Reklama

Bass Astral "Techno do miłości": Przebodźcowany kosmos [RECENZJA]

Po wielokrotnym przesuwaniu premiery, "Techno do miłości" w końcu trafiło na półki sklepowe i serwisy streamingowe. Tylko czy naprawdę warto było przeładowywać ten album do granic możliwości? Solowy debiut Bassa Astrala, zapowiedziany jeszcze przed zakończeniem projektu z Igo, to bowiem doskonały argument dla wszystkich osób opowiadających się przeciw albumom trwającym ponad godzinę.

Po wielokrotnym przesuwaniu premiery, "Techno do miłości" w końcu trafiło na półki sklepowe i serwisy streamingowe. Tylko czy naprawdę warto było przeładowywać ten album do granic możliwości? Solowy debiut Bassa Astrala, zapowiedziany jeszcze przed zakończeniem projektu z Igo, to bowiem doskonały argument dla wszystkich osób opowiadających się przeciw albumom trwającym ponad godzinę.
Bass Astral na okładce płyty "Techno do miłości" /

Okładka płyty "Techno do miłości" wygląda jak ilustracja do metafizycznego science-fiction Stanisława Lema lub Arthura C. Clarke'a. Nieźle opisuje to, co dzieje się na płycie. Bo od początku wchodzimy do umysłu Bassa Astrala, którego wnętrze w pierwszych chwilach może sprawiać wrażenie niezwykle chaotycznego. Ostatecznie jednak dostrzegamy pewną harmonię, ale dalej jest to przestrzeń, w której postronnym uczestnikom doświadczenia łatwo doznają przebodźcowania.

Te galaktyczne skojarzenia przekładają się na samą zawartość. Jeżeli myśleliście, że techno w nazwie płyty jest w jakikolwiek sposób zobowiązujące, możecie się srogo rozczarować. Bass Astral przeskakuje z gatunku na gatunek, próbuje się w różnych klimatach i wychodzi to raz lepiej, raz gorzej. A samego techno jest tu bardzo mało. Czym więc jest "Techno do miłości"? Przede wszystkim podróżą po zajawkach byłego członka Clock Machine z całej jego kariery. Pewnie dlatego krążek trwa aż godzinę i 13 minut.

Reklama

Soulowe wręcz "Waiting for Love" - jak opowiadał muzyk w jednym z wywiadów - jest jego pierwszym solowym utworem, powstałym jeszcze w 2011. "Gdzieś indziej" to pokłosie elektroniki spoglądającej jednocześnie na ambient, hip hop oraz jazz, co dobrze pamiętamy z albumów takich postaci jak Lapalux i Sohn - to utwór, który mógłbym spokojnie znaleźć się w katalogu Brainfeeder czy Warp Records. "Water" i "Fool" tkwią wyraźnie epoce post-dubstepowej z Jamie'em XX w roli naczelnika, choć drugi z nich szybko staje się nieznośny przez irytujące zmiany tonacji. Glitchująca reinterpretacja chopinowskiego "Nokturnu f-moll, op. 55 nr 1" zdradza fascynację muzyką klasyczną, ale nie wykracza poza obszar intrygującego eksperymentu na co najwyżej kilka przesłuchań.

Co ciekawe, mamy tu też remiksy zapomnianych polskich utworów. Niestety, po zapoznaniu się z oryginałami, reinterpretacje Bassa Astrala bledną. "Samotność w klubie disco" w wersji z "Techno do miłości" ma niewątpliwie swój urok, ale jednocześnie - mimo bycia ewidentnym żartem - wchodzi w obszary kiczu, przaśności, które w indie popowym oryginale z 2014 nie były aż tak ordynarne. "Pałace" z Divines natomiast momentalnie porywają do tańca, ale wokal wydaje się nie do końca spajać z warstwą muzyczną. Dopiero zestawienie z bardzo harmonicznym oryginałem z 2016 roku ujawnia powód i cóż... sprawia, że do wersji Bassa Astrala nie wraca się aż tak ochoczo.

Co więc działa bezbłędnie? Ot, chociażby zestawienie obok siebie "Rozłąki Majowej 404" i "Jungle Beatz" - dwóch utworów instrumentalnych, które nie potrzebują wokali (oprócz samplowanych chopów, ale to inna sprawa), by przedstawiać całą rewię emocji. To bogato zaaranżowane fragmenty płyty i w nich najlepiej czuć fascynację Nicolasem Jaarem, do której otwarcie przyznaje się gospodarz płyty. Niestety, gdy po tym duecie wchodzi rozleniwione, wyraźnie biedniejsze brzmieniowo "Daleko", dysonans poznawczy jest zbyt ogromny, aby go z łatwością zignorować. Dobrze, że "Love Is" i "Zimna noc" starają się zakopać to złe wrażenie, serwując pozycje niezwykle smakowite i nieziemsko eklektyczne.

W idealnym świecie "Techno do miłości" podzielone by było na kilka EP-ek, eksploatujących różne zajawki Bassa Astrala. A ponieważ nasz świat daleki jest od ideału, otrzymujemy krążek, który momenty genialne miesza z banalnymi, nietrafionymi czy zwyczajnie nudnymi. Prawdę mówiąc, to pozycja na tyle składankowa, że o część utworów dałoby się oskarżyć innych artystów. I nie miałbym tego za złe, gdyby ich poziom pozostał niezmienny. Ale "Techno do miłości" to płyta nie tyle niespójna, co zwyczajnie nierówna - umiejętność selekcji też jest miarą artystycznego sukcesu. Grunt, że serwisy streamingowe umożliwiają zrobienie playlist, dzięki czemu będziecie w stanie bez problemu uczynić "Techno do miłości" albumem z oceną o przynajmniej dwa oczka wyższą niż niniejszym stawiam.

Bass Astral "Techno do miłości", Mystic Production

6/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: recenzja
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama