Reklama

Miuosh: Nie można mieć problemu z tym, jak wygląda dzisiaj rap

Miuosh: Starałem się w pewnym momencie odbić od rapu i pokazać, że raperzy to nie tylko rap /Ania Walterowicz /materiały prasowe

Jeden z najpopularniejszych polskich raperów opowiada nam o swojej miłości do FC Barcelony, o władzy, która – zdaniem Miuosha – zajmuje się tylko gaszeniem pożarów i o tym, dlaczego lubi słuchać Bedoesa.

(rozmowa odbyła się 10 sierpnia - przyp. red.)

Marcin Misztalski, Interia.pl: Jako wieloletni fan FC Barcelony...

Miuosh: - Jestem zachwycony, że Robert Lewandowski tam przeszedł. Zawsze marzyłem o tym, by w Barcie znalazł się Polak. Kiedy jakiś czas temu pojawiła się informacja o ewentualnym transferze Roberta, to nie chciało mi się w to do końca wierzyć, bo wiem, jakie problemy finansowe ma ten klub. Cieszę się, że to się jednak stało. Miałem kiedyś cel, by zobaczyć na żywo razem na boisku: Iniestę, Messiego, Xaviego i Puyola - udało mi się to podczas ich meczu z Realem Madryt. Teraz mam kolejny cel, chcę zobaczyć na żywo Lewego na Camp Nou.

Reklama

Myślisz, że Robert Lewandowski sprawi, że częściej będziesz pojawiał się na stadionie w Barcelonie?

- W ogóle chciałbym bywać tam częściej. Żyjemy w takich czasach, kiedy taki wyjazd nie wiążę się z jakimiś gigantycznymi wydatkami. Na dobrą sprawę można polecieć do Barcelony na dwa dni za 2500 złotych. Moje życie wygląda niestety tak, że te dwa-trzy wolne dni jest trudno znaleźć.

Tak jak trudno o słabszy sezon Roberta Lewandowskiego.

- Ten gość jest maszyną. Od wielu lat jest sfokusowany na tym, by być piłkarzem. Ma łeb na karku i dobrze się prowadzi - nie tylko sportowo, ale i życiowo. Jestem czasami zazdrosny, gdy widzę osoby z taką świadomością swojego organizmu i jak są oddani swojemu zawodowi. Można się od nich wiele nauczyć. Wydaję mi się, że Robert ma przed sobą jeszcze z cztery lata dobrego grania. Pierwszy mecz na Camp Nou pokazał, że nie jest tylko od strzelania goli, ale potrafi się cofnąć i zbudować akcję tak, jak robili to swego czasu Luis Suárez czy Samuel Eto'o. To najlepsze "9", jakie mogą być. Myślę, że Barca zyska na tym transferze tyle samo, co Robert. To sytuacja win-win. Marka Lewego jest warta tyle, ile się o niej pisze.

Zatrzymajmy się przy FC Barcelonie. Kiedy zostałeś ich kibicem?

- To moja pierwsza sportowa miłość. Miałem kilka lat, gdy ojciec pokazał mi ich mecz w telewizji. Powiedział, że to świetna drużyna. To był chyba 1993 rok. Pamiętam, że w latach 90. byłem z rodzicami na wczasach w Hiszpanii i stanęliśmy na chwilę pod Camp Nou. Wtedy ten stadion wyglądał zupełnie inaczej. Na przykład sklepik klubowy był wielkości kiosku, a teraz ma rozmiar małej galerii handlowej. Na tym wyjeździe zobaczyłem też, jaki może być wyjątkowy hype na klub piłkarski w mieście. A z czasem, jak marka wypromowana jest na całym świecie.

Skąd sukces marketingowy FC Barcelony?

- Przede wszystkim chodzi o maszyny promocyjne w postaci Messiego czy wcześniej w postaci Ronaldinho. Oni wnieśli do tego klubu coś więcej niż tylko aspekt sportowy, bo też aspekt wizerunkowy. Dodatkowo obecność Messiego w klubie złożyła się z rosnącą na świecie popularnością mediów społecznościowych. Fajnie, jak piłkarz bardzo dobrze gra w piłkę, ale dla kibiców jest atrakcyjniej, kiedy idzie za nim też jakaś historia.

Tak sobie myślę, że fajnie, że tymi światowymi piłkarskimi markami są dziś też Polacy. Kiedy przejdziesz się na dowolne boisko w naszym kraju, to dzieciaki chcą być Lewandowskim, Szczęsnym czy Piątkiem, a nie tylko piłkarzami z Włoch czy Hiszpanii.

- To jest super. Mieliśmy wcześniej oczywiście zawodników, którzy robili robotę za granicą , ale nigdy nie było ich tylu i na takim poziomie. Gdyby nie było Lewandowskiego, to i tak przez ostatnie 15 lat mieliśmy świetne nazwiska - Smolarek, Żurawski, Rasiak, Hajto, Sypniewski, Juskowiak. Tylko że to były pojedyncze - nie tak spektakularne - strzały, które mogły pociągnąć polską piłkę do przodu. A teraz? Mamy wspomnianego przez ciebie Krzysztofa Piątka, który grał w AC Milanie, Herthcie Berlin czy we Fiorentinie. Jego kariera nie potoczyła się może tak, jak mogła, ale wciąż w niego wierzę (pod koniec okna transferowego Piątek trafił do włoskiej Salernitany - przyp. red.). Mamy Arka Milika, który reprezentował naprawdę wspaniałe składy: Ajax, Napoli, OM (teraz Juventus - przyp. red.). Cały czas mamy Krychowiaka, który do dziś jest w Sevilli uznawany za bohatera. Są młodzi - na przykład Mateusz Wieteska. No mógłbym tak wymieniać i wymieniać. Myślę, że Polacy tak wypłynęli za granicą, po efekcie Borussii Dortmund, w której grali wówczas: Błaszczykowski, Lewandowski i Piszczek. Trener Borussii oparł o nich swój skład, który dotarł aż do finału Ligi Mistrzów. Od wtedy skauci bardziej skupili się na poszukiwaniach młodych, zdolnych piłkarzy z Polski.

Myślisz, że doczekamy się kiedyś, że nasza liga będzie mogła realnie konkurować z tymi z Włoch czy z Niemiec?

- Myślę, że nie. Trzeba na to spojrzeć z nieco szerszej perspektywy. Nie jestem fanem mówienia o polityce i gospodarce, ale coś tam muszę wiedzieć. Mapa silnych lig europejskich jest wprost proporcjonalna do mapy założycieli Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. To dekady rozwoju, nie tylko piłkarskiego. Spójrz, do topowych lig nie dołączyła nagle liga ukraińska, mimo że Szachtar Donieck przez moment świetnie sobie radził na arenie międzynarodowej. Podobnie, jak nie dołączyły ligi chorwackie czy austriackie, mimo że kluby z tych krajów również miały swoje pięć minut. W czołówce zawsze są drużyny z pięciu lig: niemieckiej, hiszpańskiej, angielskiej, włoskiej i francuskiej. To kwestie struktur, finansów, umów sponsorskich, promocji medialnych. Bardzo bym chciał wziąć za 25 lat wnuka na mecz polskiej drużyny rywalizującej regularnie w Lidze Mistrzów. Były lata, kiedy mogła to być Wisła Kraków za czasów Kamila Kosowskiego, ale gdzie jest dziś Wisła, widzą wszyscy.

Eksport polskich piłkarzy jest dziś ważniejszy niż budowanie silnej polskiej ligi?

- Zdecydowanie. Właściciele polskich klubów piłkarskich po prostu źle prowadzą biznesy. Zobacz, Barcelona zaczęła stawiać na swoją szkółkę pod koniec lat 80. i efekty były takie, że 20 lat później mieli Messiego, Piqué, Fabregasa i mnóstwo innych piłkarzy. Polscy wychowankowie grają w swoich klubach za krótko. Za krótko stanowią o sile naszej ligi. Później, ci najbardziej utalentowani, są wyłapywani przez zagranicznych skautów, sprzedaje się ich za 2 miliony euro i ogłasza wielki sukces. Druga kwestia jest taka, że polscy piłkarze od początku nastawiają się na sukcesy poza Polską. Nasza liga jest tylko wstępniakiem do wielkiej piłki.

Ale z drugiej strony - młodsze roczniki nie mają już tych kompleksów Zachodu i nie powtarzają tak często, że "na zachodzie jest lepiej".

- No tak. Nie ma już wyjazdów na saksy, ale wciąż są powody, by się stąd zwijać mając 20 lat. Tym bardziej że dzisiejsi 20-latkowie są zupełnie innymi ludźmi niż moi rówieśnicy, którzy mieli kiedyś 20 lat. My mieliśmy trzy powody, by stąd wyjechać, oni mają kilkanaście. Gdybym miał dziś naście lat, to byłby bardziej przerażony swoją przyszłością, niż kiedyś.

Myślisz, że są bardziej świadomi?

- To też. Są bardziej zróżnicowanym i wymagającym społeczeństwem. No i bardziej współczesnym niż ci, którzy ten kraj chcą prowadzić.

To znaczy?

- Mówię o tym, że chcą nas prowadzić ludzie, którzy są najbliżej problemów 40 i 50-latków. Mało pamięta się o młodych ludziach - no chyba, że trzeba walczyć o elektorat. Władza od kilkunastu lat zajmuje się tylko gaszeniem pożarów. To przerażające. O młodych bardziej dbają samorządowcy. Ostatnio widziałem analizę, że Katowice są na 8. miejscu w Polsce pod względem zadowolenia mieszkańców. Widziałem, co tam było brane pod uwagę. To działa, bo widzę, że coraz mniej osób stąd ucieka. Młodzi ludzie mają szansę się tu realizować.

Również muzycy?

- To, co dzieje się teraz w muzyce, ma oczywiście swoje plusy i minusy. Uważam, że dziś, by zaistnieć nie trzeba mieć zaplecza, tylko tworzyć dobrą muzykę. Kiedyś słuchaczy trzeba było naganiać i ich wprowadzać do swojego muzycznego świata. Fajnie, że mieliśmy strony internetowe w 2004 roku, ale jak mieliśmy tym wszystkim ludziom powiedzieć, że w internecie znajdą naszą muzykę?

Ale teraz wszyscy mówią, że jest tam ich muzyka.

- Mamy zalew muzyki - to prawda. Broni się ta, która w sobie coś ma. Oczywiście czasami przebijają się też słabe kawałki, które mogą zniechęcać do szukania czegoś wartościowego. Ale muzycy mają dziś łatwiej. Wiem, jak teraz wygląda np. kwestia zrobienia numeru. To jest prostsze niż 10 lat temu. Wprowadzenie swojego kawałka na rynek jest jeszcze prostsze, najprostsze w historii muzyki, bo wystarcza dostęp do sieci.

Finalnie młodych, zdolnych artystów jest dziś dużo?

- Nie uważam się za jakiegoś dziadka, ale kiedy wchodzę na backstage jakichś festiwali, to czuję się obcy, bo młodzi artyści stanowią tam większość. Nie każdy z nich ma nazwisko, bo to są też np. gitarzyści. Mają świetne warunki, by pisać dziś historię polskiej muzyki. Fajne jest to, że nie dążą tylko do tego, by scyfryzować każdy dźwięk. To nie są tylko producenci hiphopowych bitów czy muzyki elektronicznej.

Kiedy ty poczułeś, że idziesz właściwą muzyczną drogą?

- Dalej nie wiem, czy idę w dobrą stronę...

Nie no, bez przesady. Przecież widzisz, że twoja muzyka ma wielu fanów.

- Tak, ale w momencie, kiedy robię muzykę, to nie wiem czy ona zażre. Wydając taką płytę jak "Pieśni", siedziałem na emocjonalnych szpilkach i myślałem sobie: "k*rwa mać, jak ja to im wszystkim wytłumaczę? Co oni powiedzą?" (śmiech) Mam przekonanie, że to, co robię, jest dobre, ale zawsze weryfikuje to publiczność. Chyba w 2015 roku uznałem, że warto mieć na scenie kogoś poza perkusistą i didżejem. Złożyliśmy więc zespół, z którym gramy na żywo do dzisiaj. Wtedy prawdopodobnie zrozumiałem, że idę dobrą drogą, bo pracuję z chłopakami, którzy mają instrumenty w rękach i wiedzę muzyczną. Wówczas zrozumiałem, że możemy zrobić wszystko i dodawać energii temu, co wcześniej było płaskie. W tym momencie wróciłem też do produkcji muzyki i tak się to potoczyło, że robię jej bardzo dużo, między innymi do spektakli w teatrze.

Twoje ostatnie projekty są bardzo poważne i odpowiedzialne. Tęsknisz za takim beztroskim graniem hip hopu w klubie dla 100 osób?

- Czasami koledzy mnie pytają, czy nie chciałbym gdzieś pojechać i tak sobie "zaje*ać rapsów". (śmiech) Dziś gram zupełnie inne formaty imprez. Takie granie z DJ-em... No wiesz, równie dobrze mógłbym sobie puścić podkład w domu i rapować pod nosem. Myślałem kiedyś, by zrobić 10-lecie jakiejś płyty i wystąpić w takiej odsłonie, w jakiej grałem kilkanaście lat temu, ale nie wiem, czy zrealizuję ten pomysł. Mam dużo projektów na głowie, więc nawet niespecjalnie tęsknie za poprzednim krążkiem w momencie, gdy go skończę, a co dopiero za albumami, które nagrywałem 10 lat temu.

Co sprawia, że tobie nadal chce się tworzyć?

- Jestem typem, który kocha emocje. A emocje czuję, gdy puszczam swojej żonie mój nowy krążek czy wtedy, kiedy gram koncert z nowym materiałem. Jeżeli siedzę w teatrze na premierze, a za chwilę ma polecieć moja muzyka, to zapewniam cię, że czuję emocje. Chodzi tylko i wyłącznie o emocje i frajdę z tworzenia.

Boisz się, że tych emocji może ci kiedyś zabraknąć?

- Chyba nie, bo ja tego po prostu potrzebuję. To jest porównywalne do bycia kierowcą rajdowym. Przecież oni jeżdżą szybką samochodami tylko po to, by czuć emocje.

W którym momencie pieniądze z muzyki zeszły na dalszy plan i przestałeś o nich myśleć?

- W muzyce nigdy o nich specjalnie nie myślałem. Nie chodzi mi o to, by łapać wszystko, jak leci - każdy koncert, na który zapraszają. Parę lat temu w świadomy sposób uznałem, że nie chcę brać wszystkiego. Gramy to, co chcemy i gdzie chcemy. Ostatnio rozmawiałem z Grubsonem o tym, że kiedyś graliśmy wszystkie Dni Miasta, Juwenalia itd., bo mieliśmy głód grania i chcieliśmy się wszędzie pokazywać. Wiesz, ja pamiętam, jak 10 lat temu po "Prosto przed siebie" zagraliśmy 129 koncertów w rok. Wtedy byłem gościem mieszkającym w kawalerce i cieszyłem się z każdego tysiaka, który zarobiłem. Zapier*alaliśmy więc ile wlezie. Najeździłem się już po całej Polsce. Widziałem prawie każdą salę koncertową w tym kraju. Dziś mam inne podejście. Wolę zagrać 15 koncertów w roku, które sami wyprodukujemy niż 60. Chcę być częściej w domu. Mam żonę i prawie 5-letnią córkę, które chce widzieć jak najczęściej. Zmieniły mi się priorytety. Tu nie chodzi o kasę, tylko o to, by dobrze prowadzić swoje życie.

Jesteś gościem, którego ludzie uważają za gwiazdę?

- Nie uważam, że ktoś ma powody, by sądzić, że jestem jakimś wyniosłym typem przez to, czym się zajmuję. Nie odciąłem się od swoich starych znajomych. Chodzę sobie w klapkach po Katowicach i jestem normalnym gościem. (śmiech) Jestem stąd. Nie zamknąłem się w fortecy pod miastem. Nigdy się stąd nie wyprowadzę. Przynajmniej raz w tygodniu jestem u moich rodziców na osiedlu, na którym się wychowałem, ale najbardziej lubię spędzać czas z moją żoną i córką, więc najczęściej jestem w domu.

Dlaczego nigdy się stąd nie wyprowadzisz? Nie widzisz siebie mieszkającego w domku pod miastem?

- Sielskie klimaty mnie nie jarają. Wyjeżdżam czasem za miasto, by odpocząć z rodziną np. na Mazurach, ale nic więcej. Katowice to moje miasto, lubię tu być. Lubię, jak dźwięczy tramwaj i to, że mam blisko na dworzec kolejowy. Lubię pić kawkę w centrum miasta i spotykać znajomych. (w tym momencie wita się z nami Robert Talarczyk - dyrektor Teatru Śląskiego w Katowicach, który właśnie przechodził obok) Mam blisko do teatru, mam tu swoją pracownię... Nie umiałbym tego wszystkiego rzucić. Nie umiałbym nawet mieszkać poza centrum miasta. Musiałbym wszędzie dojeżdżać samochodem, a niezbyt to lubię. Starych drzew się nie przesadza. (śmiech)

Mówi się też, że ludzie nie lubią zmian. Długo uczyłeś się tego, by poważnie traktować w studiu zdanie innych?

- Długo. (śmiech) To była terapia szokowa. Pamiętam, jak Smolik zaprosił mnie do projektu z Natalią Grosiak. Nagrywałem u niego zwrotki na album i mówił mi, jak mam rapować! Nie wiedziałem, jak mam do tego podejść - "jak to, ku*wa, ktoś mi mówi, jak mam rapować ?". Ale później zrozumiałem - Smolik też mnie tego nauczył - że jeśli chcesz coś komuś przekazać, to nie możesz tego robić z pozycji mądrzejszego. Należy to poruszyć w sposób, który daje szansę coś zainicjować, a nie zamknąć. Zamykanie ludzi rozkazem jest krótkowzroczne i nie prowadzi do niczego dobrego. Chodzi o burze mózgów. Są geniusze, którzy potrafią to robić i mają rację, ale to geniusze, a ich - jak wiadomo - jest niewielu.

Poznałeś jakiegoś geniusza muzycznego w swoim życiu?

- (po dłuższym namyśle) Geniusza chyba nie, ale są ludzie, którzy są genialnymi wykonawcami i muzykami. Geniuszem muzycznym jest dla mnie Wojciech Kilar, więc trudno kogokolwiek do niego porównać.

Chciałem też zapytać o geniuszy rapowych, ale skoro wyskoczyłeś z tym Kilarem, to chyba odpuszczę. (śmiech)

- Jestem antyfanem prostych rozwiązań, które są kreowane w rapie na nie wiadomo co. To mnie wku*wia. Chodzi o szacunek do tekstu i do słuchacza. Inną sprawą jest to, że niekiedy wymagania odbiorców są niewielkie, więc po co raperzy mają się starać? W polskim rapie są genialne zagrania. Szanuję raperów za to, jakie piszą teksty i kiedy potrafią przekroczyć granice, których inni wcześniej bali się przekraczać. Potrafię docenić wiele nowych kawałków. Nie jestem dziadem, który twierdzi, że rap się skończył w 2011 roku. Każdego rapera w pewnym momencie dopada - ja to nazywam - zacietrzewienie. To dotyczyło HaiHaieR, mnie czy chłopaków z SBM. Każdego rapera, który coś osiągnął, bez wyjątków. W pewnym momencie należy dojrzeć do tego, że jeśli ktoś odnosi sukces, to nie oznacza to, że ja też go nie mogę odnieść. To nie jest piłka nożna - jeśli ktoś jest w jej posiadaniu, to ja jej nie mam. To tak nie działa.

(w tym momencie rozmawiamy chwilę z jednym z najważniejszych śląskich raperów HST, który akurat przechodził przez centrum miasta)

By myśleć w ten sposób, należy chyba wyzbyć się frustracji.

- No, a u niektórych ta frustracja jest obecna dożywotnio. Nieważne. Ja odpocząłem sobie od rapu i dziś więcej rzeczy szanuję. Kiedyś byłem na niego obrażony, nie rozumiałem i uważałem, że się zepsuł. Dziś mogę ci powiedzieć, że gadałem trochę bez sensu i na wyrost. Nie można mieć problemu z tym, jak rap dzisiaj wygląda i gdzie jest, skoro zawsze mu się tego życzyło. Zawsze chciałem, by rap był w tym miejscu, w którym obecnie jest, by ściągał tysiące ludzi na koncerty w całej Polsce i by duże festiwale opierały się o rapowych headlinerów, bo - nie będę ukrywał - zawsze chciałem być jednym z nich. Dobrze, że to wszystko się teraz dzieje. Lubię słuchać np. Bedoesa. Staram się regularnie sprawdzać jego numery, bo ma oryginalne podejście do kreacji muzycznej. W momencie, kiedy pojawił się wers: "Jestem Polakiem, nie przeszkadza mi chłopak z chłopakiem" poczułem ogromną dumę.

Dlaczego?

- Bo ktoś, kto ma zasięgi i posłuch wśród słuchaczy, mówiąc takie słowa, sprawia, że będzie lepiej. Zmienia coś. Te słowa to jeden z kamieni milowych w polskim rapie. Dobrze, że mówi to młody gość, który dopiero zaczyna kształtować społeczeństwo. Chciałbym, by było tego więcej. W tym kraju należy mówić o takich rzeczach. Sprowadza się tę młodą scenę do "bacardi i szklanek", a wcale tak nie jest. Dzięki Bedoesowi i innym artystom rap jest dziś traktowany jako muzyka, a nie zamknięta subkultura, która funkcjonuje tylko na niebezpiecznych osiedlach. Młodzi raperzy mają zmieniać tę muzykę i dobrze, że ją zmieniają. Jeśli ktoś tęskni za tym, co było kiedyś, to po to jest to wszystko zarchiwizowane na serwerach, by można było do tego wrócić.

Ty coś zmieniłeś w polskim rapie?

- Starałem się w pewnym momencie odbić od rapu i pokazać, że raperzy to nie tylko rap, ale... nie byłem pierwszy, bo Fisz zrobił to przede mną.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL