Reklama

Urszula: Szczerość jest nadzieją [WYWIAD]

Urszula napisała swoją biografię /Mateusz Grochocki/Dzień Dobry TVN /East News

- To jest opowieść o mnie. Czasem mam takie wrażenie, że może za dużo powiedziałam. Ale nadzieja tkwi w szczerości - opowiada w rozmowie z Interią Urszula, która we współpracy z Ewą Baryłkiewicz wypuściła swoją książkową biografię.

Adam Drygalski, Interia: Jeden szczegół nie daje mi spokoju po przeczytaniu pani biografii. Fani rozbijający namioty pod pani domem w Lublinie i i oczekujący na swoją gwiazdę.

Urszula: - Namioty to za dużo powiedziane, ale rzeczywiście było coś takiego. Było to latem lub późną wiosną. Czasem czekali na mnie na kocykach na trawniku pod domem. Zdarzało się to przeważnie w poniedziałki, gdy po weekendzie grania wracałam do domu. I moja mama robiła im w dodatku kanapki! Włączał się jej instynkt macierzyński, że jak dzieciaki czekają pod domem to trzeba je nakarmić.

Reklama

Musiało to wyglądać zjawiskowo ale wracając do meritum. Jak pani traktuje tę biografię? Czy powroty do przeszłości są ciężkie? Czy po napisaniu takiej książki inaczej się na siebie patrzy?

- Łatwe to na pewno nie jest. Kilka razy miałam już podobne propozycje, ale czułam że to jeszcze nie jest ten czas, aby rozłożyć te tysiące zdjęć, obejrzeć je i wszystko sobie przypomnieć. Moment, w którym powstała ta książka też jest bardzo istotny. W pandemii okazało się, że czasu jest całkiem sporo. I wtedy Ewa Baryłkiewicz zadzwoniła zafascynowana moimi życiowymi historiami i przekonała mnie, że mogłybyśmy to wreszcie zrobić. Nie pisałyśmy tej biografii  z myślą o jakimś szerokim odbiorcy. Może mówienie tego wprost nie jest najlepszą reklamą, ale podczas prac myślałam głównie o mojej rodzinie. Dlatego ta książka jest bardzo osobista.

Relacje z rodziną często wybijają się na pierwszy plan. Nie mówię tylko o siostrze, Ewie, ale też chociażby o dziadku, który nie mógł przeżyć  festiwalu piosenki radzieckiej w Zielonej Górze. A pani wróciła z niego ze Złotym Samowarem.

Oj, dla niego to był obciach, ten cały festiwal! Dziadek miał rację, ale przekonała go, że to jedyne miejsce, gdzie amatorzy mogą zaistnieć i że gdzieś muszę się sprawdzać na scenie. Potrzebowałam wyzwań. A samowar po festiwalu przekazałam mamie i nie mam pojęcia, co się z nim potem działo.

Wracając jeszcze do tych relacji rodzinnych. Rodzice widzieli panią na studiach. Bali się, że z kariery nic nie będzie.

- Tak, wyższe wykształcenie i praca gwarantowały jakieś minimum. Taki był PRL. Zawód muzyka już niekoniecznie. Raz zagrasz koncert i zarobisz, innym razem koncertu nie będzie i zostaniesz z niczym. Mieli duże wątpliwości co do mojego wyboru, aczkolwiek jak ja się na coś uprę to żadne argumenty nie działają. Poza tym widzieli, że naprawdę jestem zdesperowana i moje wszystkie działania koncentrują się wokół muzyki. Koniec końców nie mieli wyjścia i przystali na to, że nie będę wiodła w ich mniemaniu "normalnego życia".

Wspomnieliśmy o Zielonej Górze, potem miał miejsce debiut na festiwalu w Opolu. Krótko mówiąc pani, podobnie jak inni polscy artyści musieliście zwiedzać te miejsca, bo PRL wolność mocno ograniczał. Jak pani podchodzi do epoki Polski Ludowej, która często wspominana jest z nostalgią lub z przymrużeniem oka. A to był fatalny system, który wszystkim rzucał kłody pod nogi.

- To prawda, bo dotyczyło to każdego. Nie tylko piosenkarki, czy muzyka. Zresztą przez nasze położenie geopolityczne właściwie mamy przerąbane do tej pory. Wtedy o tym nie myślałam. Gdy masz dwadzieścia lat to jest taki moment kiedy chce się robić coś, co się lubi a to co się dzieje dookoła ma dużo mniejsze znaczenie. Ja miałam swój świat, miałam swoje studium piosenki, potem studia, naukę, ćwiczenia na fortepianie. PRL z tym całym swoim marazmem był gdzieś obok, ale oczywiście w pewnym momencie musiał o sobie przypomnieć.

A gdy system  już się zawalił wraz ze swoimi wszystkimi niedoskonałościami, ruszyła pani do Stanów. I tak sobie myślę, że właściwie każdy polski muzyk musiał się z tymi Stanami zmierzyć. Zresztą w USA wylądowało wielu Polaków a potem było z nimi różnie. Przeważnie tak jak w utworze El Dupy - "Natalia w Bruklinie". Przeważnie nie wychodziło.

- Wiesz, co innego jak ktoś jedzie na koncerty i występuje tam nawet dwa miesiące i wraca, a co innego jak tam się jest na stałe. My potraktowaliśmy Stany jak coś w rodzaju stypendium międzynarodowego. Wiedzieliśmy, że nie chcemy tam zostać na długie lata. Chcieliśmy przeczekać kryzys w Polsce, bo ten upadek socjalizmu był dla nas niesłychanie bolesny. Pewnie mało kto w ogóle to zauważył, ale u pod koniec lat osiemdziesiątych właściwie nie było u nas żadnych koncertów. To było klepanie biedy dosłownie przez wszystkich.

Ale Stany urastają do krainy niespełnionych nadziei. Przejechał się na nich nawet Krzysztof Krawczyk. "Nowy Jork, czwarta rano" to jest obraz życiowych przegrywów.

- Wszystko zależy od tego czego się oczekuje od takiego wyjazdu, bo jeśli rzeczywiście oczekiwania są duże, to wtedy przeważnie wraca się z niczym. Poznałam tam wielu ludzi, którzy ciągle mówili: "Za chwilę będę bogatszy i wtedy wrócę". Ale nie wracali i to życie im mijało. To fakt, w Stanach zobaczyłam całe mnóstwo złamanych życiorysów. My wyjechaliśmy "na jakiś czas". Zawsze się tego trzymaliśmy. Pamiętam, jak spotkaliśmy Jurka Owsiaka na Festiwalu Woodstock '94. Powiedział: "Dobra, ja będę robił taki sam festiwal w Polsce!". A my pomyśleliśmy, że skoro tak, to znaczy, że pora wracać. I tak byliśmy już na etapie pakowania. Potem zagraliśmy kilka razy na Przystanku Woodstock. Wróciliśmy w sam środek transformacji.

Zanim o niej porozmawiamy, to chciałbym zapytać, co te Stany właściwie pani dały? Zmieniła się pani po powrocie. To nie była Urszula z "Dmuchawców". Wjechała piosenkarka, wróciła rockmanka?

- Zawsze trzymałam się tego, że miałam fanów w Polsce. Zanim zdobyłabym jakąkolwiek popularność w USA, minęłoby jeszcze... parę lat? Tak to zostawmy. Więc nie skupiliśmy się na wiązaniu przyszłości ze Stanami. Tak jak wspomniałam, tę wyprawę traktowaliśmy jak saksy. Połączenie pracy z wakacjami. Mieliśmy więc okazję zobaczyć z bliska całe to amerykańskie granie, pozorny bałagan w bardzo dobrze przygotowanych koncertach. Mogłam śpiewać Zeppelinów, Joan Jett, Bonnie Raitt czy Kiss i nikt nie myślał, że do mnie to nie pasuje. Chodziliśmy po klubach, oglądaliśmy koncerty, byliśmy w innym miejscu. Otworzyłam się na inne śpiewanie. Na łapanie energii z muzyki a nie tkwienie w Polsce bez pracy i wkurzanie się na wszystko dookoła. Odpoczęliśmy od komuny. To był ten największy plus życia w USA.

I co się działo po przyjeździe do Polski?

- Wylądowałam w tym samym wynajętym mieszkaniu, które mieliśmy wcześniej. 37 metrów na dziesiątym piętrze w Alejach Jerozolimskich z całym sprzętem, który woziliśmy po Stanach. Cóż, cieszyłam się, że Polska się zmienia, aczkolwiek wiedziałam, że istnieją te wszystkie mafie. Że dzieją się straszne historie a dookoła panuje - nomen omen - wolna amerykanka.

I był też Stadion X-lecia, który każdego polskiego artystę a i zdecydowaną większość zagranicznych po prostu grubo okradł.

- Gdyby nie piractwo to być może byśmy dobudowali basen do naszego domu, ale nie mieliśmy powodów do narzekań. Bo przecież cały ten dom jest zbudowany z niemalże tej jednej płyty. Wszystko co zarobiliśmy na "Białej drodze" i może jeszcze na "Supernovej" oraz na niezliczonej ilości koncertów przekazywaliśmy ekipie budowlanej. Trudno mi jednoznacznie ocenić lata 90. Każdy komu przyszło w nich żyć, wie, że nie były one jednowymiarowe. Ja wycisnęłam z nich maksimum a do tego co zabrali mi piraci, teraz w 2022 roku nie ma już większego sensu wracać.

Czy po napisaniu takiej książki człowiek czuje się spełniony? Lżej patrzy na swoją historię?

- Z nikim się nie chciałam rozliczać. Nie traciłam czasu na wrogie mi osoby. To jest opowieść o mnie. Czasem mam takie wrażenie, że może za dużo powiedziałam. Ale nadzieja tkwi w szczerości. Ja jestem taką szczerą dziewczyną. Jak coś wiem, jak coś czuję to mówię. Inaczej nie byłoby sensu wracać do tych wspomnień.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama