Reklama

Rysiek Riedel: Sen o wolności. 25. rocznica śmierci wokalisty grupy Dżem

Wraz z zespołem Dżem nagrał kilka ważnych dla polskiej muzyki bluesowej i rockowej płyt. Wystąpił na kilku tysiącach entuzjastycznie przyjętych koncertach. Życie poświęcił muzyce. Dość krótkie, gdyż zmarł przed czterdziestką. Przeżył co prawda swoich idoli - Jima Morrisona czy Janis Joplin, ale odchodził równie dramatycznie, jak oni. Na oczach swoich fanów. Niczego nie tuszował i nikogo nie udawał. 30 lipca mija 25 rocznica śmierci Ryszarda Riedla.

Z okazji okrągłej rocznicy śmierci wokalisty grupy Dżem specjalny tekst dla Interii przygotował Marcin Sitko, autor wydanej wiosną książki "Rysiek Riedel we wspomnieniach". To prawie pół tysiąca stron zapisanych chwilami z życia muzyka, ale i jego bliskich - rodziny, przyjaciół, muzyków, menedżerów. Poniższe wypowiedzi pochodzą właśnie z tej książki.

Reklama

Marcin Sitko napisał także m.in. biografię Bogdana Łyszkiewicza (lider zespołu Chłopcy z Placu Broni), książki "The Rolling Stones za Żelazną Kurtyną. Warszawa 1967", "Woodstock 1969. Najpiękniejszy weekend XX wieku", "Marillion. The Iron Curtain", zbiór wspomnień o Mirku Bregule z Universe.

Słowo wstępne napisał syn Ryśka - Sebastian Riedel (lider grupy Cree).

---

Stając przed tysiącami ludzi otwierał się przed nimi i śpiewał: "Panie pozwól mi spróbować jeszcze raz niepewność mą wyleczyć, wyleczyć mi... za pychę i kłamstwa, za me nałogi - rozgrzesz mnie, no rozgrzesz mnie. Uczyń bym był z kamienia, bym z kamienia był. I pozwól mi spróbować jeszcze raz...". Czy można dosadniej, czy można odważniej rozliczać się z własnymi słabościami? Kilka lat temu do radiowej "Trójki" dzwoni słuchacz - po wyemitowaniu tej właśnie piosenki, z głosem Riedla, wzruszony i jeszcze na gorąco - ocenia: "To jest taki utwór, który wstrzymuje ruch na ulicy...".

Koncerty z Ryśkiem przed mikrofonem były niczym teatralne spektakle.

Podczas wykonywania wspomnianej "Modlitwy" (sprawdź pełny tekst!) na statywie Ryśkowi zdarzało się zawieszać różaniec. Podczas antywojennego "Najemnika" (posłuchaj!) padał na scenę niczym ścięty serią z karabinu. Pamiętne koncerty w Jarocinie lub Brodnicy potrafił przedłużać, aż do świtu.

- Rysiek generalnie był bardzo wesołym człowiekiem - mówi Tadeusz Szczepański, przyjaciel Ryśka. Miał specyficzną naturę i takież poczucie humoru. Przez pół dnia potrafił nic nie mówić, ale kiedy nagle się odzywał, można było boki zrywać albo nawet wylądować pod stołem. Miał dryg do dobrych żartów, trafnych powiedzonek czy dziwacznych sformułowań. Sam też lubił tworzyć nowe, własne... Wskazując na przykład metalowy nożyk z drewnianą rękojeścią, mówił: "Widzisz, Tadek, tą metalodrewniannę? Podaj ją!" (śmiech). Nie był ponurakiem, bawił się słowami, ciągle coś wymyślał. Drażni mnie, że tak go nie zapamiętano, że na jego osobę patrzy się ciągle tylko przez pryzmat choroby.


- Potrafił śmiać się całym sobą. To było tak naturalne... aż uderzał dłońmi w kolana, jak dziecko - wspomina Kazimierz "Filo" Galaś, autor tekstów Dżemu i kolejny przyjaciel Ryśka.

Była też druga strona Riedla. Bardziej złożona i skomplikowana, z której wszyscy bliscy, ale też fani - zdawali sobie sprawę.

- Paweł Berger, bardzo ważna i również piękna postać w tym zespole, powiedział kiedyś o Ryśku, że był on jedynym człowiekiem na świecie, który mógł zaśpiewać słowa: "jestem wszystkim, jestem nawet Bogiem, tylko sobą być, sobą być nie mogę..." - dodaje Krzysztof Ranus, organizator wielu koncertów Dżemu z Ryśkiem przy mikrofonie.

Wszyscy jednak zgodnie powtarzają - żył w stu procentach w zgodzie ze swoimi uczuciami. Czy to był dobry czas, czy gorszy - Rysiek nie tuszował rzeczywistości. Lepszy - niech trwa, gorszy - przeczekam...

"Tam królował blues"

- Nie ćwiczył głosu. Nie pamiętam, żeby cokolwiek robił w tym kierunku, a mimo to był dla wielu wokalistów niedoścignionym wzorem. Dla mnie również. Był stuprocentowym naturszczykiem, ale wychodząc na scenę, zachwycał tłumy. Sam odczuwałem tę magię. Obserwując go, jak śpiewał i jak zachowywał się na scenie, doskonale rozumiałem entuzjazm publiczności. Byłem jednym z nich i czułem to samo. Nigdy mi to nie minęło, choć widziałem setki koncertów Dżemu z Ojcem przy mikrofonie - mówi o ojcu Sebastian Riedel, także muzyk.

Wojtek Denkiewicz, przyjaciel - Jak stał, tak szedł na scenę, przed ludzi. Tysiące ludzi. Był taki sam na scenie, jak w tramwaju czy na ulicy. Oczywiście, że nie każdy go rozumiał. Niejednokrotnie byłem świadkiem, kiedy w Tychach (a wtedy było tutaj skumulowane dość zaściankowe, robotnicze społeczeństwo) ludzie oglądali się za nim i mówili: "W lecie w kapeluszu? Świr... ". Później już wiedzieli, że to wokalista Dżemu. Popularność wybraniała go w ich oczach...

Mówi Karolina Riedel, córka: Akceptowałam to uwielbienie, jakim fani go obdarzali, choć bywałam o niego strasznie zazdrosna (śmiech). Cieszyłam się jednak, że ma taką publiczność. Byłam z niego dumna, myślałam w duchu: "To mój Tata, mój! Hej, widzicie mojego Tatę?" (śmiech). Tak, duma mnie rozpierała.

- Kiedyś, obserwując go na scenie, pomyślałem, że gdyby nie był muzykiem, to z pewnością byłby świetnym aktorem - ocenia Waldemar Łata, przyjaciel. Rysiek skupiał na sobie uwagę ludzi. Miał jakiś magnetyzm.

Kiedy spoglądało się na niego, wiedziało się, że to był "ktoś".

Jednocześnie zauważało się, że bardzo dużo się w nim działo, że był w nim pewien tragizm, który skrywał dramat jego życia i tego, co było mu pisane. Do dzisiaj nie potrafię tego wytłumaczyć - patrzysz na człowieka i widzisz więcej niż tylko postać, która stoi przed tobą.

Mówi Maciej Maleńczuk: Jego nie dało się zmienić, nie można było go ugłaskać. Na scenie zawsze dawał czadu i porywał publiczność. Świetnie śpiewał. Potrafił z byle tekstu ukręcić dzieło. Kiedyś próbowałem nawet śpiewać te jego "w życiu piękne są tylko chwile" i w ogóle mi to nie wychodziło, czar pryskał, a kiedy wypływało to z jego ust, to była to piękna pieśń. Widziałem film o nim i mam mocno mieszane uczucia odnośnie tego, jak go tam pokazano. Rysiek nie był wcale takim zapuszczonym i nieszczęśliwym brudasem. Moim zdaniem ten obraz w ogóle nie oddaje tej postaci i samego klimatu, jaki panował wokół niego. Już to kiedyś o nim powiedziałem - w moim odczuciu Rysiek Riedel był kimś w rodzaju naćpanego adonisa, był przepiękny!

Ponownie Sebastian Riedel - Pamiętam sytuację, kiedy przygrywałem sobie na niej jakieś melodie, siedząc przy otwartych drzwiach do przedpokoju, gdzie Ojciec akurat stroił się przed lustrem do wyjścia. Mierzył katanę, jakieś chusty, jak to on. W pewnym momencie zaczął sobie podśpiewywać do tego mojego brzdąkania. Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić, jego śpiew brzmiał tak doskonale. Zmieszałem się, zawstydziło mnie to, a może i trochę zszokowało, ale niczego mu nie powiedziałem i nie dałem po sobie poznać. Do dzisiaj pamiętam to uczucie. Miał niezwykły głos, który a capella brzmiał naprawdę szczególnie. Między moją - nieudolną jeszcze - grą a jego śpiewem nawiązała się niewidzialna nić wyjątkowej harmonii. Do dzisiaj doskonale to pamiętam.

Janusz Wykpisz, muzyk i kolega Riedla - myślałem o nim dużo przed naszą rozmową, wspominałem i doszedłem do - smutnego w sumie - wniosku, że do tej pory nikt nie wypełnił po nim luki. Choć minęło dwadzieścia pięć lat od jego śmierci, to wciąż nie objawił się nikt takiego formatu. Jego miejsce pozostaje wciąż puste. Nie znajduję wokalisty z taką charyzmą, barwą głosu, z taką umiejętnością interpretacji tekstu. Jego śpiewanie i w ogóle bycie na scenie - to wszystko ocierało się o wielką sztukę.

- Niewiele osób wie, że przed wejściem na scenę zawsze walczył z dużą tremą - dodaje Leszek Winder, legenda śląskiego bluesa. Trema to rzecz szlachetna, żadna słabość, towarzyszy tylko świadomym artystom o dużych możliwościach. Oznacza, że na scenie wydarzy się coś wielkiego i wyjątkowego. Na deskach nie było już po niej śladu, był w swoim żywiole.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: ryszard riedel | Dżem

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje