Bittersweet Festival 2025: drugi dzień. "Co tu się dzieje?"
Drugi dzień przyjęłam już spokojniej niż pierwszy, bo wiedziałam, na co się piszę, aczkolwiek iluminacje na drzewach nadal robią wrażenie i nadal jest we mnie duży zachwyt nad tą imprezą. Muzycznie natomiast zostało wypowiedziane wiele razy "Co tu się dzieje?". Tylko w różnych zabarwieniach emocjonalnych.

W ogóle trzeba zacząć od tego, że trwa dramat odnośnie organizowania dużego festiwalu w Parku Cytadela. Normalnie bym się tym nie zajmowała, ale skoro my też dostajemy maile, w których jest wszystko - od "wiem, że tego nie organizujecie, ale czemu jest tak głośno", po "tańczycie na grobach poległych" i propozycję unicestwienia mieszkańców, żebyśmy mogli w spokoju słuchać tego łupania… I rozumiem, że jeśli ktoś mieszka blisko, to pewnie wkurza go, że o 1 jeszcze gra muzyka, ale z drugiej strony to tylko trzy dni (tak, wiem - i tydzień rozkładania przed, ale to nie generuje takiego hałasu), a promocyjnie dla miasta i ekonomicznie dla poznańskich lokali to chyba dobrze, że przyjedzie tu takie 30 tysięcy osób, które muszą gdzieś spać i gdzieś chodzić na obiady.
Organizatorzy dodatkowo zapewnili, że "po zakończeniu festiwalu zostanie przeprowadzony audyt terenu, a środki zapisane w umowie z ZZM zostaną przeznaczone na rekultywację zieleni. Zadbamy, aby Cytadela wróciła do pełnego blasku", tak że dajmy wszyscy radę to przetrwać, będzie dobrze. I tak mam wrażenie, że pomyślano o rzeczach, o których inne festiwale nie myślą, to znaczy, na przykład, o dołożeniu tramwajów i autobusów, i dziennych, i nocnych, żeby uczestnicy mogli sprawnie wrócić, gdzie mają wrócić, a mieszkańcy nie musieli się gnieść w zatłoczonej komunikacji. Na razie jedyny słaby punkt, który widzę, to wąskie schody prowadzące pod główną scenę, aczkolwiek parku przebudować nie mogli, więc pozostaje być po prostu ostrożnym i uważnym na innych. Bo wiadomo, bezpieczna zabawa jest najfajniejsza.
No, formalności za nami, można przejść do tego, że koncerty drugiego dnia rozpoczął Martin Luke Brown, a zadanie grania o 16:30 miał niełatwe, bo odnotowaliśmy tego dnia okrutnie wysoką temperaturę. Ale na festiwalu, jak to na festiwalu - na chwilę pod kurtynę wodną, wodę w łapę i można śpiewać pod sceną. Na Bittersweet Stage z kolei jako pierwsza wyszła Ella Eyre. Jeśli nazwisko wam nic nie mówi, to piosenkę "Came Here for Love" już na pewno kojarzycie. Wokalistka ze łzami w oczach wspomniała w trakcie koncertu, że miała problemy ze strunami głosowymi, przez sześć tygodni nie mogła śpiewać, a występ w Poznaniu to jej pierwszy koncert po przerwie. I jaki udany! Ja się z miejsca zakochałam w tym głosie i naprawdę jest to niewiarygodne, że Ella nie jest jeszcze tak znana, jak być powinna.
Na scenie Next Festu: Nxdia. Nie znałam wcześniej, ale doczytałam i dowiedziałam się, że zaczęła tworzyć muzykę po kursie u Everything Everything, przez co jej zazdroszczę, a nawet nie mam zamiaru zajmować się muzyką inaczej niż dziennikarsko. No nieważne. Ważne jest to, że na razie jest to moje odkrycie tego festiwalu, a refren z "She Likes a Boy" jest totalnie niewyrzucalny z głowy. Potem na tej samej scenie zagrali jeszcze RUBII (niewdzięczna rola grania w trakcie koncertu Bedoesa) i znani z "Rhythm + Flow" Zippy Ogar, Po prostu Kajtek i Boron.
Wracając chronologicznie, do godziny 18 - na Enea Stage wyszli panowie z Roszalie, czyli elektronika prosto z Francji. W podscenowych rozmowach ukuliśmy porównanie trochę do Daft Punk. Jak się okazało, to był pierwszy koncert Roszalie poza granicami ich kraju, ale na pewno nie ostatni. Choć publikę zebrali sporą, to musieli pogodzić się z tymi, że w połowie ich koncertu na Bittersweet Stage pojawił się Bedoes.
Coming out: znam tytuły dwóch jego piosenek, z czego jeden z nich poznałam wczoraj w trakcie koncertu. Słyszałam cały ten występ, myślałam, dyskutowałam, no i cóż, nic mi po tym, bo nadal nie rozumiem tego fenomenu. Nie rozumiem tego ani muzycznie (i lirycznie też, bo trudno było wyłapać słowa, choć podobno było po polsku), ani wizerunkowo - liczyłam, ile razy w różnych kierunkach ze sceny padło słowo "ku..a", ale przy 74 się zgubiłam, a to była dopiero trzecia piosenka. Powtarzane do fanów "Ludzie po mnie jechali, ale wy jesteście ze mną" za drugim i kolejnym razem też brzmiało już sztucznie. Chociaż trzeba pochwalić za nieolewanie swoich wyznawców, bo po tym, jak dostrzegł w tłumie jedną z fanek i poprosił o zrobienie dla niej hałasu, bo jest na każdym koncercie, ta się popłakała. Jak i kilka innych później, i był to płacz szczęścia. Spróbowałam, nie przekonałam się, ale gust każdy ma swój.
Później na Enea Stage kolejny artysta z oddaną grupą fanów - Jann. I tu już rozumiem, chociaż muzyka wcale nie jest moja. Ale dobry głos, ładny chłopak, idealny kandydat na idola nastolatek. A nastolatek było tam sporo, po piskach poznałam. Po nim na tej samej scenie zagrał Marc Rebillet i był to jak dotąd najdziwniejszy koncert tej imprezy. Zrobiło się zamieszanie w sieci, bo Salvatore Ganacci zagrał "Mandacik" Martyniuka, ale… Marc zaczął od wplatanego w elektronikę "Polska gurom" (albo "polska kura" to trudno było jednoznacznie stwierdzić), następnie były także "Bober ku..a" oraz "Pokaż d..ę". I jeszcze kilka innych rzeczy, których z przyzwoitości nie przytoczę. Cenimy za zbratanie się z kulturą polską! Do tej pory nie wiem, co tam się wydarzyło, i chyba nadal jestem trochę w szoku, ale bawi.
Na Bittersweet Stage też dwa potężne koncerty na koniec. Najpierw Empire of the Sun. Ktokolwiek, kto miał z nimi jakąkolwiek styczność, raczej nie będzie zdziwiony, jeśli napiszę o przedziwnych strojach, gościnnych występach tanecznych jakichś stworów i w ogóle operującej kiczem w sposób smaczny oprawie wizualnej. Usłyszeliśmy m.in. "Changes", "The Feeling You Get", "The Spins" czy "High and Low", ale to oczywiście "We Are the People" i "Walking on a Dream" były tymi piosenkami, przy których ludzie zrobili "ooo".
I na koniec Post Malone. "Wow.", "Better Now", "Wrong Ones"… Każda jedna piosenka była śpiewana chóralnie razem z wokalistą. Można już znaleźć opinie, że to "koncert, który zapisze się w historii tego lata" i że najlepszy koncert imprezy, ale spokojnie, Bittersweet nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Przecież przed nami jeszcze Viagra Boys i Taco!








![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)




![Wojtek Mazolewski Quintet: Zabrakło wody, nie zabrakło energii [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000LYP8B36J9NKTG-C401.webp)