Buzzcocks: Zawsze jest coś, przeciwko czemu można się buntować [WYWIAD]
Zespół Buzzcocks to legenda brytyjskiej sceny. W ramach trasy promującej nowy album "Attitude Adjustment" muzycy przyjadą na trzy koncerty do Polski. Steve Diggle opowiedział nam o płycie, początkach zespołu i o tym, czym teraz jest prawdziwy bunt.

Oliwia Kopcik, Interia Muzyka: Kiedy zacząłeś grać, miałeś około 20 lat. Wiedziałeś już wtedy, że robicie coś wielkiego?
Steve Diggle, Buzzcocks: - Tak, od pierwszej próby czułem, że to coś magicznego. Wiesz, kiedy wszyscy zebraliśmy się w jednym pomieszczeniu i przećwiczyliśmy te utwory, poczułem, że to coś wyjątkowego. Trudno to opisać pierwszego dnia, kiedy dopiero zaczynasz, ale była w tym chemia, która sprawiła, że czułem, że to coś niesamowitego.
I myślałeś, że 50 lat później nadal będziesz to robił? Że to będzie twoja praca?
- Nie, nawet w najśmielszych snach. Myślałem, że jeśli uda nam się zagrać kilka koncertów, to będzie wszystko, na co możemy liczyć. Nie można było patrzeć zbyt daleko w przyszłość. Było to coś w rodzaju: "Po prostu zróbmy to teraz", ale nigdy nie myślałem o tym jak o karierze albo że będę to robił przez lata. Nigdy nie planowaliśmy niczego w ten sposób. To po prostu tak się potoczyło. Nadal pamiętam, jak nagrywaliśmy pierwszą płytę, a potem minęło 50 lat i oto jesteśmy tutaj, kiedy myślę sobie: "Wow, gdzie ten czas się podział?" (śmiech). Kiedy tak o tym mówisz, wydaje się, że minęło dużo czasu, ale w pewnym sensie mam wrażenie, że zaczęliśmy w zeszłym tygodniu, a potem zrobiliśmy wszystkie te rzeczy i nagle jestem o wiele starszy i przebyłem całą tę drogę. To niesamowite, ale czas płynie szybko.
Nigdy niczego nie planowaliśmy, po prostu tak się stało. Okazało się, że jesteśmy w tym dobrzy. Ludzie kochają nasze piosenki, a publiczność przez lata była wspaniała, co podtrzymywało naszą energię. Nagrywasz jedną płytę, a oni czekają na następną, potem przychodzą cię zobaczyć... I tak to trwało przez wszystkie lata, aż do teraz.
Graliście z Sex Pistols, z The Clash, Nirvaną czy Pearl Jam, co oczywiście jest niesamowite, ale nazywają was też pionierami całej sceny muzycznej Manchesteru. Jak się z tym czujesz?
- Udzielałem ostatnio wywiadu i pytali mnie: "Zdajesz sobie sprawę, że jesteś legendą?", a ja na to: "Nie myślę w ten sposób, wiecie?" (śmiech). Ktoś inny mógłby tak powiedzieć, ale ja nie budzę się rano z takimi myślami. I nie sądzę, żeby ktokolwiek naprawdę tak myślał. Ale to wielki komplement, gdy ktoś docenia twoją pracę. Na początku graliśmy z Sex Pistols i oni też uwielbiali Buzzcocks. A my kochaliśmy ich. Później Nirvana pokochała nas, przyszli nas zobaczyć i zapytali: "Zagramy kilka koncertów?", więc zagraliśmy z nimi ich ostatnią trasę. Tak samo Pearl Jam - Eddie przychodził na koncerty, spędzaliśmy razem czas, a potem zagraliśmy z nimi trasę. Zainspirowaliśmy wiele późniejszych zespołów, takich jak właśnie Nirvana, Pearl Jam i inne. To naprawdę niesamowita rzecz. Nie planujesz tego i, wiesz, zaczynasz pisać piosenki i tworzyć zespół, a chwilę później grasz z tymi wszystkimi niesamowitymi ludźmi, którzy cię kochają. To wielki komplement, że uważali, że Buzzcocks są bardzo charakterystyczni i wyjątkowi.
A jesteś w stanie wybrać najlepszy moment w całej karierze? Na przykład to pierwsze nagranie, o którym mówiłeś?
- Było milion najlepszych momentów, naprawdę. Spotkania z fanami, którzy przychodzą na koncerty, to wspaniałe chwile. Występy na całym świecie to wspaniałe chwile. Spotkania z ludźmi, o których mówiliśmy, na przykład Sex Pistols czy The Clash… byłem ich fanem, tak samo jak oni byli naszymi fanami. Kurt Cobain też był wielkim fanem, spędzałem czas z nim i Dave'em Grohlem. Rozmawiałem też z Brucem Springsteenem, który też nas lubi, a w Las Vegas spotkałem Eltona Johna, który uwielbia Buzzcocks.
Nasza muzyka dotarła daleko, była bardzo wyjątkowa i indywidualna, myślę, że nawet bardziej niż Clash czy Pistols. Można usłyszeć nasz wpływ u wielu zespołów, które powstały później - mówię, na przykład, o zniekształconej gitarze i naszych riffach. Kiedy spotykałem tych wszystkich ludzi, jak Springsteen, Cobain, Elton John, Pete Townsend i wiele innych osób… Oni wszyscy kochają Buzzcocks. Myślałem: "Wow, nawet nie sądziłem, że o nas słyszeli, a kochają nas". To naprawdę wielki komplement.
Zawsze też muszę spytać, kiedy rozmawiam z kimś, kto ma taki duży przebój - nadal lubisz "Ever Fallen in Love" czy podczas koncertów myślisz "O Boże, tylko nie to, znowu"?
- To świetna piosenka i zawsze fajnie się ją gra. Nigdy się nią nie nudzę. Niektórzy znają nas dzięki tej piosence, ale prawdziwi fani znają wszystkie inne, albumy, całą historię. Bo pozostałe utwory są równie świetne. Nie sądzę, żeby akurat ten był bardziej wyjątkowy od innych, po prostu stał się popularny. Trzeba być wdzięcznym, że go mamy. Nie widzę jednak różnicy między graniem tej piosenki a graniem innych. Nie nudzę się żadną z nich, bo wszystkie są świetne. Poza tym, każdego wieczora gramy w innym miejscu, a kiedy grasz dla innej publiczności, utwór nabiera innego charakteru. Utwór ma inny klimat, inne brzmienie w zależności od publiczności danego wieczora, a następnego znów będzie brzmiał inaczej. To niby drobna rzecz, ale dla mnie osobiście sprawia, że utwór pozostaje świeży. Nie jest tak, że "Och, znowu gram ten sam utwór", ale rozumiem, o co ci chodzi, to dobre pytanie.
Oczywiście, to świetna piosenka, ale "Harmony In My Head", "Autonomy", "Everybody's Happy Nowadays", "Promises" - wszystkie są świetne na swój sposób. Po prostu traktuję to jako część całości. One nie nudzą, bo są dobrze napisane. To jedyne, co przychodzi mi do głowy. Gdyby były źle napisane, szybko znudziłoby nam się granie ich co wieczór.
Chciałabym jeszcze spytać o punk ogólnie, bo często mówi się, że dzisiejsza młodzież nie ma się przeciwko czemu buntować. Nie zgadzam się z tym, bo, po pierwsze, tuż za naszą granicą trwa wojna. Jest też jeden polski zespół, który stwierdził, że jesteśmy "pokoleniem walczącym o dopaminę".
- Zawsze jest coś, przeciwko czemu można się buntować. Na naszej nowej płycie "Attitude Adjustment" znalazł się utwór akustyczny zatytułowany "All Gone to War". Nie opowiada on o ludziach nieustannie walczących na wojnie, bardziej o ofiarach śmiertelnych wojny niż o samej polityce wojennej. Chodzi o to, dlaczego w wojnach ginie tak wielu niewinnych ludzi. To nie jest w porządku. To jest mój bunt przeciwko wojnom, ponieważ mamy je w Gazie, na Ukrainie, mamy je wszędzie. Ale jest wiele innych rzeczy. Nie zawsze można buntować się przeciwko rzeczom namacalnym, że widzisz, że musisz protestować, bo to jest złe.
Myślę czasami, że wszyscy jesteśmy tak naprawdę naszym krajem - twoje ciało, od stóp do głów. Jesteś prezydentem swojego kraju. Jeśli potrafisz być dobrym człowiekiem, jeśli wiesz, jak nawiązywać relacje z innymi ludźmi poprzez "swój kraj", to myślę, że jest to dobry punkt wyjścia. Musimy osiągnąć głęboką samoświadomość i poznać samych siebie. Bardzo ważne jest, żeby poznać siebie, zanim będziemy mogli kwestionować inne rzeczy. Żebyśmy wiedzieli, jak radzić sobie z innymi sprawami. Ale samo w sobie to jest jak osobisty protest - odnalezienie siebie, tego, kim jesteś i jak radzisz sobie z ludźmi na świecie. Jeśli potrafimy to osiągnąć, możemy nawiązać dobre relacje między sobą, zanim pojawią się w ogóle kwestie polityczne, związane z rządami itd.
Myślę, że musimy rozwiązać to sami, co samo w sobie jest aktem buntu. Nie chodzi tylko o zewnętrzne rzeczy, które idą nie tak. Chodzi o to, kim w ogóle jesteśmy? Dlaczego niektórzy ludzie nienawidzą innych, co ostatecznie powoduje wojny i wywołuje protesty. Nie zawsze bunt jest czymś namacalnym, ale jeśli jako osoba dajesz dobry przykład, czy to poprzez odwagę, piękno czy czyny, to jest to bunt. To coś współczesnego, ponieważ ma wpływ na ludzi. Nie zawsze trzeba być na barykadach i rzucać przedmiotami. Złożoność tego, kim jesteśmy, jest czymś, co należy odkrywać i buntować się przeciwko temu, ponieważ można stać się dziwną osobą, złym człowiekiem. Między innymi internet powoduje wiele problemów psychologicznych u ludzi, więc to są rzeczy, z którymi również musimy się zmierzyć.
Muzyka rockowa jest dobra, bo stawia pytania, otwiera umysł na różne rzeczy i pozwala nieco się uświadomić. Ale to jest nowa forma buntu - sposób, w jaki traktujemy ludzi w internecie i to, jak internet na nas wpływa. Płyniemy ku przyszłości, której nie da się kontrolować. Są tam fake newsy, ludzie wysyłają sobie agresywne wiadomości, straszne rzeczy. Niektórzy popełniają samobójstwo, bo byli prześladowani w internecie. To tak naprawdę coś w rodzaju cyberbuntu. Musimy to naprawić.
Rock'n'roll może kwestionować te rzeczy, ale może też nas łączyć. Zazwyczaj jego zadaniem jest kwestionowanie tego, co się dzieje wokół. Tak właśnie działał punk, rozglądając się i pytając poprzez piosenki: "Co to jest?". Na nowej płycie mamy też utwór zatytułowany "Heavy Streets", który opowiada o kradzieży telefonu na ulicy. Nie wiem, jak to wygląda u was, ale w Londynie to zdarza się bardzo często, więc to również znalazło się na naszym albumie. To kolejna współczesna kwestia. Na tej płycie piszę o takich rzeczach, o sprawach społecznych, które nas dotyczą i z którymi każdy na całym świecie może się utożsamić. Bo każdego dnia wiele osób pada ofiarą kradzieży telefonów.
Czyli "Attitude Adjustment" to dobra płyta dla tych, którzy chcą zobaczyć, czym teraz jest punk.
- Tak, dokładnie (śmiech). To poważna sprawa. Chodzi o wszystkie współczesne problemy związane z buntem. Kiedyś bunt był skierowany tylko przeciwko rządowi, teraz to są też inne złożone kwestie, takie jak kradzież telefonu albo przypadki dźgnięcia nożem na ulicy bez żadnego powodu. Było wiele przestępstw z użyciem noża, więc kolejna piosenka dotyczy właśnie tego. Ten album jest bardzo społeczny, to coś w rodzaju "punka społecznego". Jest tu wielu bezdomnych, więc jest np. piosenka o bezdomnej dziewczynie, która mieszkała przy wejściu do sklepu. Dziewczyna niestety zmarła. Przez lata musiała mieszkać w bramie. Dlatego ważne jest, aby zwrócić uwagę na te sprawy i poddać je pod dyskusję i debatę. Tak wygląda mój bunt w tej chwili.
Jest jeszcze jedna piosenka zatytułowana "Queen of the Scene", która dotyczy wszystkich tych reality show. Znasz je? Wszyscy są w jednym pokoju lub na "Love Islands" i tak dalej. Gdybyś przyleciała tu z kosmosu i oglądała telewizję, to pomyślałabyś: "Czy to właśnie robią teraz ludzie, siedzą w tych reality show i kłócą się między sobą? What the f*ck!?". Napisałem więc piosenkę "Queen of the Scene". Ci ludzie lubią być w centrum uwagi, kochają siebie, ale wszyscy żyją w dziwnym świecie. Wielu z nich wychodzi potem na zewnątrz i mówi, że bycie w tym programie zrujnowało mu życie. Pomyślałem, że to dość dziwne, że oglądamy tego typu rzeczy. O co w tym chodzi? Jest trochę zabawy, ale naprawdę, nie ma nic lepszego?
Wracając do trochę bardziej pozytywnych rzeczy - świętujecie teraz 50 lat na scenie. Zdradzisz, czego możemy się spodziewać po tych koncertach? Więcej starszych utworów czy nowego albumu, czy trochę tego, trochę tego?
- Bardzo trudno jest skomponować setlistę, bo mamy co najmniej 150 piosenek i zawsze znajdzie się taka, której nie zagrasz, a ktoś chciałby ją usłyszeć. Ale staramy się uwzględnić jak najwięcej utworów. Będzie wiele starszych klasyków, które ludzie znają, i kilka utworów z albumów, które ludzie lubią. Oczywiście nie zabraknie też kawałków z nowych płyt - z poprzedniej "Sonics in the Soul" i z "Attitude Adjustment". Fani kochają stare i nowe utwory. Nie może być tak, że zagramy koncert, na którym będą same nowe kompozycje, bo publiczność ich przecież jeszcze nie zna. To sprawia, że niektórzy mogą poczuć się wykluczeni. Dlatego postaramy się zaprezentować całą naszą historię, oczywiście na ile to możliwe. Czekamy na to, bo między zespołem a publicznością zawsze jest wiele emocji, ta magia, to podekscytowanie… to zawsze jest wspaniała rzecz.
Zagracie trzy koncerty w Polsce, więc nie mogę się powstrzymać od zadania tego pytania - czy coś przychodzi ci do głowy, kiedy myślisz o naszym kraju?
- Jem dużo buraków (śmiech). Poza tym, w domu obok mnie mieszkali Polacy, którzy właśnie wrócili do Polski, więc kojarzy mi się również z nimi. Ale nie mogę się doczekać przyjazdu, bo byliśmy tam tylko raz, około 20 lat temu. Chyba byliśmy wtedy w Warszawie. Nie mogę się więc doczekać powrotu. Miło będzie zobaczyć, co fani myślą o nas teraz i być tam po tych wszystkich latach.
I koniecznie musisz spróbować pierogów (śmiech).
- Na pewno spróbuję! Brzmi świetnie. Uwielbiam takie rzeczy.
Jeszcze na koniec, nieco filozoficzne. Gdyby cały świat cię słuchał, co byś powiedział?
- Gdyby cały świat mnie słuchał? Zostańcie w łóżku, nie wstawajcie (śmiech). A poważnie... Kiedy miałem 17 lat, miałem wypadek samochodowy, w którym zginął mój najlepszy przyjaciel, a ja ledwo uszedłem z życiem. Uderzyliśmy w stację benzynową, wszystko powinno było wybuchnąć. Przeżyłem. Ale widziałem, jak umiera mój przyjaciel, i pomyślałem: "Znam znaczenie śmierci, więc teraz znam też znaczenie życia". Kiedy zdajesz sobie sprawę, że umrzesz, możesz żyć. Każda chwila jest cenna. Musisz żyć chwilą. Wiesz, nie ma jutra. Kiedy przeszłość minie, to koniec. Musisz żyć tu i teraz.
Tak bym powiedział: musisz być wdzięczny za każdą chwilę. To magiczny świat, nawet z tymi wszystkimi problemami. Musisz żyć chwilą, bo zanim się zorientujesz, już cię nie będzie. Proste, ale prawdziwe.









