście jubileuszu i 30-lecia płyty "Gemini", pojawiło się sporo wspomnień i takiego sięgania do tego, jak to wszystko się zaczęło. Kiedy jeździłam na Jarocin, poczułam, że scena jest miejscem, do którego chcę należeć - poczułam, że chcę być częścią tego środowiska. Czułam, że moje miejsce jest właśnie tam, a nie w sytuacjach, które były bardziej narzucone, jak na przykład stanie na mszy w kościele (śmiech).
Jesteś w trakcie trasy "30 lat Gemini". Zastanawiam się, czy jesteś zaskoczona estymą, jaką darzony jest twój debiut po tylu latach.
- Myślę, że każdy z nas ma takie albumy, które są ważne w naszym życiu. Pojawia się gdzieś zapach tamtych dni, powracają emocje i uczucia z tamtego czasu, wraca jakaś niewinność, która nas wtedy cechowała. Myślę, że wiele osób ma takie właśnie wspomnienia związane z tą płytą. Nie można zapomnieć, że kiedyś ten album nie przeszedł bez echa.
Tak, podwójna platyna, Fryderyki...
- Ale przede wszystkim ten album znalazł swoje miejsce w kręgach młodych wtedy ludzi. Kobiety, które dziś mają po 50 lat, mają rodziny i swoje dorosłe życie, czasem opowiadają mi, jak płakały, słuchając tych utworów jako nastolatki. I to jest dla mnie niesamowite, bo taka muzyka, która wzrusza, działa niemal terapeutycznie, daje ulgę. Cieszę się i jestem dumna z tego, że mogłam wzruszyć tyle osób swoją muzyką. To, co sprawiło, że ta płyta była tak wyjątkowa, to fakt, że była dla mnie jak pamiętnik - zapis moich najwcześniejszych lat, moich doświadczeń. Wiele z tego zostało w niej wykrzyczane i zapisane. Myślę, że ta szczerość, prostota i prawda były dla ludzi czytelne oraz wiarygodne, i to właśnie ich poruszyło. Ta autentyczność sprawiła, że album rezonował z odbiorcami w ten sposób.
Ciągle przewija nam się tu ten temat poczucia wspólnoty, wspólnych doświadczeń. Z moją dziewczyną ostatnio rozmawiałem o badaniach, które wykazały, że internet - mimo ogromnych ułatwień komunikacyjnych - doprowadził do ogromnej izolacji i braku poczucia wspólnoty w młodym pokoleniu...
- Za to przyjdzie nam zapłacić ogromną cenę, jeśli już jej nie płacimy. Mimo że świat się skurczył i stał się bardziej dostępny niż kiedykolwiek, to jednak wyizolowanie i samotność są dziś zdecydowanie większe niż kiedyś.
Wydaje mi się, że kiedyś właśnie chociażby takie festiwale muzyczne jak Jarocin sprawiały, że osoby, które czuły się samotne, mogły znaleźć swoje bratnie dusze.
- Dokładnie tak było.
A istniało w takim razie poczucie wspólnoty między tobą a wokalistkami, które debiutowały w podobnym okresie i wykazywały też podobną wrażliwość pod kątem mówienia o swoich uczuciach? Mówię tu o Edycie Bartosiewicz i Kasi Nosowskiej.
- Wszystkie trzy byłyśmy związane z Izabelin Studio. Planem "stajni" było to, żebyśmy się wzajemnie wspierały, stąd też koncerty, na których mogłyśmy wspólnie występować. Nie da się ukryć, że to było ciekawe doświadczenie, które działało. Myślę, że ogromna zmiana nastąpiła wraz z boomem, który przyszedł z Zachodu. Zaczęto mówić o rzeczach wprost, nazywać emocje po imieniu, otwierać się i pisać o swoich uczuciach bez wydumanych metafor. To była nowość dla każdej z nas, taki swoisty ekshibicjonizm emocjonalny, który wymagał odwagi. Myślę, że to bardzo ujęło młodych słuchaczy i odbiorców, bo było szczere i autentyczne. Ta bezpośredniość naprawdę trafiła do serc ludzi, zwłaszcza młodych.
Niewątpliwie tym wpływem Zachodu był w dużej mierze grunge.
- Tak, oczywiście, w czasach mojej młodości każdy znał Soundgarden, Pearl Jam czy Nirvanę. To były zespoły, które wyznaczały standardy. Ale słuchałam bardzo różnej muzyki dzięki swoim dwóm starszym braciom. Najstarszy brat był fanatykiem Beatlesów - za to jestem mu wdzięczna całe życie, bo dzięki niemu już jako dziecko słuchałam świetnej muzyki w domu. Później przyszła kolej na metal.
Pamiętam, kiedy ze znajomymi po raz pierwszy dorwaliśmy "Czarny Album" Metalliki. Ktoś przywiózł tę płytę z Niemiec, wszyscy zbieraliśmy się w jednym pokoju - sałatka jarzynowa, papierosy, alkohol - i w absolutnej ciszy słuchaliśmy całej płyty od początku do końca. Dopiero potem zaczynała się impreza! To było wręcz rytuałem - celebrowaliśmy takie chwile, bo te albumy były naprawdę wyjątkowe. Słuchało się ich z uwagą, znało każdy utwór na pamięć. I to nie dotyczyło tylko Metalliki. To samo było z Panterą, Sepulturą, Slayerem czy King Diamondem. Dla nas to była muzyka, którą się przeżywało, znało od podszewki. Ten rodzaj zaangażowania w muzykę był czymś, co wtedy nas definiowało.
Te wpływy grunge'owe przewijały się na "Gemini". Zresztą wydaje mi się, że sam grunge w Polsce miał kobiecą twarz.
- Istniały różne zespoły, które próbowały się w tym klimacie. Ale, szczerze mówiąc, nieprawdopodobny talent Kasi Nosowskiej był tak wyrazisty, że trudno było się z nim równać. Po prostu była w tym jakaś siła i chyba też taki głód na rynku, że odbiorcy naprawdę chcieli słuchać śpiewających kobiet. Myślę, że to było naturalne, że tak się potoczyło.
Po albumie "Aya" mówiłaś, że słuchacze nie będą musieli czekać długo na kolejną płytę. Co prawda były później albumy koncertowe, ale w kwestii nagrań studyjnych zapanowała cisza. "W zakamarkach serc" zdawało się zapowiedzią nowych ruchów, ale od tamtej pory słuchacze czekają. Więc aż kusi mnie, by zapytać, kiedy się doczekamy?
- No właśnie, to są takie moje przemyślenia… Czy rzeczywiście potrzeba teraz kolejnej płyty, która może gdzieś zginie w tym ogromie muzyki dostępnej na rynku? Czuję, że jest tego naprawdę mnóstwo i to mnie trochę zniechęca. Promocja dziś wygląda zupełnie inaczej niż dwadzieścia lat temu. Nie każdy chce się w to wpisywać, nie każdy dobrze się czuje w tej formule, nie każdy ma potrzebę, żeby pokazywać swoje ego. Czasem więcej mądrości jest w tym, żeby po prostu nic nie robić i obserwować, co się dzieje wokół, niż robić coś na siłę i wypuszczać nagrania tylko po to, by pojawiły się w radiu. To nie jest w moim stylu.
To ważne być ze sobą szczerym.
- Miałam też szczęście dotknąć wielkich produkcji, na przykład duetu z Sanah z tekstem opartym o wiersz Haliny Poświatowskiej "Kiedy umrę kochanie". To było dla mnie ogromne przeżycie - piosenka natychmiast mnie poruszyła i wiedziałam, że absolutnie się w tym odnajdę. Jestem bardzo wdzięczna Zuzi za taką szansę, bo mogłam wziąć udział w czymś wyjątkowym. We wrześniu czekają mnie wielkie koncerty związane z tą płytą i nawet jeśli moja rola jest tam tylko małym ziarenkiem, to dla mnie to bardzo cenne doświadczenie. Nagrałam też dwa inne duety, o których na razie nie mogę jeszcze mówić. Jeśli uda się je wydać do końca roku, będę bardzo zadowolona.
Powracając do kwestii mojej płyty: trzeba być uważnym i słuchać siebie. Wierzę, że jeśli pojawi się moment, kiedy stworzę materiał, którym naprawdę będę chciała się podzielić, to po prostu to zrobię - ale nie zamierzam tego robić na siłę, tylko dlatego, że "tak wypada".
Dobrze, to zdradź, czego możemy spodziewać się po występie na festiwalu w Jarocinie?
- Myślę, że przeszłam długą drogę - od dziewczyny, która kiedyś stała na scenie tyłem do publiczności, w kapturze i ciemnych okularach. Z wiekiem człowiek zaczyna doceniać to, co ma, i naprawdę potrafi cieszyć się dobrymi momentami. To chyba ta największa zaleta upływającego czasu: świadomość, jak bywa źle, jak może być trudno, i że bywa też naprawdę dobrze. I że czasem, gdy nic złego się nie dzieje, to już jest bardzo fajnie.
Każdy występ - czy to Jarocin, czy mała miejscowość na końcu Polski, dla niewielkiej publiczności - jest dla mnie równie ważny. Zawsze wychodzimy na scenę z założeniem, by zagrać i zaśpiewać najlepiej, jak potrafimy. Chcemy dać ludziom radość, ale też wzruszenie. Dla mnie każdy koncert to wyzwanie, niezależnie od wielkości sceny. Mój zespół też bardzo przeżywa każde wystąpienie - dbamy o to, jak gramy, jak brzmimy, aż do poziomu najdrobniejszych detali. Czuję ogromną wdzięczność, że mam wokół siebie muzyków o takiej wrażliwości, którzy naprawdę cieszą się tym, co robią. To wielki dar.
Co na koniec wywiadu chciałabyś przekazać czytelnikom Interii?
- Zacytowałabym Wiktora Osiatyńskiego. Natknęłam się na jego słowa podczas sesji terapeutycznej. Marudziłam i zasypywałam terapeutę pytaniami "Jak żyć, bo ciągle jestem taka smutna? Jak w ogóle mogę poczuć się szczęśliwa? Chciałabym jeszcze to zrobić lepiej, chciałabym jeszcze to osiągnąć, a to przecież zrobiłam źle". Terapeuta na mnie spojrzał i odpowiedział właśnie słowami Wiktora Osiatyńskiego: "Pani Kasiu, niech pani spojrzy w lustro, zrobi sobie przedziałek i od*******i się od siebie". To jest takie przesłanie dla wszystkich: bądźmy dla samych siebie milsi i łaskawsi. Nie spinajmy się aż tak bardzo, bo świat się nie zatrzyma, a to tylko zadręczanie samych siebie.







![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)
