Reklama

Dziarma "V": Przyszła królowa polskiego rapu? [RECENZJA]

Nowa odsłona Dziarmy predysponuje wokalistkę do objęcia tronu królowej polskiego rapu. To, co prezentuje na "V" w ramach przygotowań do rzeczy większych, zwiastuje, że przewrót może się udać.

Dziarma na okładce EP-ki "V"

Nie wiem, czy ktokolwiek kojarzy jeszcze Agatę Dziarmagowską z udziałem w programach typu talent show. Fakt jest taki, że o ile po występie w czwartej edycji "X Factora" podpisała kontakt z majorsem, tak kilka głośnych singli obracających się w EDM-owych klimatach ostatecznie nie przekuło się na żaden album.

Reklama

Ogromnym kopem dla obecnej pozycji Dziarmy był gościnny udział na albumie Adiego Nowaka w singlowym "Placebo" sprzed roku. W utworze tym wokalistka zaprezentowała się z zupełnie innej strony: w jej rapowym wcieleniu tkwiło dużo samoświadomości i pewności siebie, którymi to cechami mogła oburzać bardziej konserwatywnych odbiorców polskiego rapu przyzwyczajonych do patriarchalnego, szowinistycznego spojrzenia na świat. A jednak opłaciło się - z jej dobrze nawiniętej zwrotki biła również rzecz na wagę złota, czyli osobowość oraz niesamowite pokłady charyzmy.

Trudno powiedzieć czy wówczas nastąpił ten moment, w którym dopełniła się przemiana Dziarmy w postać, z którą obcujemy przy okazji "V". Na EP-ce wokalistka kontynuuje zresztą to, co zwiastowała w "Placebo": dużo tu prowokacyjnej seksualności, która może burzyć pruderyjnych słuchaczy, świadomości własnej siły i walki o swoją pozycję. Podobnie jak numer z Adim Nowakiem, cała pozycja osadzona została w nowoszkolnym rapie, a do tego zrealizowano ją z mniej lub bardziej oficjalnym wsparciem tuzów rodzimej sceny hiphopowej.

Przez to można powiedzieć, że Dziarma staje się taką rodzimą odpowiedzią na Nicki Minaj, która też miała swoje romanse z elektroniczną muzyką taneczną, by ostatecznie pokierować swoją karierę zdecydowanie bliżej rapu. Owszem, ktoś mógłby się czepiać o kreację, autentyzm, ale czy w dzisiejszych czasach ma to jeszcze jakikolwiek sens? Grunt, że muzyka broni się nad wyraz dobrze.

Co ważne, Dziarma nie postrzega siebie jako raperkę, tylko wokalistkę używającą rapu jako formy. Słowa te brzmią jakby należało przymknąć oko na niedostatki, ale na szczęście za bardzo nie trzeba tego czynić. Zgrabne przechodzenie z rapu do śpiewu, przenikania ich ze sobą to jedna z największych zalet zwrotek autorki "V".

Wrażenie robi już otwierający pozycję "Plik", w którym Dziarma brzmi niczym żeńska wersja Oskara z PRO8BL3M-u. Kiedy w "Liczi" rapuje "Obdarte kolana niosą nas na pralkę w końcu/winyl na trzydziestu trzech obrotach, pralka na tysiącu", a następnie wchodzi na wyższe rejestry, słychać, ile pracy zostało włożone w ten kawałek. Potrafi sobie również poradzić z afrotrapami w "Demonach", gdzie przywołuje echa późnej twórczości Rihanny (szczególnie w refrenie) i wie doskonale, jak przekuć ten karaibski, brudny sznyt na przebojowość.

Wrażenie psuje jedynie zamykające EP-kę "BO$$ B!TCH", w którym próba rapowania w bardziej tradycyjny sposób zdradza, że jeszcze jest nad czym popracować: Dziarma sprawia tu wrażenie nadmiernej goniącej bit i akcentującej w sposób ukazujący brak doświadczenia. Spokojnie, całe okiełznanie przyjdzie z czasem - w tej chwili Dziarmagowska i tak jawi się jako jedna z lepszych warsztatowo raperek na polskiej scenie. 

A co z produkcją? To, że pod znakami kanji kryje się duet producencki The Returners, a pieczę nad Dziarmą w roli szarej eminencji projektu objął Steez z PRO8BL3M-u zwiastuje, że o aspekt ten zadbano jak należy. Dostajemy więc soczyście podbasowane i cykające produkcje, napędzane przez bębny z Rolanda TR-808, dużo przestrzeni, pogłosów i ambientowych syntezatorów. Czyli w zasadzie wszystko, czego można w tej chwili doświadczyć w mainstreamowym urban music za oceanem. Przecież na tym przymulonym (w pozytywny sposób!) bicie z "Pliku" usłyszałoby się z chęcią J. Cole'a albo Drake'a!

"V" to naprawdę dobry materiał, ale z drugiej strony z tyłu głowy nie można się wyzbyć wrażenia, że to dopiero wprawka, badanie terenu przed czymś większym. A ponieważ te zaledwie 17 minut pozostawia spory niedosyt, to apetytu na kolejne odsłuchy oraz na więcej nowej muzyki jest sporo. Nie wątpię, że do tego czasu albumu długogrającego Dziarma wypracuje sobie pozycję, której wielu innych rapowych artystów będzie mogło jej zazdrościć.

Dziarma, "V", 2020

7/10

***Zobacz także***

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Agata Dziarmagowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje