Harry Styles "Kiss All The Time. Disco, Occasionally": dźwiękowy przepych, eksperyment i radość z tworzenia [RECENZJA]
W piątek, 6 marca, w głośnikach fanów na całym świecie po raz pierwszy wybrzmiało "Kiss All The Time. Disco, Occasionally". Długo wyczekiwany, czwarty solowy album Harry'ego Stylesa ledwie ujrzał światło dzienne, a już stał się jedną z najgłośniejszych premier roku. Czy słusznie?

Wszystko, czego spodziewałam się po Harrym Stylesie, legło w gruzach wraz z premierą płyty "Kiss All The Time. Disco, Occasionally". To album zdecydowanie za mało popowy, jak na gwiazdę popu, którą dawno temu go okrzyknięto; za mało elektroniczny, jak na oczekiwania zbudowane wizytami Stylesa w berlińskich klubach i na rave'ach; za mało gitarowy i intrumentalny, jak na komfortową twórczość Brytyjczyka, do której przyzwyczaił swoich fanów. Stwierdzenie "za mało" to jednak zupełne przeciwieństwo tego, co dzieje się na płycie. "Kiss All The Time. Disco, Occasionally" to kwintesencja dźwiękowego przepychu, eksperymentu, radości z tworzenia i ciekawości muzycznego świata. To coś, o co nigdy nie posądziłabym Stylesa, a przecież dawał znaki.
Jeszcze przed premierą krążka Harry zaserwował fanom przedsmak, będący - jak się teraz okazało - esencją całego nowego materiału. Pierwszym singlem promującym wydawnictwo został "Aperture" i myślę, że lepszej decyzji nie dało się podjąć. Wybór był nieoczywisty, ryzykowny, padł na ponad pięciominutową piosenkę, tak całkowicie inną od wcześniejszej twórczości Stylesa. Wywołał skrajne emocje wśród fanów, ale śmiem twierdzić, że ryzyko się opłaciło. Popowo-elektroniczna melodia, wywołująca chęć tańca i zabawy, epatująca radością ze wspólnoty i wdzięcznością za to, co się ma - to kwintesencja krążka tak innego od dotychczasowych, a jednocześnie tak doskonałego.
Bardziej oczywistym wyborem singlowym byłoby "American Girls", zajmujące pozycję numer dwa w trackliście albumu. I choć Harry nie poszedł na łatwiznę za pierwszym razem, zdążył ogłosić już, że ten właśnie utwór zostanie singlem jako drugi. Czy to błąd? Absolutnie nie. Piosenka jest jedną z najbardziej popowych na płycie i wydaje się, że muzyk puścił nią oczko do fanów wspierających go od samego początku. Brzmi, jakby w studiu, zamiast 32-letniego Stylesa, przy mikrofonie stanął 21-latek z długimi włosami i wyśpiewał tekst "American Girls", zaraz po nagraniu "Perfect" i "Hey Angel" z ostatniej płyty One Direction.
Utwór zaczyna się w sposób nieoczywisty - delikatnym pianinem, uderzającym jednak prosto w serce. Motyw ten skojarzył mi się z przeszywającymi dźwiękami "Fine Line", czyli jednej z najpiękniejszych piosenek w dyskografii Harry'ego. Bit, który wkracza już na pierwszej zwrotce, podbija melodyjny charakter kawałka, a po refrenie wiemy już, że powinniśmy wytańczyć wszystkie nasze smutki.
Taneczny charakter "Kiss All The Time. Disco, Occasionally" podbijają utwory, takie jak "Ready, Steady, Go!" czy "Are You Listening Yet?", których przy premierowym odsłuchu w życiu nie dopasowałabym do twórczości Brytyjczyka. W pierwszej z wymienionych króluje bas i funkowa energia. Przez kolejne linijki prowadzi nas perkusja, syntezatory wprowadzają niepokojącą atmosferę, a elektroniczna solówka na koniec dodaje do kawałka jeszcze jedną warstwę. Styles po raz pierwszy sięgnął po mocne efekty zmieniające głos, czyli mikrofon w stylu CB radia, kojarzący mi się przede wszystkim z Damanem Albarnem z Gorillaz. Powtarzane na koniec jak mantra słowa, wykrzyczane jakby przez stare radio, wprowadzają tu obłędny klimat.
W "Are You Listening Yet?" Harry sięgnął po melorecytację, co również nie jest oczywistością dla jego twórczości. Kolejna nowość, ale jaka dobra. Tekst to manifest - nawoływanie do rozmowy z samym sobą i podjęcia działania. "Jeśli musisz dołączyć do jakiegoś ruchu, upewnij się, że jest w nim taniec" - śpiewa wokalista, a taneczna melodia jedynie podkreśla wagę jego słów. Nie brak tu solówki gitarowej, która pojawia się w kulminacyjnym momencie piosenki i wylewa miód na moje serce. Nucona przed refrenem melodia z kolei sprawia, że pojawiają się ciarki.
Na płycie znalazło się miejsce dla mniej elektronicznych, bardziej popowych utworów, które mogą wpasować się w gusta fanów najlepiej wspominających starszą twórczość Stylesa. "Taste Back" to kawałek, w którym rządzi rytm perkusji. Jednocześnie jest komfortowy, mniej eksperymentalny, przez co nie wyróżnia się spośród pozostałych. Mimo to płyta bardzo go potrzebuje - jako pewnego rodzaju przystanku. Tekstowo to definicja żalu i złości, które przychodzą, gdy w naszym życiu znów pojawiają się osoby i historie z przeszłości. Słodko-gorzkie słowa są więc bardzo mocną stroną utworu.
"The Waiting Game" to chyba jedyny słabszy punkt albumu. Piosenka wlecze się nieubłaganie i sprawia wrażenie, jakby była wersją demo, a nie ukończonym kawałkiem. Króluje w niej irytujący dźwięk i choć melodia - nieco wolniejsza, wpadająca w rytm balladowy - pasuje swoim stylem do reszty albumu, powinna raczej wylądować w sekcji "odrzuty".
Niesmak nie pozostaje z nami na długo, ponieważ tuż po najsłabszej piosence na "Kiss All The Time. Disco, Occasionally" dostajemy absolutne arcydzieło, które śmiało można dopisać do czołówki najlepszych kompozycji Stylesa. Brawa należą się w szczególności Kid Harpoonowi, który jest producentem "Season 2 Weight Loss". Utwór to produkcyjny majstersztyk. Składa się na niego tak wiele warstw i pomysłów, że mogłyby one z łatwością posłużyć na motywy co najmniej dziesięciu innych, osobnych piosenek. Dźwięk w ekscytujący sposób rozchodzi się w panoramie i otacza cię z każdej strony. Na refrenie wybrzmiewa kilka głosów, pochodzących z chórków. Syntezatory, w połączeniu z perkusją, tworzą kwintesencję frustracji, która daje swój upust w tekście. Harry śpiewa o samotności, oczekiwaniach i wątpliwościach. Kończy utwór delikatnym "Mogłabyś być tutaj, w moich ramionach. Chcesz tylko kawałek, albo całkowicie nic", zostawiając mnie z nostalgią, ogarniającą całe ciało i rozedrganym sercem.
Harry zadbał także o ballady, a pierwszą z nich jest "Coming Up Roses", w której zaskoczył rozbudowaną sekcją smyczkową, na pierwszy rzut oka tak niepasującą do nowego albumu. Nie ma tu elektroniki - jest za to szczerość, wpasowująca się w klimat płyty. Skrzypce dają swój popis pod koniec piosenki, lecz nie tworzą podniosłej atmosfery. Melodia jest pogodna, dająca nadzieję. Doskonale dopełnia intymny i bezbronny obraz Harry'ego, uchwycony w tekście.
Tuż po poruszającej kompozycji przychodzi czas na jedną z najodważniejszych piosenek na płycie - "Pop". Nie sposób nie nazwać jej odpowiednikiem "Cinema" z "Harry's House". Wybuchowe refreny i głośne syntezatory wprowadzają euforyczną atmosferę i napędzają rytm tak, że wręcz trzeba tańczyć. To kulminacja retro disco i funku, podkreślonych solówkami na klawiszach. Podobnie jest z "Dance No More", które brzmi jak nagranie wyrwane z lat 70. Dźwięki rozbawionego tłumu w tle i motyw DJ-a pojawiający się w tekście, sprawiają wrażenie, jakby był to numer królujący na dyskotekach kilka dekad temu. Melodia nieco bardziej kołysze, mniej porywa do szalonego tańca, ale jest w tym jakaś niepowtarzalna energia. "Szanuj swoją matkę" - krzyczy na koniec Harry Styles, a ty już wiesz, że ten tekst nie wyjdzie ci z głowy przez kolejnych kilka dni.
Drugą balladą, którą Styles umieścił na "Kiss All The Time. Disco, Occasionally", jest poruszające "Paint By Numbers". Kompozycja, która nagle, zupełnie niespodziewanie ściąga cię z tanecznego parkietu i zostawia z refleksją oraz mimowolnie płynącymi po policzkach łzami. Tekst mówi o presji i trudzie związanym z życiem celebryty. Pada kilka nawiązań do Liama i choć wokalista ani razu bezpośrednio nie śpiewa o jego odejściu, pozostawił mnie z wrażeniem, że jest to utwór właśnie dla niego. Choć króluje tu smutek, melodia znów jest pogodna. Oparta na gitarze akustycznej, bardzo surowa, a jednocześnie sprawiająca, że uśmiechasz się przez łzy.
Album zamyka "Carla's Song", pozostawiając mnie z pytaniem, jak coś może być tak świeże i tak niedzisiejsze jednocześnie. To przepiękna kompozycja, dedykowana przyjaciółce Stylesa, która zainspirowała go, gdy czerpała ogromną radość z odkrywania nowych rzeczy. Dzięki niej piosenkarz znów poczuł, dlaczego chciał zająć się muzyką na początku swojej drogi. Jest tak inna od disco hitów, którymi wypełnione jest wydawnictwo, a jednocześnie tak potrzebna. To utwór-symbol, w którego dźwiękach ja doszukałam się obrazów słonecznego, wiosennego dnia; flary, która powstała na fotografii wykonanej pod światło; świeżych kwiatów wstawionych do wazonu i szczerego śmiechu przyjaciela.
"Kiss All The Time. Disco, Occasionally" to zbiór nowoczesnych, świeżych pomysłów, ukrytych pod płaszczykiem inspiracji latami 70. i 80. Choć wydaje się, że rządzi tu elektronika, house, taneczny bit, gdy wsłuchamy się głębiej, wciąż możemy wychwycić fascynację artysty żywymi instrumentami, gitarowymi riffami, dudniącą perkusją i tłustym basem. Niektóre dźwięki (słusznie) sugerują nam, że Styles nachodził się po kultowych klubach w Berlinie i osłuchał z zupełnie inną muzyką niż ta, z którą miał styczność do tej pory. Inne zaś pokazują, że pozostaje wierny swoim korzeniom i inspiracjom sprzed lat. Teksty wydają się abstrakcyjne - nic nie jest powiedziane wprost, a przekaz staje się uniwersalny. Mimo to w każdym z utworów czuć, że Harry włożył w nie masę serducha, część siebie i swojej intymności. Opowiada o radości czerpanej z poczucia wspólnoty, potrzebie miłości, a jednocześnie o smutku i wątpliwościach płynących z samotności.
Jest to krążek zgodny z tym, do czego zdążył przyzwyczaić nas artysta, a jednocześnie zaskakujący. Nawet przy którymś z kolei odsłuchu wciąż nie da się wyłapać wszelkich zabiegów, dźwięków i efektów, których zdecydował się użyć Styles. Wielowarstwowość to jedna z najważniejszych cech wydawnictwa. Wydaje się, jakby żadna z piosenek do siebie nie pasowała, a jednocześnie tworzą one wspólnie perfekcyjnie wyselekcjonowaną całość. Materiał sprawia wrażenie, jakby muzyk spędził nad nim nie kilka lat, a kilka dziesięcioleci. Jakby w jego zespole grało nie kilka, a kilkaset osób. Jakby pomysły wyszły nie tylko od niego, ale od całej ekipy doświadczonych artystów, przepełnionych miłością do muzyki.
Wokalista uparcie podkreślał w zapowiedziach, że zamierza oddać w ręce fanów płytę disco. Słuchacze zinterpretowali to na własny sposób, spodziewając się stricte klubowych rytmów, stworzonych "na jedno kopyto", bez większych popisów muzycznych. Sama dałam się omamić i z bólem serca czekałam na piosenki o jednolitym rytmie, w których brakować mi będzie organicznych dźwięków. Ostatecznie poprzeczkę powiesiłam tak nisko, że naprawdę łatwo byłoby ją przeskoczyć. Harry zrobił to jednak w sposób spektakularny, serwując album, który rozbudził we mnie ekscytację, ciekawość i pokazał zupełnie nowe oblicze muzyka, którego twórczość tak dobrze znam od lat.
Harry Styles, "Kiss All The Time. Disco, Occasionally", Erskine Records Limited i Columbia Records - 10/10









