Reklama

Reklama

Recenzja Marina "Love + Fear": Muzyczny aeroplan na autopilocie

"Love + Fear" to pierwsze pełnowymiarowe wydawnictwo po prawie czteroletniej przerwie w twórczości Mariny, która do tej pory występowała jako Marina And The Diamonds. Artystka wykorzystała przerwę od muzyki na podróże, zdobywanie nowych, cennych doświadczeń i poznawanie ludzi z najdalszych zakątków globu. Owocem tych duchowych poszukiwań jest wydany właśnie album.

"Love + Fear" to pierwsze pełnowymiarowe wydawnictwo po prawie czteroletniej przerwie w twórczości Mariny, która do tej pory występowała jako Marina And The Diamonds. Artystka wykorzystała przerwę od muzyki na podróże, zdobywanie nowych, cennych doświadczeń i poznawanie ludzi z najdalszych zakątków globu. Owocem tych duchowych poszukiwań jest wydany właśnie album.
Marina na okładce płyty "Love + Fear" /

Pamiętam moment, w którym Marina Lambrini Diamandis wydała swój debiut. Był to luty 2010 roku, a ja byłem przekonany o tym, że świat zyskał oto właśnie nową gwiazdę pop. "The Family Jewels" to był ogień, świeżość i znakomite piosenki. Niestety kolejne albumy Mariny do poziomu "jedynki" nawet się nie zbliżyły. Tym większą miałem nadzieję, że powracając po dłuższym odpoczynku, wokalistka na nowo odnajdzie w sobie pokłady energii i kreatywności. Niestety tak się nie stało.

"Love + Fear" podzielony jest na dwie osobne części, składające się z ośmiu utworów. Jak można łatwo się domyślić, dotyczą one miłości oraz strachu, dwóch najważniejszych i najbardziej zmuszających do działania - zdaniem artystki - emocji w życiu człowieka. Jeśli chodzi o tematykę tekstów, Marina zdecydowała się na odważny krok i zamiast śpiewać o udanych i nieudanych związkach przyjrzała się takim tematom, jak nierówności społeczne i płciowe, władza czy przemoc.

Reklama

Pierwszy numer na płycie i zarazem pierwszy singel "Handmade Heaven" to pełnoprawna popowa ballada autorstwa artystki, którą wyprodukował laureat Grammy, Joel Little (m.in. Lorde, Khalid, Sam Smith). Słyszymy w niej bliskowschodnie rytmy, pulsujący bas i łagodny głos Mariny. Niby wszystko jest tutaj na swoim miejscu, jednak kawałek ten nie wżyna się w serducho, tak, jak powinien. Bo o to przecież w balladach chodzi, prawda?

I właściwie ten zarzut bylejakości można wystosować do wszystkich piosenek, jakie znalazły się na "Love + Fear". Mocna i ekstrawagancka osobowość Mariny, która napędzała debiutanckie wydawnictwo, jest tutaj praktycznie niewidoczna. Zupełnie jakby wokalistka, zamiast wywijać swoim muzycznym aeroplanem najróżniejsze akrobacje, zdecydowała się na włączenie autopilota, który bezboleśnie i szybko doprowadzi ją do miejsca przeznaczenia. Może i jest to bezpieczna podróż, ale jakże nudna i bezbarwna.

Jeszcze roztańczony "Enjoy Your Life", oparty o instrumenty smyczkowe "Life Is Strange" i zagrzewający do walki "No More Sukcers" jako tako dają radę, ale reszta numerów nie przykuwa zupełnie niczym uwagi. Coś poszło nie tak też na poziomie produkcji. Gitary brzmią zbyt sterylnie, chórki giną gdzieś pod naporem warstwy muzycznej, bity są spłaszczone i pozbawione dynamiki, a o jakimkolwiek zniuansowaniu całości możecie zapomnieć.

Jestem pewien, że Marinę stać na dużo więcej. Musi tylko w swoją twórczość włożyć więcej uczuć i zaangażowania oraz dobrać do współpracy nowy zespół ludzi. Wierzę, że będzie jeszcze dobrze. Obym nie okazał się naiwniakiem.

Marina "Love + Fear", Warner Music Poland

4/10

PS Marina będzie jedną z gwiazd tegorocznej edycji Open'er Festival w Gdyni.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy