Kinga Głyk i "The Chapters Tour": She is funny, she is kind, she is pretty [RELACJA]
Kinga Głyk jest nazywana "wielką nadzieją europejskiego jazzu", ale uważam, że słowo "nadzieja" jest tutaj nie na miejscu. Wystarczyło być na koncercie w Chorzowie - pierwszym z trasy "The Chapters Tour" - żeby wiedzieć, że to nie jest już "nadzieja" tylko po prostu "potwierdzone info".

Ustalmy coś - mi się podobało już po usłyszeniu tego mocno przesterowanego basu, czyli mniej więcej 10 sekund po rozpoczęciu koncertu. Ale opowiem.
Postanowiłam, że tym razem nie będę zdradzać, co usłyszeliśmy, bo to cały dobrze przemyślany koncept, a ja nie chcę psuć zabawy tym, którzy jeszcze czekają, żeby usłyszeć, co się wydarzy. Mogę za to zacytować, co Kinga powiedziała mi w wywiadzie: "Chciałabym wrócić do niektórych utworów, które, wydaje mi się, że ludzie lubili, a przestaliśmy je grać przez to, że była nowa płyta. To będzie trochę taka kombinacja moich rozdziałów życia. (…) myślę, że teraz jest moment, w którym chciałabym pokrótce opowiedzieć swoją historię i wrócić do utworów, które były na początku".
Koncert był podzielony na rozdziały, jak sama nazwa wskazuje. I pomyślałby ktoś - 30 lat i już opowiadanie swojej historii? Przypomnijmy, że Kinga na scenie występowała już jako 12-latka w rodzinnym Głyk P.I.K Trio, a jako 18-latka wydała debiutancki album. Jej covery podbiły, ale tak naprawdę podbiły, internet. Gra na festiwalach na całym świecie. Jest o czym opowiadać. Naprawdę, jak się ma niecałe 30 lat i 20 lat stażu, to można. A poza tym zapamiętajmy sobie jedną rzecz - to, ile ktoś ma do powiedzenia, nie zależy od jego wieku. 13-letni artysta może napisać bardziej poruszający tekst niż ktoś 40 lat od niego starszy, i jeśli tylko inny ktoś będzie chciał, to chętnie podam przykłady bez szukania bardzo daleko. Ale dobra, to było tylko na marginesie.
Pierwsze ciarki przyszły przy słowach: "She's funny, she's kind, she's pretty. I like her. She isn't funny, she isn't kind, she isn't pretty. I don't like her". Bo czy nie tak właśnie wygląda nasze życie? Później Kinga powiedziała jeszcze, że jest podekscytowana, bo pierwszy raz grają ten materiał poukładany w taki sposób, a na pytanie do publiczności, czy oni też, okazało się, że zdecydowanie oni też.
Pierwszy rozdział to ten niedoskonały, ale wyjątkowy - "Lubię pamiętać, że niedoskonale, może znaczyć lepiej". Drugi rozdział to "Dream" - "Czasem skupiamy się na jednej rzeczy tak bardzo, że przysłania ona całą resztę, czasami innych ludzi, czasami samych siebie. Chcę być uważna". Tutaj też spodziewajcie się solówek, po których przestaniecie się zastanawiać, czemu zapraszają ten zespół na największe sceny na całym świecie. O ile wcześniej jeszcze się zastanawialiście. Bo ja, na przykład, nie miałam żadnych wątpliwości. Żałuję, że sobie tych solówek nie nagrałam, ale zapomniałam w trakcie o oddychaniu, a co dopiero o jakimś telefonie. Trzeci rozdział to nieznane - "Nie chcę się bać".
Ileż w tej muzyce instrumentalnej było emocji. Bo te utwory mają w sobie coś takiego, że nie potrzebują być dosłowne, żeby przekazać to, co ma zostać przekazane. Sama zaczęłam myśleć o swoim życiu i w mojej głowie, razem z rozdziałami, przewijały się i te melancholijne rzeczy, i myśli, "czy to tak właśnie jest być szczęśliwym", a były i takie, że mrugałam intensywniej, żeby sobie nie zakapać koszuli.
Ach, przedstawmy jeszcze zespół, który towarzyszył Kindze na scenie: Arek Grygo (klawisze), Lucas Saint-Cricq (saksofon) i Nicolas Viccaro (bębny). Basistka sama przyznała, że bardzo się cieszy, że ich ma. A kto by się nie cieszył?
Poza muzyką, należy też podkreślić kulturę sceniczną. Oczywiście bardzo ładne były podziękowania dla publiki, ale i dla wszystkich na scenie i za nią - nie tylko dla muzyków, ale też świetlików, brata-realizatora dźwięku, menago itd. Wszystkim się należy. Następne ładne, to nie że fani czekali, aż artystka wyjdzie. To artystka poprosiła, żebyśmy - gdybyśmy się nie spieszyli - przyszli pokazać się na żywo, powiedzieć "cześć", bo chce nas zobaczyć.
Ale, żeby nie było, że wszystko tak pięknie. Publiczność powinna wiedzieć, że na koncertach w takich salach się nie gada, nie używa lampy błyskowej i przychodzi na czas. Okej, artysta i tak pewnie was nie słyszy przez odsłuchy, ale przeszkadza to tym, którzy starają się nie ruszać, żeby nie pominąć żadnego dźwięku. A poza tym, dlaczego, jak przyjeżdża ktokolwiek z zagranicy, to gra w jakimś NOSPR albo Cavatinie, a jak przyjedzie nasza, polska, choć światowa, to gra w centrum kultury? Nie umniejszając oczywiście Chorzowskiemu Centrum Kultury, bo to dobra scena i dobre nagłośnienie, kocham takie miejsca. Musiałam ponarzekać na koniec, ale co zrobić, jak trzeba.
Powiedziałam kiedyś Wojciechowi Waglewskiemu, że na ich koncercie zapominam, że istnieje w ogóle jakiś świat poza tym miejscem, w którym aktualnie jesteśmy i słuchamy muzyki. I tu było tak samo. A jak ja mówię, że coś na mnie działa jak Voo Voo, to nie jest błahy komplement! She is kind, she is funny, she is pretty.






![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)


![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)



