Reklama

Książki muzyczne. Maria Peszek "Naku*wiam zen": Polska niegotowa [RECENZJA]

Maria Peszek wydała książkę "Naku*wiam zen" /Robert Wilk /INTERIA.PL

Jeśli autorką książki jest Maria Peszek, która rozmawia ze swoim ojcem, a przy okazji książka nazywa się "Naku*wiam zen", to trochę można się spodziewać, co będzie w środku. Ale podzieliła mnie ta książka wewnętrznie, jak piosenki Peszek Polaków.

Tak naprawdę trudno stwierdzić, o czym to jest. Na początku trochę o Janie Peszku, o jego pracy i podejściu do miłości. Potem o Marii, ale z perspektywy ojca. Ona sama mówi cokolwiek o sobie i mieszkaniu na bagnach dopiero gdzieś pod koniec. Jest też o Kościele, polskich wadach i współczesnych artystach. A wszystko przeplecione historiami, które pozornie, a czasem na serio, nie mają związku z niczym.

Paradoksalnie ten misz-masz daje, tak sądzę, lepszy obraz Marii Peszek, niż gdyby napisała, lub co gorsze dałaby napisać komuś, swoją biografię. Jest trochę tej Marii śpiewającej teatralnie na koncertach "Je*ię to, je*ię to, je*ię to wszystko", a z drugiej strony jest też Maria, która pokazuje, że "Ave Maria, nie umarłam" to nie prowokacyjny tekst, tylko cichy oddech ulgi.

Reklama

Ciekawa jest sama forma. Nie jest to wywiad-rzeka, tylko normalna rozmowa, nawet z pytaniami o napicie się wody czy winka i innymi, których przytaczanie sobie odpuszczę. Czyta się to bardzo lekko i szybko, trzeba przyznać. Widać, że mają ze sobą dobry kontakt, uzupełniają się jak chłopcy Tweedle. Wiecie, ci z "Alicji z Krainy Czarów", którzy się cały czas kłócili, ale kończyli sobie wzajemnie zdania.

Humor też mają podobny, taki, który pewnie nie wszyscy złapią, ale #mniebawi. Tylko, że pod tymi śmieszkami i historyjkami kryje się jakieś... nawet nie, że rozliczenie się ze samym sobą, tylko ze sobą nawzajem. Co jednocześnie jest podświadomie i smutne, i wesołe. Bo Maria po tej książce nie powie: "Tylu rzeczy nie zdążył mi powiedzieć przed śmiercią". Więc z jednej strony dobrze. A z drugiej... ta wizja nadchodzącego końca gdzieś tam wisi nad głowami. Zwłaszcza, że chwilę po tym, jak zaczęli nagrywać, Jan Peszek przeszedł zawał.

Zawiedzone "Naku*wiam zen" nie będą też językowe freaki, których śmieszą żarty w stylu "Wygląda facet przez okno, patrzy, a tam ludzkie pojęcie przechodzi" albo "Szedł facet obok koparki i dał się nabrać". No wiecie. Zresztą Peszek robi to też w piosenkach - pamiętacie "Chciałabym ci kupić przystań, żebyś sobie stała przy"? I można wyciągnąć kilka mądrych myśli, które sobie warto zapamiętać, jak: "Żal niszczy ciebie totalnie" albo "Krytycy [...] natychmiast się na mnie rzucą. Szczęśliwie mam to w dupie".

Na początku książki mamy trochę pretensjonalny napis "Ta książka może zranić twoje uczucia. Jeśli nie chcesz, nie czytaj". I tu przewróciłam oczami, a to dopiero pierwsza strona. Fakt, że ktoś może się poczuć urażony, bo trochę się tam dostaje polskiej mentalności, Papieżowi-Polakowi, katolikom, a wszystko kwituje stwierdzenie "Moim marzeniem są puste kościoły".

Nie ma tutaj tematów tabu i to jest fajne, że mówią, co myślą. Tylko, że... czytając to, miejscami ma się wrażenie, że na marginesie każdej kartki jest napisane "Polska niegotowa, my to już przerabialiśmy". Ale czy trzeba seksualizować dotykanie obrazków świętych, nazywając to "macaniem"? Też do kościołów wchodzę głównie pooglądać wnętrze, ale to jest chyba tylko celowa prowokacja. Albo rozmowa o narządach rozrodczych i tym, czym się różnią u każdego człowieka - naprawdę trzeba pisać o tym książkę?

A może po prostu moja głowa też niegotowa. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy