Reklama

Hania Rani: Piękno, prawda i dobro [WYWIAD]

Hania Rani przygotowuje płytę w duecie z Dobrawą Czocher /Marta Kacprzak /materiały prasowe

Jak by nie zaklinać rzeczywistości, to nie patriotyczny heavy metal najlepiej promuje polską muzykę za granicą. Zamiast tego świat szaleje za polskim, zupełnie nie patriotycznym black metalem, rockiem progresywnym i muzyką klasyczną. To z niej wywodzi się Hania Rani, za którą, oprócz Anglików, Niemców, Rosjan czy Japończyków szaleją też Polacy. A przynajmniej tych kilkanaście tysięcy polskich słuchaczy, którzy kupili płytę "Esja" z 2019 roku, zapewniając jej status złotej.

"Jesteśmy przebodźcowani przez otaczającą nas, szaloną rzeczywistość" - mówi artystka. "W tym, co robię, dążę do wskazania drobnych detali, tych różnych "zwykłości", które dla mnie mają wielkie znaczenie. Ważny jest powrót do struktur, które uwrażliwiają nas pod względem sensualnym, dotykowym".

Hania Rani, czyli Hanna Raniszewska to klasycznie szkolona pianistka, kompozytorka i wokalistka, inspirująca się zarówno dziełami Chopina, jak The Beatles czy Radiohead. Podbiła serca słuchaczy muzyką czułą, subtelną, pełną... ciszy, opracowaną na fortepian ("Esja", nagrodzona trzema Fryderykami) oraz fortepian, głos, delikatną sekcję rytmiczną i elektronikę ("Home" z 2020).

Reklama

Podbiła też serca licznych wykonawców z kręgu ambitnego popu i muzyki elektronicznej, co zaowocowało współpracą między innymi z Melą Koteluk, Misią Furtak czy Kamp!. Została poproszona o przygotowanie ścieżki dźwiękowej do obrazów "xABo: Ksiądz Boniecki" i "Jak najdalej stąd", po jej muzykę sięgnęła reżyserka Małgorzata Szumowska.

Hania Rani właśnie wydała kompilację "Music For Film And Theatre", ale tematów do rozmowy jest nieskończenie wiele.

Zaklikanie w głowie

Jordan Babula, Interia: Przyznajesz, że w dzieciństwie i młodości ćwiczyłaś na fortepianie po 8-10 godzin. Co się czuje siedząc 10 godzin przy instrumencie. W jakim jest się stanie umysłu?

Hania Rani: - Na pewno nie wielkiego skupienia przez cały czas (śmiech). Nad tym zazwyczaj ubolewają profesorowie - że ćwiczy się bez sensu, bo niby tak dużo, ale skupienia brakuje. Nie umiem powiedzieć, co się wtedy czuje - ja to po prostu strasznie lubiłam. I prawdopodobnie nadal robię to, co robię, bo niesamowicie fascynuję się muzyką. Spędzanie czasu z instrumentem, odkrywanie jego możliwości, a także obserwowanie swojego rozwoju, rozwiązywanie pewnych zagadek, pewnych trudności rytmicznych - ja to uwielbiam. Wydaje mi się, że jest to kwestia jakiegoś zaklikania w głowie - niektórzy po prostu mają do tego pasję.

Czyli to nie było 10 godzin nieustających ćwiczeń?

- Nie. Stricte ćwiczenia, technicznego i wymagającego ogromnego skupienia, była jedna-dwie godziny, a powinno być dużo więcej. A ja po prostu grałam utwory, które kochałam i którymi się fascynowałam - i nadal fascynuję. To tak, jakbyś miał pod palcami wszystkie swoje ulubione zespoły. Pewnie byś grał przez cały dzień.

Czy współcześnie dużo ćwiczysz?

- Staram się, bo bez tego nie ma rozwoju, a ja chcę wciąż poszerzać swoje możliwości. Jeśli stanę w miejscu, przestanę robić ciekawą muzykę. Poza tym w tym fachu bez tego nie ma pewności na scenie i w komponowaniu. Teraz mam mniej czasu na ćwiczenie i już po trzech dniach czuję to w rękach, a przede wszystkim w głowie. Od razu jest tysiąc razy większy stres podczas koncertu czy próby bo czujesz, że coś "nie chodzi" tak jak powinno. Potrzebne jest połączenie z instrumentem, świadomość ciała - to nie są oddzielne światy, a jedno uniwersum.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o Hani Rani, nie byłem pewien, czy chodzi o artystkę polską, czy zagraniczną. Miałaś to na celu, wybierając sobie pseudonim?

- Rzeczywiście podobało mi się, że to imię i nazwisko jest łatwe to przyswojenia dla każdego, nie tylko w Polsce, ale też za granicą. Od początku bowiem bardzo chciałam, żeby moja muzyka "wydarzała się" w różnych miejscach, nie tylko w kraju. A przy tym trudno by mi było wybrać sobie jakiś wymyślony pseudonim. Hania Rani jest bezpiecznym wyborem, znalezienie czegoś zupełnie nowego byłoby dla mnie niezręczne.

Z drugiej strony "rani" to "zadaje rany" - co zupełnie nie pasuje do muzyki, którą tworzysz.

- Owszem, Rani ma konotacje tylko w języku polskim ale nie wiem, jak przyjmują mój pseudonim nowi słuchacze, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Jestem z nim już kilka lat, nawet moja mama korzysta z tego skrótu przy wszystkich swoich mailach - podpatrzyłam, że sama skróciła sobie to nasze długie nazwisko - i pewnie dlatego u mnie nie budzi to skojarzeń ze zranieniem. Ale może ma to jakieś zabarwienie, które jest ciekawe? Na pewno nie chciałabym nikogo ranić.

Od początku wiedziałaś, że będziesz próbować zaistnieć na arenie międzynarodowej?

- Było moim marzeniem, żeby pracować z ludźmi z różnych miejsc. Studiowałam za granicą dlatego znałam już ten sposób pracy i życia i odpowiadał mi. To gdzie trafia muzyka, jest bardzo mocno zdefiniowane przez wydawcę, management, agenta. Bardzo trudno jest przebić się pracując wyłącznie na polskim rynku. Nie dlatego, że twoja muzyka jest gorsza, tylko dlatego, że zagraniczny rynek wymaga osobnego doświadczenia pod względem managementu i agenta koncertowego, tak istotnych w biznesie muzycznym - bo przecież artyści zajmują się sztuką, ale strona biznesowa też jest i jest ogromnie ważna.

Jak się udało zaistnieć za granicą?

- Chyba głównie przez mój trzyletni pobyt w Berlinie, związany z moimi studiami w Hanns Eisler Musikhochschule. Nie chodziłam wtedy co prawda po wytwórniach zostawić demo, ale obserwowałam tamtejsze środowisko budując ważne dla mojej przyszłości połączenia. Zostałam zaproszona z moją przyjaciółką wiolonczelistką, Dobrawą Czocher na festiwal showcase-owy Eurosonic w Holandii, gdzie poznałam mojego obecnego menedżera. Z wytwórnią Gondwana Records (Portico Quartet, Go Go Penguins, Matthew Halsall) było z kolei tak, że niezwykle ją ceniłam już od kilka dobrych lat i rzeczywiście wysłałam do niej demo. I akurat się udało (śmiech).

Teraz będziesz z Dobrawą wydawać w wytwórni Deutsche Grammophon. Wyjaśnisz mi i czytelnikom, jak duża jest to sprawa?

- Kolega, który zajmuje się muzyką klasyczną, powiedział mi, że jesteśmy w gronie pięciu-sześciu Polaków, którzy kiedykolwiek nagrywali dla tej wytwórni i mowa tu o postaciach takich, jak Krzysztof Penderecki, Krystian Zimerman czy zwycięzca konkursu chopinowskiego Rafał Blechacz - więc po pierwsze, muzyka klasyczna, a po drugie, bardzo duże nazwiska. Los chciał, że te wytwórnia się rozwija i rozszerza swój katalog o muzykę filmową i taką "na pograniczu", jak nasza. Tak więc tak, to jest bardzo duża rzecz i dopóki ta płyta nie ukaże się w formie fizycznej, trudno mi będzie w to uwierzyć. To też jest myślę znak zmian, jakie dokonują się w wielkich wytwórniach - Deutsche Gramofon jest przecież odnogą Universalu. Ponadto okazuje się, że jesteśmy najmłodszymi kobietami-kompozytorami, które kiedykolwiek podpisały z nimi kontrakt.

Tworzysz muzykę przede wszystkim instrumentalną. Jest coś, co chciałabyś przekazać swoim słuchaczom, a czego nie ubierasz w słowa?

- Na pewno! To pewnie rzeczy nie do końca modne albo chodliwe, ale mi bardzo brakuje powrotu do prostych, podstawowych wartości. Piękno, prawda, dobro są mi bardzo bliskie. Nie tylko bycie szczerym, jak to się teraz mówi "z samym sobą", wydaje mi się, że to jest trochę za mało, że jest to powierzchowne. Dlatego w tym, co robię, dążę do ciszy, do wskazania drobnych detali, tych różnych "zwykłości", które dla mnie mają wielkie znaczenie. Jesteśmy przebodźcowani przez otaczającą nas, szaloną rzeczywistość i sądzę, że ważny jest powrót do struktur, które są bardziej subtelne, które uwrażliwiają nas pod względem sensualnym, dotykowym. Dlatego włączam się też w przygotowywanie różnych instalacji artystycznych, wydaję książki, które mam nadzieję przyjmują taką właśnie, uwrażliwiającą formę. Zanim zadam sobie pytanie "Jak?", chciałabym też wiedzieć "Po co?".

Pytam o przekaz również dlatego, że żyjemy w takich czasach, że dla niektórych Polaków twoja współpraca z firmą niemiecką może być antyreklamą.

- Naprawdę? Ja nie jestem w stanie nawet pomyśleć w takich kategoriach. Chcę być obywatelką świata w znaczeniu artystycznym ale też czysto ludzkim, a moja muzyka, na szczęście, mi na to pozwala. Utwory bez słów wykonuję od siódmego roku życia, od dzieciństwa znam świat, który eksploruje wszystkie kultury. Uczyłam się Bacha, Mozarta, Chopina i być może te droga edukacji zupełnie zatarła we mnie jakiekolwiek uprzedzenia. Nie tylko względem zachodu, ale i wschodu - grałam przecież też w Rosji jakiś czas temu i była to piękna przygoda, nie mówiąc o ich wielkim bogactwie kulturowym. Jeżeli to może być jakimś moim statementem politycznym - bo umknęło to mojej świadomości - to jak najbardziej mogę się pod tym podpisać.

Podróże także leczą z uprzedzeń?

- Podróżowanie to jest pewien luksus, czasami przypadek związany z pracą. Tymczasem uprzedzenia to osobna rzecz, która łączy się w mojej opinii przede wszystkim z edukacją, wrażliwością i empatią.

Mówisz, że i ciebie nie ominął internetowy hejt, choć na mniejszą skalę, niż wielu innych artystów.

- Mam wrażenie, że wśród moich odbiorców uprzedzeń jest mniej. Domyślam się, że jest to związane z moją muzyką i wartościami, które mnie interesują, a które nie będą interesujące dla każdego. Nie sądzę, żeby to co robię dotarło do mas, co mogłoby zaowocować dużym hejtem. A z drugiej strony muszę przyznać, że bardzo mało czytam komentarzy. Nie wchodzę w dyskusje, nie odpowiadam - chociaż to może być jeszcze gorszym zapalnikiem (śmiech). Szybko zapominam - powkurzam się przez chwilę, ale szybko mi przechodzi i nie biorę w tym udziału. Nie wiem, czy to ma sens w przypadku osób, z którymi nie mogę stanąć twarzą w twarz. Wirtualna wymiana zdań nie bardzo mnie interesuje.

Właśnie wydałaś album "Music For Film And Theatre", podkreślasz jednak, że to nie jest "nowa płyta". Dlaczego?

- Nie nazywam jej trzecią płytą solową, natomiast przedstawia ona mój dorobek w dziedzinach, które zazwyczaj są trochę niewidzialne w przestrzeni internetowej - zwłaszcza muzyka teatralna, która rzadko wychodzi poza teatr. A że moja wytwórnia lubi wypuszczać ładnie wydane winyle, to udało się taki prezent dla moich słuchaczy zrobić - który mam nadzieję zainteresuje też fanów muzyki filmowej. To mój osobisty wybór utworów napisanych od 2017 roku.

A jaka będzie płyta z Dobrawą Czocher przygotowana dla Deutsche Grammophon?

- Nasz debiut miał miejsce w 2015 i było to połączenie moich kompozycji z aranżacjami utworów Grzegorza Ciechowskiego i Republiki - więc to nie był debiut w takim pełnym znaczeniu. To, co wydarzy się jesienią, to płyta zupełnie autorska, skomponowana wspólnie z Dobrawą, nagrana na dwóch instrumentach, ale ułożona wielowarstwowo, ścieżki się na siebie wielokrotnie nakładają, momentami brzmienie jest niemal symfoniczne - dlatego też tytuł płyty jest "Inner Symphonies". Na pewno jest to muzyka mocno przestrzenna, aspirująca do muzyki ilustracyjnej. Bardzo dużo jest w niej również... czasu. Nagrywałyśmy ją w zeszłym roku, w maju, kiedy czasu miałyśmy dużo, nawet trochę za dużo. Gdy dziś słucham tej płyty, czuję, że ma w sobie oddech, który nie byłby możliwy, gdybyśmy nagrywały ją teraz.

Jeśli na swoich płytach śpiewasz, to posługujesz się językiem angielskim. Biorąc za przykład zespoły Rammstein i Sigur Rós, pochodzące z krajów, które są ci bliskie, nie miałaś pomysłu, żeby połączyć swoją muzykę z językiem polskim i go oswoić na świecie?

- Mój wybór jest stricte praktyczny - jest mi trudno śpiewać po polsku i mój głos nie brzmi w tym języku dobrze. To chyba jeszcze nie jest ten moment, szczególnie jeśli myślę o pisaniu tekstów. Ale jeśli mój głos dojrzeje do tych wszystkich innych samogłosek i spółgłosek, to to się pewnie wydarzy.

Za swoją debiutancką, solową płytę "Esja" dostałaś trzy Fryderyki...

- Jeszcze nie dostałam. Cały czas czekam na statuetki. Półka jest już przygotowana (śmiech) [rozmowa odbyła się jeszcze przed galą Fryderyki 2021 - przyp. red.]

... a ponadto złotą płytę, czyli nagrodę za sprzedaż 15 tysięcy egzemplarzy. Jak sądzisz, co zadecydowało o takim sukcesie kameralnego, fortepianowego albumu?

- To było duże zaskoczenie, nie sądziłam, że taka płyta przebije się przez trendy i mocno zarysowany charakter rynku polskiego. To, co się z nią stało, kojarzy mi się z albumem "Piano", przełomowym dla Leszka Możdżera. Który pomimo swojej filigranowości i bycia nagranym na jednym instrumencie, otworzył mu w najbardziej znaczący sposób karierę. I u mnie było tak samo. Nie spodziewałam się takiej popularności "Esji", tak jak nie spodziewałam się Fryderyków. Ta płyta w konkursie mogłaby się znaleźć w zupełnie innych kategoriach, tymczasem jako muzyka dotarła bardzo daleko. Mam wrażenie, że bardziej niż osobiście, cieszę się w imieniu tego gatunku muzycznego (śmiech). Zwyciężyło coś filigranowego i delikatnego - myślę, że między innymi dlatego ludzie na "Esję" głosowali, bo była tak inna w stosunku do całej reszty. Możliwe, że pomógł też ten - większy czy mniejszy - sukces za granicą. Przede wszystkim jednak myślę, że Polacy są bardzo wrażliwą publicznością. Biorąc pod uwagę Leszka Możdżera czy nasze wielkie zamiłowanie do jazzu w dawniejszym okresie, czy do muzyki filmowej, albo poetyckiej. Myślę, jest w nas sporo "wschodniego sentymentalizmu".

Po sukcesie "Esji" twoje życie zaczęło wyglądać zupełnie inaczej?

- Wiesz, ja zawsze zajmowałam się  tylko i wyłącznie muzyką: uczyłam, pracowałam przy festiwalach, pisałam fortepianówki do ZAIKS-u. Tych aktywności muzycznych jest bardzo dużo i można sobie będąc studentem, czy już po studiach, zawsze coś znaleźć. Ale rzeczywiście "Esja" otworzyła moją karierę na zupełnie inny poziom, mogłam skupić się już tylko na solowej karierze, komponowaniu i koncertowaniu. Przede wszystkim zaś ruszyłam po niej w długą trasę, pierwszy raz byłam aż tyle miesięcy poza domem, wędrując od jednego nieznajomego miejsca do drugiego. Tak więc dzięki "Esji" rzeczy zaczęły się wydarzać i skończyło się takie myślenie: a co będzie za miesiąc?

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Hania Rani | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje