Leski: Nie proponuję słuchaczowi piosenek z waty cukrowej

"Pamiętam sytuacje, kiedy wpadał mi w ucho jakiś numer w radiu, filmie czy serialu i później przez kilka miesięcy skakałem po różnych częstotliwościach, czekając żeby wreszcie ktoś go puścił i zapowiedział. Tęsknie do tych czasów, bo charakteryzowały się nieobojętnością" - mówi Leski. /Bartek Wieczorek /materiały prasowe

Jak powiązać kasety magnetofonowe i walkmany z tematyką miłości? O tym najlepiej wie Leski, który w rozmowie z Interią opowiada o swojej nowej płycie "Miłość. Strona B", w której zaskoczył słuchacza nie tylko nietypowymi zabiegami promocyjnymi, ale nowym, bardziej eksperymentalnym brzmieniem.

Reklama

"'Miłość. Strona B' opowiada o miłości po okresie demo, kiedy zaczynają się zakręty codzienności. Leski albumem odsłania drugą połowę twarzy. Sięga nie tylko po inne środki muzyczne, ale również zmienia się w tekstach, które są bardziej osobiste i emocjonalne" - czytamy w oficjalnej zapowiedzi płyty. Za jej produkcję odpowiadał Marcin Bors, a w promocji krążka wykorzystano kasety magnetofonowe.

Daniel Kiełbasa, Interia: Zanim jeszcze zacząłem przesłuchiwać twój album, to moją uwagę przykuły zdjęcia promocyjne, na których znalazł się walkman Kajtek. W jaki sposób go zdobyłeś? Znalazłeś gdzieś na strychu czy kupiłeś? 

Reklama

Leski: - Miałem kiedyś czerwonego walkmana z lat 80., ale nie Kajtka. Są to bardzo odległe czasy, niemniej jednak obstawiam, że był to Kamasonic albo Sanyo. Nie wiem, co się z nim stało, pewnie przepadł podczas przeprowadzek. Kajtek ze zdjęcia pochodzi z Allegro. Bardzo zależało mi na tym, żeby dotrzeć do modelu właśnie z tamtej epoki. Namierzyłem go za Krakowem.

To już wartość kolekcjonerska, czy cena jest jeszcze do zniesienia? 

- Mój nie kosztował zbyt dużo, ponieważ był zepsuty, ale stare kaseciaki, szczególnie jak są sprawne i markowe, potrafią kosztować nawet kilka stów. Widziałem kultowego Soniaka za 700 złotych! Kajtki są oczywiście tańsze, ale nie tak łatwo je znaleźć. Musiałem więc trochę przegrzebać sieć. Bardzo trudno też trafić na słuchawki z metalową przepaską na głowę. Było trochę zabawy (śmiech).

A wspomniany Sanyo/Kamasonic jak do ciebie trafił?

- Tata przywiózł mi go z Niemiec.

Sprawdź tekst utworu "Skowyt" w serwisie Teksciory.pl

Zostawmy walkmany. Pamiętasz kasety, których wykonawców przesłuchiwałeś jako pierwsze? 

- Nie kojarzę tych zupełnie pierwszych, bo miałem wtedy pewnie z 6 lat, ale pamiętam, że chwilę później, już jako "raczkujący" nastolatek, który świadomie zaczął kupować kasety na bazarze, nabyłem albumy Vanilla Ice "To the Extreme", Wzgórze Ya Pa 3 "Wzgórze Ya Pa 3" i Dog Eat Dog "All Boro Kings". Szkoła średnia kojarzy mi się z kolei z kasetami R.E.M. "Out of time" i "Automatic for the People", "Unplugged" Nirvany, "Księgą Tajemniczą. Prolog" Kalibra 44 i "Kinematografią" Paktofoniki już na studiach.

Osobiście jestem w stanie przypomnieć sobie większość tekstów piosenek, które słyszałem jeszcze na kasetach. Czy też tak masz, że utwory z tamtych czasów, na kasetach, zostawały ci jakoś mocniej w pamięci? 

- Dobrze pamiętam rozkładane książeczki z tekstami, a właściwie okładki, które po rozwinięciu stawały się książeczkami. Po pewnym czasie już ich nie potrzebowałem, bo całą ich zawartość znałem na pamięć. To były czasy ograniczonego dostępu do muzyki, dlatego jak już coś ci się udało znaleźć, katowałeś to na okrągło. Myślę, że jak musisz się o coś postarać, lepiej to pamiętasz.

W stosunku do kaset mam wrażenie, że działa jakieś nostalgiczno-emocjonalne podejście. Też masz takie wrażenie?

- Jest to chyba jakiś rodzaj tęsknoty związany z przemijaniem. Roczniki z ósemką z przodu wychowały się na kasetach, dlatego mają do nich słabość. Pewnie sprawa dotyczy również mnie. Nawiązałem tytułem nowego albumu do kasety magnetofonowej, ponieważ posiada ona Stronę B tak jak opisywana w piosenkach przeze mnie miłość. Pomyślałem, że jest z nią trochę tak jak ze słuchaniem muzyki z tego nośnika, w przypadku którego żeby poznać zawartość całego albumu, trzeba było przesłuchać obie strony. Poczekać na tę mniej popularną. Mam sentyment do tamtych czasów z wielu powodów, ale jednym z tych najważniejszych jest właśnie muzyka, której słuchanie było rytuałem, czymś naprawdę istotnym. Musiałeś się o nią postarać, poszukać, wykazać się kreatywnością.

Pamiętam sytuacje, kiedy wpadał mi w ucho jakiś numer w radiu, filmie czy serialu i później przez kilka miesięcy skakałem po różnych częstotliwościach, czekając, żeby wreszcie ktoś go puścił i zapowiedział. Tęsknie do tych czasów, bo charakteryzowały się nieobojętnością. Dzisiaj odpalasz streaming i masz wszystko na tacy. Nie musisz niczego poświęcać. Ma to swoje zalety, ale pozbawia doznań związanych z procesem zdobywania, który, jak wiadomo, potęguje wrażenia i wzmacnia szacunek do zakupu.

A cały pomysł na kasety w promocji z pokazywaniem też innych artystów, którzy bawią się walkmanem włącznie, pojawił się na samym początku? 

- Na końcu! I nie chodziło o zabawę walkmanem, a pokazanie jak bardzo indywidualną sprawą jest Strona B w miłości. Każdy z artystów miał pełną swobodę wypowiedzi zarówno jeśli chodzi o formę jak i treść. Na samym początku pojawiła się w mojej głowie właśnie myśl o podobieństwach pomiędzy miłością, a słuchaniem muzyki z kaset. Nie mogło się ono wtedy odbywać na skróty i wiązało z brakiem możliwości przełączania poszczególnych piosenek, co sprawiało, że chcąc nie chcąc poznawałeś cały kontekst albumu i wyrabiałeś sobie o nim w miarę obiektywną opinię. Dziś w epoce singli to chyba dość archaiczna filozofia...

Płyta powstawała pod okiem Marcina Borsa i jest to, w porównaniu do "Splotu", mała wolta stylistyczna. Poprzednie piosenki były bardziej rozmarzone i melancholijne, te mają w sobie więcej pazura i słuchać w nich nieco więcej eksperymentów. Taki był zamysł od samego początku? 

- Zdecydowanie tak. Szukałem producenta, który pomoże mi takiej wolty dokonać. Czułem, że chcę iść w nieco inne rejony muzyczne i postawić na elektronikę, brudne brzmienia gitar i eksperymenty. Piosenki, które napisałem na album "Miłość. Strona B" mają zdecydowanie ciemniejsze harmonie i mniej poetyckie teksty w porównaniu z tymi ze "Splotu" dlatego zależało mi na zmianie podejścia. Czułem, że w jakimś sensie będzie to album konceptualny i wymaga odpowiedniej oprawy muzycznej, dlatego zdecydowałem, że tym razem chciałbym pracować w duecie z producentem. Cieszę się, że był nim Marcin Bors.

Na płycie masz niezwykle bogate instrumentarium, przez co płyta z każdym odsłuchem zyskuje. Zastanawia mnie, jak podchodzisz do tego, że niektórzy mogą tę płytę odsłuchiwać na nieco gorszym sprzęcie lub w biegu. Nie martwi cię, że część słuchaczy po prostu może sporo stracić, gdy będzie się zapoznawać z twoją nową muzyką?

- Myślę, że istnieje takie ryzyko. Nie jest to płyta kokieteryjna. Nie idę na rękę słuchaczowi, proponując mu piosenki z cukrowej waty. Mam nadzieję, że znajdą się tacy, którzy dadzą tej płycie szansę i poświęcą chwilę, żeby wsłuchać się w słowa, dźwięki i przebiją się przez kolejne warstwy kryjące wiele niuansów. Sam osobiście mam tak, że jak coś mi się podoba przy pierwszym odsłuchu, kończy się zazwyczaj na 3-4 odtworzeniach. Inaczej z muzyką, która wywołuje we mnie jakiś rodzaj zakłopotania, trudności w ocenie. Wtedy jest zupełnie odwrotnie. Z każdym kolejnym odsłuchem odkrywam coś nowego i wchodzę głębiej. Nie kalkulowałem przy tej płycie i niezależnie od tego co się z nią stanie, jestem dumny, że ma właśnie taki kształt.

Przy okazji naszego ostatniego wywiadu powiedziałeś, że oszczędna aranżacja powinna iść z bogatymi tekstami, a gdy tekst jest kwiecisty, to muzyka powinna być bardziej na drugim planie. Teraz to właśnie brzmienie gra pierwsze skrzypce, a teksty są oszczędnie kładzione... 

- Każda piosenka ma swoją objętość. Może zmieścić określoną ilość słów i dźwięków. Wszystko zależy od jej konstrukcji. Niezależnie jednak od technikaliów, liczą się emocje, a te zawsze są efektem złotych proporcji. Byłem kiedyś na koncercie piosenek Cohena, na którym nawet przez moment nie wsłuchałem się w teksty, a przecież to właśnie one są jego wizytówką. Bogata aranżacja kompletnie zamazała przekaz. Postawiłem na dosadność i oszczędność słów, bo chciałem zostawić miejsce na jakieś eksperymenty z dźwiękiem. Cały czas miałem jednak z tyłu głowy, żeby nie przegadać tekstów i cyzelować dźwięki.

A jak to jest z pracą nad tekstem dosadnym i bardziej oszczędnym. Pracuje ci się nad nim łatwiej niż nad wymuskaną piosenką, czy trudniej?

- Nieporównywalnie trudniej. Mniej znaczy więcej, dlatego wielką sztuką jest umiejętność posługiwania się krótkimi formami. 

Na Facebooku widziałem, że składałeś ręcznie 100 kaset, które są gotowe do wydania. Jest już jakaś data ich premiery? Czy one w ogóle ukażą się w sprzedaży? 

- Zainteresowanie kasetami przerosło moje oczekiwania. Bardzo dużo osób zgłosiło chęć ich nabycia, dlatego część z nich rozdamy w konkursie na Facebooku, a jeśli zapytania będą pojawiać się nadal, wrzucimy je do obrotu sklepowego. Póki co wypuściliśmy limitowaną serię w ilości sto, oznakowaną przeze mnie specjalnie nabytą w tym celu ręczną wytłaczarką, która również jest patentem z minionej epoki. Abstrahując jednak od walkmanów, kaset i  innych około-muzycznych wątków, mam nadzieję, że to piosenki są siłą nowego albumu, i że to dzięki nim słuchacze go zapamiętają.


Dowiedz się więcej na temat: Leski | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje