Reklama

Reklama

Kruk i Wojtek Cugowski "Be There": Wykuty w kamieniu [RECENZJA]

Fanów hard rocka w naszym kraju nie brakuje. I to właśnie oni powinni zwrócić szczególną uwagę na najnowszą płytę zespołu dowodzonego przez Piotra Brzychcego.

Okładka płyty "Be There" grupy Kruk & Wojtka Cugowskiego

Kilka ostatnich wydawnictw grupy Kruk powstałych po 2010 roku jasno pokazują, że styl grupy jest już mocno ukonstytuowany. Deep Purple, Led Zeppelin, Black Sabbath, Whitesnake, Iron Maiden - to właśnie te legendarne bandy odcisnęły największe piętno na twórczości naszego polskiego mrocznego ptaka.

"Be There" nie zbacza z tych torów i jest kolejnym przejawem umiłowania zespołu do pewnej konwencji gatunkowej, którą śmiało można określić mianem szeroko pojętego hard rocka. Nie oznacza to jednak, że Kruk stał się zakładnikiem swojego własnego stylu, zapatrzonym ślepo w duchy przeszłości.

Reklama

Lider formacji Piotr Brzychcy co rusz nagina bowiem gatunkowe ramy, w których się porusza, tak, aby nabierały one intrygujących i pobudzających wyobraźnię kształtów. Ten doświadczony muzyk nie boi się także eksperymentować, stąd zaprosił do udziału w nagraniu najnowszej płyty Kruka Wojtka Cugowskiego, znanego przede wszystkim z zespołu Bracia. Panowie znają się zresztą od lat, słuchają podobnej muzyki i mają podobne artystyczne zapatrywania. O chemię między nimi nie trzeba było zatem się martwić, bo dobrze kumple zawsze się dogadają.

Album rozpoczyna galopujący, iście maidenowski - jeśli idzie o riff prowadzący i solówkę - kawałek "Rat Race". To bodaj jedyny tak "lekki" i beztroski kawałek na płycie. Już zaraz po nim wkracza bowiem dużo cięższy i poważniejszy "Hungry For Revenge" przywołujący ducha amerykańskiego hard rocka z lat 80.

Prawdziwym zaskoczeniem może być kolejny na trackliście niespiesznie rozkręcający się "Prayer Of The Unbeliever". Ten ponad 10-minutowy przyozdobiony partią pianina progresywny monument to wyjątkowej urody ukłon w stronę Pink Floyd i Axxis. Podobnej długości "To Those in Power" dryfuje z kolei w rejony Whitesnake, ale nie zabrakło tu również miejsca dla ocierającej się o perfekcję ekspresyjnej solówki Piotra Brzychcego, zagranej bardzo w jego łatwo rozpoznawalnym stylu. Kilka porządnych kopniaków po bebechach daje nam z kolei najostrzejszy na krążku "Made Of Stone", w którym Cugowski brzmi momentami, jak Chris Cornell (!).

Wojtek w ogóle w swojej roli sprawdza się znakomicie. Śpiewa melodyjnie, ale też potężnie, z charakterystyczną chrypką. Nie boi się przechodzić w wyższe rejestry czy porządnie krzyknąć. Klasa. Szkoda natomiast, że bardzo pozytywne wrażenie całości, psują dwa, przyznajmy się szczerze, słabe numery.

Mowa tutaj o bezpłodnym i zagranym na jedno kopyto "Invisible Enemy" oraz "Dark Broken Souls", który sam nie może się zdecydować, czy chce być kawałkiem heavy metalowym, gotyckim czy może jednak klasycznie rockowym. Wyjątkowo irytujące są tutaj wszechobecne klawisze, ścierające się niepotrzebnie z gitarowymi riffami. Dobrze, że na osłodę dostajemy przepiękny akustyczny numer tytułowy, w którym Cugowski dostaje okazję zaprezentowania w pełni wszystkich swoich walorów wokalnych.

Kruk po raz kolejny potwierdza, że ma potężny potencjał artystyczny i kapitał, z którego doskonale wie, jak korzystać. Muzycy zaufali wypracowanej przez siebie na przestrzeni lat formule i wycisnęli z niej, ile tylko mogli. Za to należą się im co najmniej słowa uznania.

Kruk & Wojtek Cugowski "Be There", Metal Mind Productions

7/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Kruk | Wojciech Cugowski | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje