Reklama

Mata "100 dni do matury": Bananowe songi, po prostu żywot mój [RECENZJA]

Największe klasowe cwaniaczki zamiast jechać na przedmaturalną wycieczkę do Częstochowy wybierają używki, alkohol i nagrywanie rapu. Nawet jeśli tak by było to... dobrze się stało.

Okładka płyty "100 dni do matury" Maty

Rzadko zdarza się, żeby polski hiphopowy debiut był tak szeroko komentowany przez wszystkich - nie tylko przez branżę, ale i artystów innych nurtów, politycznych publicystów, aż po serwisy informacyjne stacji TV. Swoje kilka groszy dorzuciły Krystyna Pawłowicz, Magdalena Ogórek i Karolina Korwin-Piotrowska, a Jarosław Jakimowicz wysyłał Matę do wojska. Sami przyznacie, legendarna już "Patointeligencja" (sprawdź tekst!) z buta weszła na salony. Dla jednych to najlepszy opis pokolenia, dla innych zwykły kawałek-tajemnica poliszynela, będący co najwyżej manifestem skacowanych, również moralnie, potomków klasy średniej.

Reklama

Błędem jednak by było odbieranie "100 dni do matury" (posłuchaj!), debiutu Maty, tylko przez pryzmat kontrowersyjnego singla. Podobnie jak w przypadku tych wcześniejszych: różowej, heheszkowej "Maty Montana" i "Schodków", przedstawiających najlepszą wersję rapera - licealnego ziomeczka, z którym można się zakumplować i iść na stację benzynową po hot-doga i fajki.

Pamiętacie "Korytarze liceum" Weny (sprawdź!)? Chyba najlepszy polski hiphopowy numer traktujący o reminiscencjach związanych z dawnymi, szkolnymi czasami. Mata poszedł krok dalej - na "100 dniach do matury" zebrał kilkanaście indeksów, wśród których nie tylko przedstawia w nienajlepszym świetle współczesną młodzież, ale również tworzy swoisty reportaż i pamiętnik z zabaw oraz nocnych eskapad. Co ciekawe, nawet w tym koncepcie, całkiem nieźle rozpisanym, nie odczuwa się, że pominięcie któregoś z kawałków powoduje wielkie straty. Każdy z numerów jest osobną historią.

Trzeba uczciwie przyznać, że, M-A-T, jak sam powiada to skrót od matoła (oj, na pewno nie!), potrafi pisać i spokojnie okupuje czołowe miejsce wśród tych nawijaczy, którzy dopiero od niedawna mogą legalnie kupić alkohol. Raz bawi się słowem (świetne "Mama mówi mi, "synu, be smart!" / A ja myślę o frytkach i stripsach"), gdzie indziej rzuci genialne w swojej prostocie "Nie chcę być polityczny, ale wszyscy zaczęliśmy jako korwiniści albo komuniści / Nie chcę być polityczny, więc nie powiem ci, czy wyrośliśmy, czy nie wyrośliśmy".

Trochę filozofii z przymrużeniem oka też się znajdzie - "Wypisano nam na tablicy prawdy uniwersalne / Nie wolno zabijać i dzielić przez zero / I chociaż rozumiem dlaczego / To nie rozumiem dlaczego". Dużo tu (auto)ironii, czasami autodissów momentami kontrastujących z dużą dozą pewności siebie (znakomita "Biblioteka trap" - sprawdź słowa utworu!). Pośród tych wersów kryją się dobre obserwacje, trochę jak bardziej zbuntowana i wyluzowana wersja Taco Hemingwaya, jednak bez kopiowania i oglądania się na innych. Po prostu w swoim stylu.

Mata bawi się dobrze, a kieliszek na odwagę nie jest mu potrzebny. Duma rozpiera rodziców, kiedy śpiewa piosenkę (sprawdź!) Leonarda Cohena (tak, coveruje "Hallelujah"), podczas gdy ziomeczki z klasy robią przy tym ze śmiechu. Popisuje się i robi z siebie klauna w "Macie Montana" i wychodzi mu to naturalnie. Takich fragmentów, nijak pasujących do "tradycyjnego" hiphopowego albumu, jest tu dużo, jednak szerzej pozwalają spojrzeć na rapera. Ten mimo wielu kontrastów, nagrał zaskakująco spójną płytę, która jest także dobrym przekrojem całej sceny.

Gospodarz odnajduje się w wielu klimatach. Rapuje na beatach takich, na jakich wyznawcy czterech elementów nigdy nie będą mieli okazji nawijać. I wychodzi mu to naprawdę nieźle - "Tango", "Wino Sangrita (s01e01)" i "Nero" to świetne i dobrze wykorzystane przez niego podkłady. Zgrabnie sobie radzi z soulquarianowym brzmieniem w wykreowanym przez Moo Latte "Piszę to na matmie", daje radę na downtempowych "Żółtych flamastrach i grubych katechetkach". W "Cafe PRL" robi lepsze Flirtini od tego, co Jedynak i Mentos zebrali na swoich kompilacjach.

Dla jednych bananowiec i pozer próbujący wybić się na swoim pochodzeniu, dla innych głos pokolenia i autentyczny raper, który robi swoje. I nie wiadomo co gorsze, bo Mata jest... Matą. Niepodrabialnym. Już nawet pomijając singiel, o którym najwięcej mówili ci, którzy z rapem wspólnego za wiele nie mają, to ten i tak wygrywa. Młody Matczak potrafi pisać, a pomysły na kawałki rodzą się między jedną a drugą imprezą. Bawi się patentami, ma niezłe ucho do beatów. Cwany, zdolny, na pewno nie leniwy, bo debiut naprawdę dobry, chociaż żart w postaci "GOMBAO 33" zrozumieć ciężko.

Mata "100 dni do matury", SBM Label

7/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Matczak | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje