Reklama

Reklama

Mata "Młody Matczak": niefenomenalny fenomen [RECENZJA]

Mało komu się to udało w tym całym polskim rapie. Mata wjechał nie tylko z buta, wyważył drzwi, a potem jak gdyby nigdy nic odjechał. Konkurencji oczywiście. Matczak wygrał swoim luzackim podejściem, nie mając przy tym szafy pełnej drogich ciuchów, wsparcia bardziej utalentowanych ziomków (i taty!), adlibów i rymów dla rymów z tych bardziej hip-hopowych rzeczy. Niemniej, po kilku miesiącach głaskania trzeba go wezwać na dywanik, ale wpierw należy go wysłuchać.

Okładka albumu Maty "Młody Matczak"

Oj, była podkręcona atmosfera przed "Młodym Matczakiem". Wielkie oczekiwania, potężne single i jeszcze mocniejsze liczby doprowadziły nie tylko do ogólnonarodowego poruszenia, ale i koncertu na stołecznym Bemowie oraz wielkoformatowego ekranu na Times Square, z którego Mata witał nowojorczyków. Niezła beczka, prawda? To tak luźno nawiązując do jednego ze szlagierów gospodarza.

Nie uchroniło to jednak przed ciężarem, jakim jest drugi longplay. Debiutanckie "100 dni do matury" było nie tylko powiewem świeżości na skostniałej i kręcącej się wokół tych samych tematów scenie, ale i co najmniej solidnym przywitaniem ze słuchaczem. Pełnym luzu i stylu, który udanie balansował pomiędzy mocną, chwytliwą treścią i hitowym potencjałem. 

Reklama

I tutaj jest podobnie - "Młody Matczak" w wielu momentach udanie kontynuuje to, co najlepsze było na debiucie, chociażby w refleksyjnym "Młodym bachorze (Outro)" (sprawdź!), gdzie Matczak pachnie baką, a nie Paco, czy owianej sławą "Patoreakcji" (sprawdź!) odbijającej piłeczki niedowiarków i rozstawiającej towarzystwo po kątach. Szkoda tylko, że między nimi jest tu masa wypełniaczy, które sztucznie zapełniają i tak już okazałą tracklistę.

Opowieści o samodzielności, wchodzeniu w dorosłość, mierzeniu się z sukcesem (co prawda z dala od zbijania sobie żółwi z właścicielami salonów z samochodami premium, ale na uwagę zasługują tu mniejsze, też drogocenne rzeczy: "kiedyś zwykły sandał, dzisiaj sandał Gucci"), miłosnych podbojach i baśniowych stanach. 

Są tu fani częstujący ziołem, wirus zabierający dwudziesty rok życia (wiecie, "covidowy small talk"), kanary pukające w szybę, Rutinacea i Scorbolamid, browar z limonką, lotniska w Londynie i ziomale na parapetówce. No i ten pół Grey, pół fuckboy w wersji licealno-studenckiej w postaci "Szmaty" (sprawdź!) czy "15,2 (Freestyle)" (posłuchaj!). Mata ucieka przy tym od szufladkowania, ale utracił też urok licealnego cwaniaka i uważnego obserwatora z ostatniej ławki.

Nie oznacza to jednak, że Mata nie zaskakuje i pokazuje skali swojego talentu. Podobać może się "SKUTE BOBO" (sprawdź!), pozornie kolejny niewiele znaczący numer o marihuanie, ale za to taki, w którym gospodarz popisuje się znajomością geografii i lokalnych przepisów, a także podsuwa pomysł scenarzystom dowolnego paradokumentu. Z dziadkiem też można zapalić grama, a to mogłoby doprowadzić do szału kilku polityków partii rządzącej i madki z OLX. Albo luźno rzucone "Codziennie mam Sylwester jak Stallone", które pokazuje, że prostota i prostactwo nie idą w parze.

Największy szacunek należy się jednak za numery bardzo osobiste, pełne celnych spostrzeżeń, bo każdy chciałby mieć w swoim repertuarze taką perłę jak "Żółte flamastry i grube katechetki" (posłuchaj!), a Macie ponownie udało się coś takiego stworzyć. Tak mocnego i świetnie napisanego numeru jak "67-410" (sprawdź!) w polskim rapie w tym roku nie było - gorzkiego, konfrontującego sławę i oczekiwania, a jednocześnie ukazującego przeciętnego człowieka z problemami (boskie "Podobno im dalej od metropolii, to tym więcej się mięsa kładzie na stoły / I tym jest większa proporcja ludzie - apteki i ludzie - kościoły").

Szkoda tylko, że za Matą nie nadążają goście. Popek, "kompletnie pijany robiący karierę" (sprawdź!), to tylko sympatyczny bonus do kolejnych portów lotniczych, podobnie jak ekipa GOMBAO 33. Pełen reminiscencji, zasmucony i wspominający Kanyego Westa Taco Hemingway przemija równie szybko co przechodnie na warszawskiej patelni, Quebonafide żali się, że gwiazda porno chce go puścić z torbami, ale za to Malik Montana zalicza jedno z lepszych wejść w karierze i po chwili kładzie świetne "Dzwoni papuga, ja nie mówię halo / Jest żydem, dlatego witamy się 'Szalom'". No i przy okazji promuje biały proszek, ten Chajzera oczywiście. Aha, White 2115 w "La la la (oh, oh)" też podobno tu jest, ale jest tak przezroczysty, że jego obecność trzeba dla pewności sprawdzać w creditsach.

O ile zróżnicowanie "100 dni do matury" - od oldschoolowych podkładów, przez akustyczne, szkole wygłupy, aż po nowoczesne, popowe brzmienie wypływające z głośników w sklepach odzieżowych - zwyczajnie mogło się podobać, to w przypadku "Młodego Matczaka" jest aż nadto... bezpiecznie i zwyczajnie. 

Okej, jest "2001" (posłuchaj!), które głaszcze indie rockowe duszyczki, czy godne Pi'erre'a Bourne'a, "pegasusowe" i kilkubitowe "SKUTE BOBO". Fenomenalne brzmi napędzane mocną perką "67-410", mokry sen hip-hopowców, którzy już nie poprawiają full capa, a spokojnie witają się z wyznawcami Drake'a. Rozpływa się "Szafir" (sprawdź!) chwytający wczesne TDE, a "IKEA (Intro)" (sprawdź!) podnosi poziom cukru, zwłaszcza wtedy, gdy wchodzi pianino. Trzeba docenić też "Blok" (posłuchaj!), który przywołuje dawne, połamane produkcje Timbalanda.

Ciężko nie docenić mocarnych singli, nawet hulającego tu i ówdzie "Kiss cam", całej tej otoczki wokół "Młodego Matczaka", genialnego "67-410", czy kilku pojedynczych wersów udowadniających talent Maty. Szkoda tylko, że lwia część tej błyskotliwości cierpi przez kaca, ginie przez beatową generyczność i beznadziejne skity. Ale i tak trzeba to sprawdzić, nie tylko z racji obowiązku czy jakiejś panującej mody na rapera, bo Matczak zaczął zamiatać, ale jeszcze nie skończył.

Mata "Młody Matczak", SBM Label

6/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje