Reklama

Reklama

Me And That Man "New Man, New Songs, Same Shit, vol. 2": Imponujący gościniec [RECENZJA]

Trzeci album lżejszego projektu Nergala to kolejna okazja, by pokazać niedowiarkom kompozytorską sprawność naczelnego "satanisty" kraju nad Wisłą. Ze wsparciem tak imponujących gości, ta płyta nie mogła się nie udać.

Okładka płyty "New Man, New Songs, Same Shit, vol. 2" grupy Me And That Man

Wiele znaków zapytania pojawiło się po odejściu Johna Portera z Me And That Man (sprawdź!). W końcu projekt, mimo obecności w składzie innych rozpoznawalnych muzyków, sygnowany był przede wszystkim jako połączenie sił lidera Behemoth i byłego członka Manaamu. Muzycy po rozejściu się nie dali nam jednak okazji do ronienia łez zbyt długo: Porter we współpracy z Wojtkiem Mazolewskim (co ciekawe, odpowiadającym za partie basu na pierwszej płycie Me And That Man) nagrał wyśmienity album "Philosophia", a Nergal postanowił przejąć na siebie całość decyzji związanych z Me And That Man, wypuszczając przepełnione interesującymi, nieraz niezwykle kontrowersyjnymi gośćmi "New Man, New Songs, Same Shit, vol. 1".

Reklama

Słuchaczy, którzy ucieszyli się na niedawno opublikowaną informację o powrocie Johna Portera do grupy, muszę rozczarować - na płytę Me And That Man z jego udziałem będziecie zmuszeni jeszcze poczekać. "New Man, New Songs, Same Shit, vol. 2" to krążek pozbawiony wkładu Brytyjczyka. Co nie znaczy, że należy go sobie odpuścić. A zresztą, jeżeli pamiętacie "vol. 1", już to wiecie.

Oczywiście druga część "New Man, New Songs, Same Shit" nie jest żadną rewolucją w formule Me And That Man - cyfra jasno sugeruje kierunek nadany przez poprzednika. Gatunkowo to dalej album przepełniony brudnym bluesem i alternatywnym country oraz mrocznym folkiem, dzięki którym łatwo umieścić projekt Nergala chociażby obok płyt Nicka Cave'a.

W kwestii gości Nergal ponownie zadbał o to, by było różnorodnie. Tych jest o wiele więcej niż na poprzednim albumie, a wśród nich znajdziecie - znowu - prawdziwe tuzy. Tobias Forge z Ghost, ukrywający się pod pseudonimem Mary Goore, napędza westernowo surf rockowe "Under The Spell", które spokojnie można wyobrazić sobie na ścieżce dźwiękowej jakiegoś filmu Tarantino.

Pojawiła się Amalie Bruun, która jako Myrkur - ku uciesze wielu hejterów jej blackmetalowych wycieczek - w "Angel of Light" zaprezentowała folkową twarz projektu. Nie można nie zwrócić uwagi na niesamowicie klimatyczne, misternie zaaranżowane "Goodbye" z gościnnym udziałem Alissy White-Gluz, będące odpowiedzią na to, co by było, gdyby trip-hop wywodził się bezpośrednio z bluesa. Ba, jestem przekonany, że ambientowy mostek napędzany przez anielsko płynący śpiew wokalistki Arch Enemy będzie jednym z waszych ulubionych momentów tej płyty. Świetnie wypada także nisko osadzony, przesterowany blues rock w postaci "All Hope Is Gone" z gościnnym udziałem Blaze'a Bayleya (eks-Iron Maiden), Gary'ego Holta (eks-Exodus i Slayer) i Mantasa (współzałożyciela Venom).

Imponujący zestaw gości? Owszem - a jest ich jeszcze więcej. Bo co powiedziecie na Davida Vincenta z Morbid Angel w pachnącym alternatywnym country, nieco filmowym "Year of the Snake", w którym ciężkość krtani przepłukiwanej burbonem jest cudownie kontrastowana smyczkami? "Witches Don't Fall In Love" z Kristofferem Ryggiem to utwór pokazujący, że eksperymenty Ulver mogłyby bez problemu spoglądać w stronę kapeluszy chroniących przed południowym słońcem. Warto odnotować również udział Hanka von Hella - niestety, to prawdopodobnie jedna z ostatnich okazji, by posłuchać nowego utworu z udziałem wokalisty Turbonegro. Ten bowiem zmarł z nieznanych przyczyn w dzień premiery "New Man, New Songs, Same Shit, Vol. 2", co - na nieszczęście - tylko wzmacnia wydźwięk wyśpiewywanego przez niego tekstu.

Wybaczcie tę wyliczankę (a przecież nie wspomniałem o kilku innych ważnych postaciach świata gitarowego grania, które pojawiły się na tej płycie - cóż, odkryjcie ich udział na własny rachunek), ale bez niej trudno napisać recenzję nowej płyty Me And That Man. Szczególnie że to, co najbardziej imponuje to fakt, że rzucenie okiem na tracklistę sugerowałoby mocno składankowy charakter płyty, a mimo zaangażowanych w płytę postaci, otrzymujemy pozycję niezwykle spójną. Czuć tu twardą rękę gospodarza płyty, który zadbał o to, by goście grali na jego warunkach.

"New Man, New Songs, Same Shit, vol. 2" to płyta dopracowana w najmniejszych detalach. Nawet jeżeli dalej nie jest to formuła za specjalnie oryginalna, a inspiracja Cave'em nazbyt oczywista, to momentalnie czuć, ile pracy włożono w tę pozycję. I jestem w stanie nawet zaryzykować stwierdzenie, że z dotychczasowych płyt projektu to właśnie "New Man, New Songs, Same Shit, vol. 2" jest tą najbardziej okazałą.

Me And That Man, "New Man, New Songs, Same Shit, Vol. 2", Mystic Production

8/10 




Reklama

Reklama

Reklama

Reklama