Reklama

Reklama

Kanye West "Donda": Puk, puk, czy wpuścisz Yeezusa do serca? [RECENZJA]

Wyjątkowo długa gruba impra z ziomeczkami czy tylko podbijanie swojego wybujałego ego i spełnianie własnych ambicji? Oczywiście współpracownicy, mimo że część z nich jest kluczowa, schodzą na dalszy plan, a Kanye West klasycznie pompuje balonik. Tak bardzo, że w końcu musiał pęknąć.

Okładka płyty "Donda" Kanye Westa

Kanye West przekładał tę premierę, podgrzewał atmosferę. Organizował listening parties, by za chwilę zamknąć się na stadionie i próbować kończyć coś, co ciągle wydaje się niedopieszczone. Cóż, podobno niektórzy mogą trochę więcej, ale wobec nich trzeba też mieć większe wymagania. A "Donda" to nic innego jak wyrób czekoladopodobny z żelkami i kilkoma orzechami promowany przez najlepszych speców od marketingu.

Śmieszki Donatana, że don nie da (hehe, taka gra słów, rozumiecie?), można zignorować, bo Kanye na "Dondzie" daje aż nadto. I nie mam na myśli tu roztrzepania, własnej wizji i stylu. Bo kto jak nie on? Rządzi tu nieprzewidywalność jak na szkolnym przedstawieniu, liczba współtwórców jest tak rozległa jak zainteresowania Marcina Najmana, a mimo to i tak wielu z nich odgrywa w tej szopce co najwyżej rolę drzewa. Ktoś tam rzuci mało znaczącym refrenem, inny zawyje, kolejnemu zdarzy się dograć jakiś instrument. Ale mimo wszystko jest w tym coś fascynującego, bo nie wiadomo czego tak naprawdę się spodziewać nie tylko na wysokości kolejnego utworu, ale i za kilka sekund.

Reklama

Przeraża też rozmach. W czasach, kiedy hiphopowcy już nie chwalą się długością, albumu oczywiście, Kanye funduje prawie dwugodzinny maraton. I to niedługo po tym, jak jeszcze niedawno promował krótkie, trwające niewiele ponad dwadzieścia minut produkcje. Taki natłok sprawia, że ciężko jest przetrwać całość na jeden raz, więc lepiej dozować po kolei, wybierać co lepsze i wracać do własnego "the best of" później.

Peany w stosunku do matki, narcyzm, futurologia, aż w końcu miłosierdzie i duchowość, oczywiście z autotunem w rozsądnych ilościach. Jest rozstrzał tematyczny, trzeba oddać Westowi co westowe, tylko co z tego, skoro najwięcej show i tak kradną niektórzy goście. Wpada z wizytą Jay-Z, od lat w formie, i w "Jail" udowadnia, że potrafi sam sobie zrobić dobrze - "God in my cells, that's my celly / Made in the image of God, that's a selfie" - a przy okazji zadowolić kolegę: "Hova and Yeezus, like Moses and Jesus". Ciekawe, podobnie jak plejada Lilów (Baby, Durk i Yachty), a skoro i oni to i dla Younga się znajdzie miejsce. I słusznie, bo Thugger jeszcze nikomu poziomu nie zaniżył, a i swoim stylem wnosi dużo kolorytu.

Swoje robi też Travis Scott, Jay Electronica znów węszy spiski, a griseldowy chłód, który zapewniają Westside Gunn i Conway the Machine udowadnia, dlaczego to właśnie oni są na topie i chce ich każdy. Wesoło robi się za to w drugiej części "Jail", kiedy na chwilę pojawia się Marylin Manson próbujący asystować gospodarzowi w refrenie. Po co? Tego nie wie nikt.

Kanye znowu robi bardziej za project managera niż jednoosobową armię, hiphopowego Rambo, a jednocześnie osobę, która początkowo szkicuje, a potem finalnie dopieszcza całość. Pomagających za konsoletą i przy samplerach tu od groma, od stałych współpracowników jak Mike Dean, przez 88-Keysa, DJ-a Khalila, Boi-1da, aż po Niemca Shuko, który pracował z... Sokołem, co dawało nadzieję nie tylko na alternatywne wygrzewy, ale również pełne melodii i hooków numery. I niestety, ale wyszło co najwyżej średnio.

Drillujące "Off the Grid" brzmi jak zepsuta zabawka, napędzane organami "Keep My Spirit Alive" pokazuje jak nie powinno brzmieć połączenie gospelu z plastikiem "808's & Heartbreak" (tak przy okazji "Jonah" to powtórka z "Say You Will"), a "No Child Left Behind" mogło pozostać w jakiejś świątyni. Dowolnej, wedle uznania.

Ale grzechem byłoby też nie chwalić Westa za niektóre podkłady i wybory, a są tu momenty, które zasługują nie tylko na wzmiankę, ale i jego hall of fame. Wzorowy trap w "Hurricane" to miód na uszy, klubowy "Believe What I Say" nadaje więcej lekkości niż kolejne chórki Sunday Service Choir, czy nawet "Heaven and Hell" z wykorzystanym już w mainstreamie samplem z "Heaven and Hell is on Earth" 20th Century Steel Band musi się podobać. Opętaną basem "Junyę" też trzeba wpisać do notatnika.

"Donda" jest równie monumentalna co przebojowe "My Beautiful Dark Twisted Fantasy", ale w przeciwieństwie do niego nie rozumie co to przystępność. Szaleństwo do potęgi, ale mimo wszystko istnieje spójność w tym całym chaosie. Lekko nie jest, co za dużo to niezdrowo i to tak bardzo, że na koniec trzeba sięgnąć po trochę farmaceutyków. Dla wyznawców Yeezusa i dla tych, dla których liczy się długość, a nie figlarność.

Kanye West "Donda", Def Jam / Universal

5/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Kanye West | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje