Reklama

"Heavy Duty - Dni i noce z Judas Priest". Przeczytaj fragment książki

W poniedziałek (18 lutego) na polskim rynku ukazały się "Heavy Duty - Dni i noce z Judas Priest", wciągające wspomnienia K.K. Downinga, jednego z najwyżej sklasyfikowanych gitarzystów w dziejach heavy metalu. Z obszernymi fragmentami tej książki możecie zapoznać się na stronach Interii.

Mający dziś 67 lat K.K. Downing urodził się w West Bromwich w zachodniej Anglii, skąd w szeroki świat wypłynęli także Robert Plant, Phil Lynott oraz basista Ian Hill, z którym pod koniec lat 60. powołał do życia Judas Priest (początkowo jako Freight), heavymetalową instytucję o globalnej sile rażenia.

Reklama

***

Pomimo problemów, naszego przemęczenia i wypalenia, pojechaliśmy w trasę Operation Rock & Roll, która tak naprawdę nie była dobrym pomysłem, chociaż podczas niej miało miejsce kilka zabawnych momentów z Lemmym. Muszę tu powiedzieć, że przebywanie z Lemmym było zawsze wspaniałym doświadczeniem - jego towarzystwo było czystą przyjemnością. Nasze ścieżki przecięły się wielokrotnie przez te wszystkie lata. Wiele osób omijało Lemmy'ego szerokim łukiem, ale nie ja. Podczas tej trasy, pewnego dnia podszedł do mnie i złapał za szyję.

"K.K! Przyjdź i posłuchaj naszego najnowszego wideoklipu...".
"O nie, nie mogę. Muszę dostroić swoje gitary".
"No chodź, nie przesadzaj. Musisz tego posłuchać".

Zaciągnął mnie niemalże siłą do ich autobusu, a muszę tu powiedzieć, że autobus Motörhead jest ostatnim miejscem na ziemi, jakie chcielibyście odwiedzić! Za każdym razem, kiedy przed wyruszeniem w trasę wsiadaliśmy do autobusu, pytaliśmy kierowcę: "Słuchaj, gwoli ścisłości: powiedz nam szczerze, czy Motörhead z niego przed nami korzystali?" Był to jedyny zespół, po którym nie chcieliśmy do autobusu wsiadać, gdyż wiedzieliśmy, co się w nim działo na ich trasie. W środowisku muzyków ciągle się o tym mówiło i wszyscy opowiadali żarty na ten temat.

W każdym razie, Lemmy wsadził mnie do tego autobusu i zastanawiałem się: Jak długo może to potrwać? Może z pięć minut? W busie byli pozostali członkowie zespołu; było więc bardzo mało miejsca. Nagle zrozumiałem: To nie będzie tylko jedna piosenka! Ken, to cały pieprzony koncert! Tak więc byłem tam z nimi przez dwie godziny. Posadzili mnie w rogu, więc nie mogłem wyjść. Obok mnie siedział Lemmy. Wyobrażacie sobie to? Oglądaliśmy ten koncert, Lemmy pił, palił i śpiewał tuż przy moim uchu! Choć był świetnym autorem tekstów, ku***, co to była za masakra! Męczyłem się niemiłosiernie. Nie powiedziałem jednak nic, bo chciałem być miły i nie miałem serca wyjść w takim momencie. Wytrzymałem to jakoś dla Lemmy'ego. Uosabiał on wszystko to, co w rock'n'rollu było najlepsze.

***

Z drugiej strony mieliśmy wiele problemów z Alice Cooperem, co tylko pogarszało sprawę. Graliśmy około dwudziestu koncertów, ale tylko podczas dwóch z nich Alice był gwiazdą wieczoru: w jego rodzinnym mieście i w Toronto, gdzie zamykaliśmy całą trasę.

Przez cały ten czas jednak zarówno Alice, jak i jego tour manager mieli wielki problem z zaakceptowaniem tego faktu. Przez większą część trasy to Judas Priest był wymieniany na plakatach na pierwszym miejscu, kończyliśmy również koncerty jako gwiazda wieczoru. Myślę jednak, że oprócz tego mieli też inne problemy między sobą; niemalże co wieczór słyszeliśmy, jak kłócą się w garderobie. Dodatkowo zespół Alice'a codziennie schodził ze sceny za późno, co ogólnie sprawiało, że cała trasa była mniej harmonijna.

Ostatniego wieczoru, kiedy byliśmy już w Toronto, przez cały dzień panowała atmosfera bardzo nieprzyjemnego podenerwowania, w większości wykreowana przez tour managera Alice'a. Bardzo mi się to nie podobało i ostatecznie udaliśmy się ze Scottem do reżyserki, gdzie wydarliśmy się na nich i co pomogło nam nieco uspokoić sytuację.

Konsekwencją tego był jednak fakt, że bardzo późno przebraliśmy się w nasze ciuchy sceniczne. Reszta zespołu była już gotowa do wejścia. Potem nasz tour manager nie mógł znaleźć kluczyków do samochodu, którym miał nas dowieźć do sceny, położonej dość daleko od garderoby - był to koncert na stadionie, na świeżym powietrzu. Następnie, niestety, wszystko potoczyło się jak lawina.

Przez to wszystko, kiedy puszczono już naszą "intro tape", ja i Scott wciąż byliśmy w tym cholernym samochodzie. Tymczasem Rob zaczął już wjeżdżać na scenę motocyklem, nie wiedząc o tym, że pozostałych członków zespołu nie ma jeszcze na scenie i że mechaniczne schody pozostały obniżone do pozycji wejściowej.

Nieświadomy, pośród dymu, hałasu i parującego suchego lodu, Rob podjechał naprzód na harleyu i uderzył prosto w schody. Łup! Padł nieprzytomny na scenę.

Scott i ja wciąż byliśmy w samochodzie! W jakiś sposób wszyscy dotarliśmy na miejsce, a wtedy realizator koncertu puścił taśmę intro od początku, nieświadomy tego, że Rob właśnie doznał wstrząsu mózgu. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Zaczęliśmy nawet grać pierwszą piosenkę "Hell Bent for Leather", w której Rob nie zaczął śpiewać; dokończyliśmy ją więc bez wokalu. Wtedy to uświadomiliśmy sobie, że w tym czasie Rob leżał na scenie wśród tego całego dymu. Myślę, że jest to jedyna wersja instrumentalna tej piosenki, jaka w ogóle istnieje. Boże, co się tam wtedy działo! Była to sytuacja niemalże wprost wyjęta z filmu Spinal Tap.

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Judas Priest

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje