Reklama

Reklama

L.U.C.: Wciąż wierzę w ludzi [WYWIAD]

"Mam wrażenie, że jeśli dziś ktoś nie ma dobrego teamu od algorytmów, to znika w cyberświecie. Widzę, że w branży muzycznej dobrze funkcjonują ci, którzy mają za sobą ogromne zaplecze IT" - L.U.C. opowiada nam o swojej nowej płycie, przebijaniu grubych murów i wchodzeniu do pałacu w... ubłoconych kaloszach.

"Mam wrażenie, że jeśli dziś ktoś nie ma dobrego teamu od algorytmów, to znika w cyberświecie. Widzę, że w branży muzycznej dobrze funkcjonują ci, którzy mają za sobą ogromne zaplecze IT" - L.U.C. opowiada nam o swojej nowej płycie, przebijaniu grubych murów i wchodzeniu do pałacu w... ubłoconych kaloszach.
L.U.C. /Karol Kacperski /materiały prasowe

Marcin Misztalski: Coraz częściej mówi się, że niedawny atak paniki w Seulu spowodowany był pojawieniem się celebryty w jednym z barów. Gdyby tak faktycznie było, to, co to mówi o ludziach?

L.U.C.: - Grubo zaczynamy. Trudno jest mi znaleźć dystans do wydarzenia, w którym ginie tak wiele osób. Na początku czułem smutek i współczułem rodzinom ofiar. Później przyszła do mnie taka refleksja... no, że jesteśmy takim "dziwnymi żyjątkami", które podążają w dziwnych kierunkach. Jesteśmy sterowani przez lemingi nakierowujące, czasem wpadamy w jakieś masowe paniki targani emocjami i nawzajem się zadeptujemy. Żebyśmy mieli jasność - nie chcę trywializować tej sytuacji z Seulu i robić z niej jakiegoś żartu, bo to olbrzymia tragedia, ale nie ukrywam, że bardzo często towarzyszy mi uczucie, że ludzkość jest jakąś pogubioną, chaotyczną masą podejmującą absurdalne decyzje. Z jednej strony indywidualna jednostka jest w stanie zrobić bombę atomową, a z drugiej - tłum rządzi się zupełnie innymi prawami i mechanizmami. Dodatkowo mam wrażenie, że żyjemy w jakimś cyrku, w którym znane osoby, traktowane są jak współczesne bóstwa, wywołując niesamowite i irracjonalne emocje.

Reklama

I - co gorsza - ci ludzie znają odpowiedzi na każde pytania. Poważne tematy są w stanie zamknąć w 3-minutowym filmiku.

- Świat nie jest prosty, ale ludzie poszukują prostych rozwiązań skomplikowanych problemów. Wynika to na pewno z tego, że ludzkość jest bardzo przebodźcowana i przemęczona. Z każdej strony atakuje nas ogrom informacji i pokus, często zupełnie nieistotnych. Lampka fomo miga jak rowerowa lampka. Społeczeństwa są zmęczone ciągłą gonitwą i nie mają czasu zastanawiać się nad światem, spojrzeć na niego z różnych stron. Być może to stąd popularność osób i infantylnych sposobów myślenia, o których mówisz. Ich odbiorcy biorą to, co im pasuje i zgadza się z ich światopoglądem - zamykają się w swoich bańkach iluzji i nie są gotowi na to, by ktoś zatrząsł ich wizją świata. Nie mają siły na konfrontację z własnymi przekonaniami.

Celebryci tłumaczą nam więc świat.

- W wielu przypadkach tak. Na szczęście jest też dużo zajawkowych osób, które mówią o tym, co ich interesuje i robią to czasem w świetny i niezależny sposób. Pamiętajmy, że duże koncerny mediowe też mają swój interes w przedstawieniu nam jakiejś wizji świata. Istny matrix. Myślę więc, że też pewną wartością jest możliwość poznania wielu wersji. Czy jednak mamy na to siłę i czas? Przeraża mnie współczesne rozmycie prawdy i dezinformacja. Smuci zaś ogromne zatarcie między artyzmem, a celebryctwem. Nie rozumiem, dlaczego chwalone są postaci, które nie mają żadnego wybitnego talentu albo misji dla ekologii czy społeczności. Przeciętne osoby, robiące przeciętne rzeczy są dziś sławne i pompowane do rangi ikon. Co gorsza, powszechne jest, że idolami są coraz częściej wielcy biznesmeni i osoby tworzące fortuny. Zatem nie ludzie, którzy poświęcają swoje życie dla pokoju na świecie, dla poprawy jakości życia, dla wynalazków, które mogą zapewnić ludzkości przetrwanie, ale ci, którzy konsumują, fundując swoim własnym dzieciom i wnukom bardzo niepewną przyszłość. Każdy kraj i ich celebryci są odzwierciedleniem danego narodu i jego poziomu na drabinie świadomości.

No to w takim razie, co mówią o nas ci krajowi?

- (Śmiech) jesteśmy na disco-polowym poziomie, no może plus 11. Według Hawkinga jesteśmy na poziomie ogromnej dumy. Wciąż jest w nas kultura sarmacka, chłopska i to też widać w naszej muzyce. Ale nie chciałbym być tak negatywny, bo mamy przecież świetnych malarzy, sportowców i aktorów, ale - patrząc na to z szerszej perspektywy - to mamy raczej taki ogólny Bayer Full plus (śmiech). Trochę się już rozwinęliśmy, ale jednak ziemiańska kultura nadal rządzi.

Młody polski tenor, Stanisław Napierała powiedział mi ostatnio, że wciąż mamy kompleksy Zachodu.

- To bardzo złożone i ciekawe zjawisko. Jesteśmy w trakcie wielkich przemian. Zwróć uwagę, że następuje niesamowita rzecz, bo np. Dawid Podsiadło jest w stanie zapełnić stadion w Warszawie. Takie sytuacje jeszcze do niedawna były zarezerwowane tylko dla zespołów z Zachodu. Nie było szans, by na stadionie wystąpił Polak. W takich liczbach przychodziliśmy na U2. Ta zmiana pokazuje, że potrafimy się bardziej doceniać i to jest piękne. To wielki krok. Ostatnio pojawiła się też informacja o Marcinie Dorocińskim, któremu notabene bardzo gratuluję, że zagra w dwóch filmach z serii "Mission Impossible". Ten wielki zachwyt w narodzie pokazuje z drugiej strony, że wciąż jest w nas ten kompleks. Ale on jest już sporo mniejszy niż jeszcze 20 lat temu. 

Są tematy chwytliwe - jak filmy, ale i takie, które przechodzą bokiem, a wydawać by się mogło, że nie powinny. Mam np. na myśli projekt, który kilka lat temu zrobiliśmy z muzeum hip-hopu w Nowym Jorku, a jego partnerem było ONZ! Prawie nikt w naszym kraju nie chciał o tym pisać. Nikogo to nie interesowało. Są wybiórcze tematy, które chwytają, ale sporo zostaje zepchnięte na boczne tory. Na szczęście jest coraz więcej Polaków, którzy już bez kompleksów tworzą na światowym poziomie.

Myślę, że projekt z muzeum hip-hopu przeszedł bokiem, bo Polacy chcą słuchać tylko rapu polskojęzycznego. No, chyba że mówimy o takich ksywach jak 50 Cent czy Kendrick Lamar.

- Nagraliśmy kiedyś kawałek z Grubsonem i nieżyjącym już kalifornijskim raperem Zion I. Włożyliśmy w to ogrom pracy i wysiłku i co się okazało? Teledysk po trzech latach od premiery ma zaledwie 140 tysięcy wyświetleń. My to widzimy. Ale to nie jest tylko u nas. W Hiszpanii czy w Skandynawii jest podobnie. "A co to za Polak? Co to za Szwed?" - pytano, kiedy rozkręcaliśmy Rebel Babel. Myślę, że to wynika z wielu elementów kulturowych, ale nie do końca to rozumiem, bo lubię tę dywersyfikację kultur, spotkania światów. Tyle że ja też wiem, że jestem odmieńcem i moje gusta i wizje rzadko pokrywają się z masowymi gustami. Lubię te wszystkie spotkania rymów, zbitek słów i dialektów.

To daje pewną świeżość, ale oczywiście interesuje to tylko nielicznych. Większość woli klasycznie, bez większych komplikacji (śmiech). Ludzie chcą słuchać prostych tekstów, najlepiej o hajsie. Hip-hop jest niesamowicie przesiąknięty takimi treściami. Niedawno odwiedziłem kilka festiwali hiphopowych i okazało się, że ze sceny niektórzy młodzi raperzy wręcz wołają na pożegnanie: "Elo, trzymajcie się i róbcie hajs". Nie to, że dbajcie o swoje rodziny, kochajcie się, nieście miłość, dbajcie o planetę, rozwijajcie świadomość, ale - róbcie hajs. Trochę przerażające, ale to dlatego, że ja pewnie już dziadzieję i zaczynam myśleć o ideałach dla mojego syna (śmiech).

Nie ma co ukrywać, tego hajsu w polskim hip-hopie jest coraz więcej.

- W alternatywnym hip-hopie, z którym romansowałem, nigdy nie było zbyt dużo hajsu. Opowiem ci anegdotkę - niedawno byłem na festiwalu w Płocku i pod hotelem, w którym spali raperzy, stały takie wypasione fury, że czułem się jak pastuch (śmiech). To była naprawdę plejada samochodów. Więc gołym okiem widać, że te pieniądze w branży są coraz większe. Dlatego dzieciaki chcą być raperami i dobrze zarabiać. Wiele albumów hiphopowych, które się dziś pojawiają, to nic innego jak zdeterminowane projekty biznesowe. Hip-hop jako biznesplan.

Jesteś artystą, który idzie pod prąd?

- To bardzo wyświechtane i zbyt proste powiedzenie. Piękno jest w prostocie, ale rozwój zawdzięczamy złożoności - to moja dewiza. Na pewno idę za głosem swojego serca. Czasem załapuję się na prąd, a czasem jestem przez niego mocno znoszony na szuwary pełne zmęczonych życiem śledzi.

"Idę za głosem swojego serca". To dopiero wyświechtane powiedzenie.

- Bardzo możliwe, ale tak naprawdę jest. Wiesz, to też nic wielkiego, bo ktoś może sobie teraz pomyśleć: "O jejku, ale on jest uczciwy i prawdziwy". Są momenty, gdy idę pod prąd, bo np. w 2007 roku zrobiliśmy z Rahimem krążek "Homoxymoronomatura", którym próbowaliśmy wprowadzać hip-hop do filharmonii i to było na maksa pod prąd. Do tego stopnia, że patrzono na nas jak na wariatów, którzy przyszli do pałacu w ubłoconych kaloszach. Później, gdy się rozwiodłem, pisałem piosenki o miłości i one załapały się na pewien prąd. Kawałki z "Reflekcji" były grane w wielu rozgłośniach, były odtwarzane w liczbach 20 milionów. Grałem też wielkie koncerty na halach z projektem 39/89 Zrozumieć Polskę, a potem gdy poniosło mnie z płytą nagraną samym głosem, grałem nagle dla 60 osób. Więc z tym bywa różnie. Czasami idę pod prąd, a czasami z nim płynę.

Jak się poczułeś, gdy jednego dnia grasz na festiwalu filmowym, a na drugi w klubie dla kilkudziesięciu fanów?

- No nie ma co ukrywać, czułem się bardzo źle. To był dla mnie szok. Straciłem trochę na różnych płaszczyznach, także finansowych. To była brutalna lekcja tego, czym jest rynek muzyczny. Tutaj nie ma żartów. Nie miałem takich menedżerów, którzy by mi doradzili, w który projekt pójść, a który odpuścić. A może nie umiałem słuchać. Na szczęście sobie poradziłem z tą sytuacją.

Mówisz o tym nieudanym wejściu z hip-hopem do filharmonii. Mija kilkanaście lat i mamy Miuosha, który występuje z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia.

- Mówiłem o płycie "Pyykycykytypff", która jest nieco za dużym wariactwem. Jeśli chodzi o "Homoxy", które było pierwszym w Polsce projektem łączącym hip-hop i trip-hop z muzyką smyczkową i klasyczną to po części było to nieudane - polegliśmy. Ale z drugiej strony zrobiliśmy coś jako pierwsi i to daje fun. Finalnie udało nam się zagrać w Capitolu czy Filharmonii Łódzkiej. Dziś wiele osób grało już z orkiestrami. To żadna nowość. 15 lat temu było to dla mnie marzeniem. Mam świadomość i pogodziłem się z tym, że robiliśmy coś za wcześnie i przebijaliśmy grube mury, więc, jak to w życiu bywa, splendor spływał na innych. Ale okej - akceptuję to. Jestem bardzo szczęśliwy z miejsca, w którym się znajduję. Mam fanów, rodzinę, zdrowie, pasję. Każdy ma swoją drogę. Dostaliśmy też "Paszporty Polityki" i inne nagrody za tamte pionierskie rozwiązania, więc nie czuję się niedoceniony. A jeśli chodzi o Miousha... On był jeszcze młodzieńcem, gdy nagrywaliśmy u niego z Rahimem wokale na płytę "Homoxy". Pamiętam, jak bardzo jarał się tym projektem. To więc chyba naturalne, że też rozwija się w tym kierunku. Im więcej fajnych projektów w Polsce tym lepiej.

Masz poczucie, że twoja popularność jest dziś w dużym stopniu uzależniona od algorytmów?

- Mam wrażenie, że jeśli dziś ktoś nie ma dobrego teamu od algorytmów, to znika w cyberświecie. Widzę, że w branży muzycznej dobrze funkcjonują ci, którzy mają za sobą ogromne zaplecze IT. To ewidentne. Nie ma co się złościć, takie są czasy. Albo się to akceptuje i w to wchodzi, albo się znika w tej całej magmie.

Mimo tego wszystkiego, co mówisz na płycie - czujesz się dziś wolnym człowiekiem?

- Ograniczenie mojej wolności następują poprzez jakieś dziwne decyzje ekonomiczne polityków oraz przez media. Podam ci przykład. Byłem kilka lat temu na Florydzie w absolutnie rajskim, bezproblemowym i wolnym miejscu. Wydawało mi się, że byłem odcięty od dołujących wiadomości z Polski. Nie czytałem portali newsowych, ale informacja o morderstwie prezydenta Adamowicza dotarła do nas poprzez Instagram. Wystarczy, że wezmę do ręki telefon i automatycznie jestem wciągnięty w tę całą machinę. Pomimo rajskiej scenerii popadliśmy w bardzo depresyjne nastroje. Później sobie pomyślałem, że będąc nawet na końcu świata, nie jestem w stanie uciec od tego, co dzieje się w naszym kraju. Kiedyś taka informacja dotarłaby do mnie pewnie po kilku dniach. Dziś? W dwie minuty. Pod tym względem nie czuję się do końca wolnym człowiekiem. Ale generalnie tak, bo nie jestem uzależniony tylko od muzyki. Mam też zajawkę na nieruchomości, dzięki czemu nie muszę robić muzyki wyłącznie dla pieniędzy. Odpuszczając niektóre materialne pragnienia, mogę sobie pozwolić na nagrywanie płyty o tematach, które nie są popularne. Doskonale wiem, że ta płyta nie będzie hitem. To moje wołanie o przebudzenie i rozwój świadomości, odbudowę poczucia wspólnoty.

Zakończymy wywiad czymś pozytywnym?

- Pozytywnym przekazem są te zabawne memy, które sobie oglądamy wszyscy wieczorami (śmiech)... Wiesz, ja wciąż wierzę w ludzi, mimo że nie jest to łatwe. Czytałem niedawno artykuł, że Meta (amerykański konglomerat technologiczny - przyp. red.) ma coraz mniejsze dochody z reklam. Jeśli to prawda, to oznacza to, że ludzie odchodzą od social mediów i uświadamiają sobie, że to w dużej mierze iluzoryczna bańka i steryd FOMO wpędzający często w poczucie niedowartościowania. A może to był jeden z tych artykułów, które chcę przeczytać, by wierzyć w to, z czym będzie mi dobrze? Może podsunął mi go algorytm?

Wtedy byłbyś kolejną ofiarą Facebooka.

- No właśnie (śmiech). To świetne podsumowanie naszej rozmowy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy