Reklama

Reklama

Mariusz Duda "Interior Drawings": Na końcu czeka ulga [RECENZJA]

Mariusz Duda na zakończenie swojej pandemicznej trylogii proponuje płytę traktującą o innego rodzaju "lockdownie" - tym twórczym, wymagającym z chęci realizacji pomysłu. I choć kontynuuje ascetyczną ścieżkę z poprzednich dwóch pozycji tryptyku, porusza się zgoła innymi torami, czyniąc "Interior Drawings" albumem bardziej osobistym i przystępnym.

Okładka płyty "Interior Drawings" Mariusza Dudy

Mam wrażenie, że niesamowicie się powtarzam z tym stwierdzeniem, ale jestem pod niesamowitym wrażeniem płodności twórczej Mariusza Dudy. Już ponad półtora roku żyjemy w rzeczywistości pandemicznej, a w tym czasie muzyk wypuścił jedną płytę projektu Lunatic Soul oraz rozpoczął, a teraz właśnie zamknął trylogię pandemicznych albumów, podpisywanych swoim imieniem i nazwiskiem. Niezwykły wynik jak na tak krótki czas.

Z góry uspokajam wszystkich sceptyków: Duda w żaden sposób nie wykazuje objawów wypalenia się z pomysłów ani powtarzalności. Chociaż cała trylogia składa się na ogół z utworów mało ekspansywnych, introspekcyjnych, to poszczególne albumy podejmują nieco inne środki, a przez to naprawdę łatwo je odróżnić. Co więcej, "Interior Drawings" to płyta wyjątkowa na tle poprzedników z innego powodu: skupia się na tworzeniu, na tym, jakim obciążeniem dla psychiki potrafi być narzucony sobie reżim twórczy i ile wymaga poświęcenia oraz czasu.

Reklama

To ciekawe, że w zasadzie niemal instrumentalna płyta zmusza do zastanowienia się nad procesem kreacji. Bo czy faktycznie gonitwa myśli, rozrysowanie idei, marzenia o spokoju i przechodzenie przez kryzys warte są chwilowego uczucia szczęścia? Czy samoizolacja na własne życzenie w celu zrealizowania pomysłu, podczas którego przeżywa się ogrom zwątpienia i negatywnych emocji to faktycznie gra warta świeczki? To pytanie, na które Mariusz Duda nie da wam bezpośredniej odpowiedzi, ale na pewno pozwoli znaleźć tę satysfakcjonującą.

Szczególnie podoba mi się, jak gospodarz obdarza słuchacza wskazówkami - nazwą utworu sugeruje interpretację, po czym z dbałością rozrysowuje emocje na przestrzeni całego utworu. Zwróćcie uwagę chociażby na "How to Overcome Crisis", które nieustannie porusza się na sinusoidzie harmonii (wzmacnianej przez delikatny śpiew gospodarza) oraz próby uporządkowania chaosu. Brzmi to wyśmienicie.

Jeśli miałbym szukać gdzieś inspiracji, z których czerpał lider Riverside, postawiłbym na berlińską szkołę elektroniki z Tangerine Dream i Klausem Schulze'em. Przewijała się gdzieś w tle "Claustrophobic Universe", ale tu ma się wrażenie, że inspiracja ta jeszcze bardziej wyszła na wierzch.

Kiedy pojawiają się syntezatory, aż kipi z nich soczystością i niepowtarzalność analogowego brzmienia. Przewijające się arpeggia nie pełnią tyle funkcji melodycznej, co narzucają rytm - w takim "Prisoner by Request" ich motoryczność zapowiada bębny, ale te wychodzą na pierwszy plan co najwyżej na pewien czas. Dobrze słychać to również w "Almost Done", choć i tu spore zaskoczenie, kiedy w końcówce pojawiają się matowe bębny i utwór skręca dość niespodziewanie w stronę synthwave'u.

Drugim tropem, który przemawia w tle, są współcześni kompozytorzy muzyki filmowej oscylujący wokół minimalizmu i eksperymentujący z elektroniką. Takie spokojne, fortepianowe "Dream of Calm" z pewnością nie powstałoby bez utworów Philipa Glassa, Maxa Richtera czy Ólafura Arnaldsa. A jeszcze lepiej inspiracja wybrzmiewa to w rozpoczynającym płytę "Racing Thoughts" charakteryzującym się repetywnością, która daleka jest jednak od monotonii.

Trudno odpowiedzieć mi na pytanie czy to najlepsza płyta z trylogii. Na pewno sprawia wrażenie najprzystępniejszej w odbiorze, ale i najbardziej osobistej. I faktycznie, doskonale sprawdza się jako zakończenie pewnego etapu, bo "jasność" kończącego płytę "Temporary Happiness" przynosi zadziwiającą ulgę (szczególnie w porównaniu do tego, jakie uczucia potrafiło wywołać "Claustrophobic Universe"). Wszystko się udało, nie wiemy, co przyniesie przyszłość, ale możemy cieszyć się po prostu daną chwilą, niezależnie od tego, co dzieje się za oknem. I może dla takich momentów właśnie warto żyć?

Mariusz Duda, "Interior Drawings", wyd. własne

8/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL