Reklama

Reklama

Szczyl "Polska Floryda": Tak się rozgrywa debiut [RECENZJA]

W młodym pokoleniu raperów narzekacie na brak stylu, kopiowanie tych samych patentów i bity tworzone jak od kalki oraz wypuszczenie składanek złożonych z luźno powiązanych numerów jako pełnoprawnych albumów? Debiutancka płyta Szczyla jest remedium na wasze bolączki.

Okładka "Polskiej Florydy" Szczyla

21-letni Szczyl jest raperem zdecydowanie odróżniającym się od większość swoich rówieśników, którzy wchodzą w tej chwili do głównego nurtu. Bliżej niż do trapowych wpływów Atlanty pod kątem flow jest mu do zachodniego wybrzeża. Zachrypnięty, charakterystyczny głos wypluwa niespiesznie głoski jakby słońce z kalifornijskich plaż przepaliło mu strony głosowe. Ale po chwili wyrwie cię z tego skojarzenia, sprawiając wrażenie, że gdyby nie wpływ frazowania pochodzącego z Nowego Jorku Fabolousa na rap, mógłby brzmieć inaczej.

Przechodząc na polskie podwórko: to blisko tego, co prezentują Kuba Knap czy Numer Raz, ale jednocześnie jest na tyle autorskie, że nazywanie go bezpośrednim spadkobiercą stylu wspomnianych raperów jest sporym nadużyciem. Może ta nawijka jest mało efekciarska, pozbawiona fajerwerków, ale na tyle charakterystyczna i stojąca twardo na własnych nogach, że kiedy Szczyl pojawia się przy mikrofonie, zawsze wiesz, że to on. Solidny - to chyba najbardziej odpowiedni przymiotnik, jakim można określić rapera.

Reklama

A co z tekstami? Znaczna część wersów może wydawać się trywialna i stanowić zaledwie wypełniacze. Ale Szczyl niejednokrotnie zaskakuje zgrabnym wersem czy nietypową obserwacją malującą w głowie obrazy, co zdradza o wiele większą wrażliwość liryczną niż może się z początku wydawać. Tak jak wtedy, gdy w singlowym "Hiphopkrycie" rzuca "Chowamy się po bunkrze z poduszek/Ja i moja siostra kontra świat ludzkich złudzeń" lub w "Cieniu" nawija "Wnętrze mam mroczniejsze niż winkle na Oruni".

Brzmi to jakby raper nie chciał zalewać słuchacza ciągami skojarzeń i celowo się ograniczał, stawiając na klarowność przekazu i komunikatywność. Jego głos nie zawsze jest w tym sprzymierzeńcem, bo zdarzają się miejsca, w których trzeba dość mocno się wsłuchać, by zrozumieć, jakie słowa skrywają się za chrypką. Ale przy jednoczesnej precyzyjnej kontroli warsztatu - wszak raper doskonale wie, kiedy podśpiewać, kiedy zwolnić, kiedy przeciągnąć wers, a kiedy polecieć w offbeat - wiemy, że chodzi tu przede wszystkim o jedno: o muzykę.

Wszystkie dotychczasowe akapity zapowiadałyby płytę zaledwie dobrą, ale absolutnie nie wbijającą się do czołówki roku. Dlaczego więc jest inaczej? Dlaczego "Polska Floryda" to czołówka tego kraju w kategorii rapowej? Cóż, perfekcyjna reżyseria albumu w połączeniu z dbałością o produkcję to coś, co pozwala uwypuklić wszystkie zalety stylu Szczyla i nie nudzić się ani przez chwilę. To płyta, która nie stoi tyle pojedynczymi numerami, co całością, na jaką te się składają. To rzadkość.

Przeskakujemy między różnymi klimatami. Rozpoczynającym album "Hiphopkryta" na bicie Magiery to wspaniały hołd dla rapu na ciętych, soulowych samplach. Wyprodukowany przez kolektyw nolirycs (autorów większości podkładów na płycie) "Cień" inkorporuje post-punkowe klimaty z absolutnie fascynującym efektem - o wiele lepszym niż u próbującego również romansować z tym gatunkiem Deysa, który był jednak zbyt rozchwiany, a przez to nieudolny warsztatowo (i zwyczajnie fałszujący), by dać się traktować na poważnie.

Bit do "Fenomenalnie" mógłby zasilić płyty podziemnych klasyków z zachodniego wybrzeża pokroju The Pharcyde czy Souls of Mischief, a "Wielkie Miasta" uderzają wyrazistymi bębnami jakby producenci urodzili się na Bronxie.

Kubi Producent w "Bang" proponuje bębny z 808-ki i sfuzzowany bass. Jestem pewien, że ekipa Cash Money chętnie wydzierałaby mordy do tego bitu jeszcze kilkanaście lat temu. Ba, nawet taki "Tupet", który wydawałoby się, że ma przesłodzony sampel nie do uratowania, ostatecznie cieszy wyrazistą sekcją rytmiczną i przestrzennością. A kończące płytę "Szczyle mają w łapach cały świat" chętnie spogląda w kierunku nowoczesnych i przestrzennych klimatów brainfeederowych - jakby za bit odpowiadał Onra lub Tokimonsta, wcale bym się nie zdziwił. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak przy takim przeskakiwaniu między klimatami udało się utrzymać spójność. To musi być magia.

To nie znaczy, że płyta z miejsca staje się idealnym klasykiem. Goście wokalnie w większości nie potrafią dotrzymać kroku gospodarzowi. A jest to o tyle zastanawiające, że obsada na kartce wygląda co najmniej intrygująco. Pezet skupia się na technicznym przeplataniu rymów i zabawami przyspieszeniami, z których niewiele wynika. Przy okazji nie osiąga takiego poziomu jedności z bitem jak Szczyl. Po świetnych zwrotkach gospodarza w "Cieniu" pojawia się gościnka o dużo mniejszej sile, nieradząca sobie zupełnie z tempem nadanym przez podkład i strasząca grafomańskimi zaciągami - tak, mówię tutaj o tym, co zaproponował Piotr Rogucki. 

Wybór Tymka do przystępnej "Anastazji" jest zrozumiały. A sam gościnny występ? Znośny, choć pewnie dużo lepiej by wypadł, gdyby przed nagraniem Tymek w końcu się wyspał zamiast próbować pobudzać kawą. Najlepiej za to wypada dialog ze stąpającą po podkładzie Agatką Mierzwą w emocjonalnym, choć jednocześnie bardzo delikatnym i mało napastliwym "Krzyku". To rzecz, którą zostawia się na playlistach na lata.

Szczyl nie musi bić się o miejsce najlepszego debiutu rapowego tego roku na rodzimym rynku - to człowiek, który ma już ten tytuł zapewniony. Czasu pozostało na tyle niewiele, że wątpię, iż ktoś będzie w stanie zepchnąć go niżej. Rzadko zdarza się debiutant tak wyrazisty i z tak dobrze poprowadzonym krążkiem przez całą jego przestrzeń. Jasne, gościnne udziały zawodzą, ale to niewielka skaza na tej jakże udanej pozycji.  

Szczyl, "Polska Floryda", Sony Music Polska

9/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Szczyl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje