Sarsa "Miało być jak w filmie": Wracamy do początków [RECENZJA]
Po ostatnich krążkach, jak "Runostany" i "*jestem marta", spodziewałem się, że Sarsa zadomowi się na dobre w polskiej alternatywie. Dość sprawnie balansowała pomiędzy rockiem, elektroniką, a momentami nawet post-punkiem (jak "balet" ze Zdechłym Osą), co wychodziło jej całkiem dobrze - czuć było, że ta muzyka rezonuje z nią samą. Znowu jednak dostaliśmy dziwną woltę w stronę radiowego popu, która brzmi po prostu sztucznie. A miało być jak w filmie…

Każdy chyba doskonale pamięta początki Sarsy, która szybko wdarła się na szczyty topowych radiowych polskich list przebojów. Później, po pandemii, nastąpiła znacząca zmiana w stronę eksperymentalnych i alternatywnych brzmień. Jak sama wspominała w wywiadzie dla Interii, po płycie "*jestem marta": "Cały czas jestem w tym procesie otrzepywania się właśnie z tych łatek, z tych masek i tego poczucia braku tożsamości, z tym, jak mnie świat widział, jak malował, a jak ja się w środku czułam, jako Marta". Ciężko nie odnieść wrażenia, że najnowszym krążkiem "Miało być jak w filmie" wracamy do punktu wyjścia.
Szukając pozytywów, trzeba docenić ten krążek za spójność, która od dawna była nieodłączną częścią wydawnictw Sarsy. Chociażby "Intro miało być jak w filmie" całkiem zgrabnie wprowadza nas w krążek i tytułowy singiel czy nawiązanie do "Jupitera" w "Awers i rewers". Natomiast tym razem okazało się to niewystarczające. Wydaje mi się, że gdyby pokazać Sarsie sprzed dwóch-trzech lat taki numer jak "Awantury" z powtarzanym w refrenie "Polećmy gdzieś sobie, tylko we dwoje, awantury na potem", to wątpię, by chciała się pod tym podpisywać. A tutaj takich radiówek jest więcej…
Warto jednak wspomnieć, że zdarzają się naprawdę dobre momenty. "HAPI" z gościnnym udziałem Kathii do takich jak najbardziej się zalicza. Słychać tutaj zamiłowanie Sarsy to tych bardziej klubowych, może nieco elektronicznych, brzmień. Do tego Kathia, która z pozoru mogłaby nie pasować do tak dynamicznych numerów, wypadła bezbłędnie - dobrze, że miała okazję wyjść ze swojej strefy komfortu i spróbować czegoś nowego. Oprócz młodej Poznanianki gościnnie pojawili się tacy artyści jak Wiraszko czy Marek Dyjak, jednak tutaj dostaliśmy tylko melorecytowane wtrącenie, które nie do końca pasowało do stylu ani "Jupiterów" ani "Pozytywki".
"Miało być jak w filmie" to krążek, który strasznie mnie rozczarował. Mam wrażenie, że cała chęć ugruntowania się w alternatywie, budowana przez dwa ostatnie krążki, została szybko odepchnięta na rzecz powrotu radiowego popu. Wiadomo, że nie mówimy tutaj o krążku bliźniaczym do "Zakryj" czy "Pióropuszy", natomiast jest to ogromny krok w tył - bez chęci eksperymentowania, próby osadzenia się w brzmieniu, który jeszcze dwa lata temu budował tożsamość Sarsy… Szkoda.
Sarsa "Miało być jak w filmie", Universal Music Polska
4/10








