Reklama

Slipknot w Gdańsku: Siarka i płomienie [RELACJA]

Slipknot podczas koncertu w Ergo Arenie, 7 sierpnia 2022 roku /Karol Makurat /INTERIA.PL

Wczoraj w Trójmieście diabeł powiedział dobranoc, ale wcześniej do szaleństwa doprowadził kilkanaście tysięcy fanów. Koncerty Slipknot to jednak wyjątkowe doświadczenie.

O zamaskowanych świrach ze stanu Iowa głośno zrobiło się jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Dziewięciu chłopa w jednakowych kombinezonach i makabrycznych maskach wtargnęło na amerykańską scenę metalową jak taran. Od początku wiadomo było w środowisku, że ta banda to coś nowego i coś, co zostanie z nami na długo. Tak też się stało. I chociaż Slipknot nie szokuje już tak, jak dwie dekady temu, to w dalszym ciągu pozostaje tym wyjątkowym tworem pośród tysięcy innych jemu podobnych.

Slipknot i przyległości

W Ergo Arenie pojawili się po raz drugi. Poprzednio grali tam zimą 2016 roku. Wówczas towarzyszyła im amerykańska formacja Suicidal Tendencies. Tym razem, przed gwiazdami wieczoru wystąpiły dwie kapele. Niedługo po otwarciu bram, na scenie pojawili się młodzi chłopcy z Vended. Dlaczego oni? Czy dlatego, że - podobnie jak Slipknot - pochodzą z Des Moines? Czy może dlatego, że grają podobną muzykę i też się trochę maskują? Obie te odpowiedzi mogą być słuszne, jednak nie można przemilczeć faktu, że dwóch z pięciu członków Vended, to latorośle muzyków ze Slipknot. Za mikrofonem stoi tam niejaki Griffin Taylor - syn Coreya Taylora, a bębni potomek Shawna Crahana imieniem Simon. Nie zmienia to faktu, że panowie z Vended na scenie czują się świetnie i chociaż nie byli na niej w niedzielę szczególnie długo, to słychać było, że dają z siebie wszystko.

Reklama

Drugim zespołem występującym przed Slipknot była ukraińska kapela Jinjer. Grupa, która kilka dni wcześniej rozbujała publiczność na festiwalu Pol'and'Rock tutaj też się nie patyczkowała. Na scenie zachowywali się i wyglądali jak gwiazdy wieczoru i tak też po trosze potraktowała ich publiczność. Rzadko podczas występów supportu publiczność reaguje tak, jak reagowała na Jinjer. Znała teksty, śpiewała razem z wokalistką i dawała aplauz godny najjaśniejszej gwiazdy. Miło się na to patrzyło.

Dziki taniec stęsknionych larw

Pierwszy raz byłem świadkiem, żeby gwiazda wieczoru zaczęła swój występ przed czasem. Nie, żeby jakoś szalenie wcześniej, ale te kilka minut zaskoczyło. Zwykle jest tak, że główny wykonawca rozpoczyna granie kwadrans, a czasem nawet dwa po umówionej godzinie. Tu było zupełnie inaczej. Jeszcze przed dziewiątą rozpoczęło się wprowadzenie do koncertu Slipknot. I było to wprowadzenie zaskakujące. Z głośników popłynęło bowiem nagranie piosenki "For Those About to Rock (We Salute You)" z repertuaru AC/DC przechodzące w słynny przebój country "Get Behind Me Satan And Push" od Billy Jo Spears. Zaskoczenie jednak szybko minęło, bo w pewnym momencie nagranie zaczęło się zacinać niczym przeskakująca płyta i na scenie pojawiła się paczka z Des Moines.

Zaczęli z grubej rury, czyli od hałaśliwego "Disasterpiece" z albumu "Iowa". Publiczność z miejsca oszalała. Zaczął się dziki taniec stęsknionych larw - tak swoich fanów nazywają członkowie Slipknot. Kolejnym numerem było "Wait and Bleed". To piosenka, na którą publika reaguje wyjątkowo entuzjastycznie, bo to trochę od niej wszystko się zaczęło. W powietrze wystrzeliły kule ognia, muzycy szaleli na scenie. Rozpoczął się koncert Slipknot.

Od siarki, po kij bejsbolowy

Po "Wait and Bleed" usłyszeliśmy "All Out Life". Publiczność ochoczo wtórowała Coreyowi w refrenie, śpiewając "We are not your kind, we are not your kind". Kolejnym numerem było "Sulfur". Jako że słowo to w języku angielskim oznacza siarkę, to wszystkie światła na scenie zapłonęły na żółto. Zrobiło się gorąco. Po "Siarce" przyszedł czas na, chyba najłatwiej przyswajalny utwór z portfolio Slipknot "Before I Forget". Dużo w nim miejsca do animowania publiczności, co Corey Taylor doskonale wie i chętnie wykorzystuje. Taylor w ogóle świetnie radzi sobie z publicznością. Oprócz nazywania jej larwami stosuje często przyjemniejsze określenia takie jak przyjaciele, czy rodzina. Podkreśla też nierzadko, że to właśnie fani stanowią silnik grupy. Że to oni ich nagradzają, karmią i napędzają. Te słowa padły kilkukrotnie zeszłego wieczoru.Po "Berofe I Forget" dostaliśmy przedsmak nadchodzącego wydawnictwa grupy. Zagrali bowiem utwór "The Dying Song (Time to Sing)".  Potem usłyszeliśmy "Unsainted", "Heretic Anthem" ze słynnymi trzema szóstkami w refrenie i agresywne "Psychosocial".

Największy szał wzbudził jednak kolejny numer zaczynający się od słów "I push my fingers into my eyes". To "Duality" z trzeciego albumu grupy "Vol. 3: (The Subliminal Verses)". To w tej piosence Shawn "Clown" Crahan wali z całych sił kijem bejsbolowym w wielką beczkę po piwie. Tam też publiczność ma sporo miejsca do wsparcia Taylora, co zresztą się zadziało. Potem było jeszcze "Custer" i energetyczne "Spit It Out" co podsumowało regularny koncert. Na bis dostaliśmy jeszcze dwa numery. Słynne "People=Shit" i "Surfacing".

Slipknot i koncert kompletny

Koncert Slipknot w Ergo Arenie nie trwał długo, bo też nie powinien. Ilość energii, jaką panowie z Des Moines przekazują publiczności, grając tych naście kawałków, jest naprawdę wystarczająca. Trudno też mieć niedosyt, bo Slipknot jest tą kapelą, która szanuje i zna swoich fanów. Wiedzą, czego publiczność od nich oczekuje i to też dostarczają. Diabeł powiedział w Trójmieście dobranoc, ale wcześniej dostarczył kawał dobrego grania.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL