Festiwal Fama 2025: dzień drugi. Czy można się popłakać, patrząc na glinę?
Drugi dzień Festiwalu Fama pozwala już wpaść w odpowiedni rytm. A jest to rytm spokojny, chociaż nie można powiedzieć, żeby był tu czas na nudę.

Drugiego dnia konkursowe zmagania z sekcji sztuk scenicznych rozpoczęła Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie ze spektaklem "Dzieciorób". Sztuka, choć oparta na filmie Rainera Wernera Fassbindera z końca lat 60., wciąż jest aktualna. Niestety. Opowiada o grupie młodych ludzi, których monotonny świat zostaje rozchwiany przez pojawienie się "Greka" - imigranta, który najpierw fascynuje kobiety, potem zaczyna budzić nienawiść. Mocna historia o ksenofobii, wykluczeniu i przemocy. Zdanie "Wszyscy powinniśmy mieć kastety" wybrzmiewało w głowie jeszcze długo.

Drugi spektakl konkursowy to jak dotąd mój ulubiony. Zaczynając już od wspaniałego tytułu "Tym mnie chyba zasypali". Białostocka filia Akademii Teatralnej w Warszawie wystąpiła w składzie Magdalena Kamińska, Tymoteusz Jucha, Julia Rotter i pokazała historię o śmierci. Jak sami piszą w opisie, "przewrotny żart osadzony w piekle". Żart tak ponury, że momentami moje łzy bardzo chciały się wydostać na zewnątrz.
Spektakl numer trzy to Kolektyw Cicho Echo i "Dyptyk o zdrowiu: C.U.D.FM i nowa biologia". Czy można zrobić słuchowisko taneczne o komórkach nowotworowych i wpływie umysłu i duszy na zdrowie fizyczne? Można i wspomniany kolektyw zrobił to wyśmienicie.
Następnie druga część famowego dnia, czyli Miejsca Literatury. Tym razem gościem Andrzeja Pawełczyka był Michał Tabaczyński, autor książki "Kieszonkowa metropolia. W rok dookoła Bydgoszczy". "Bydgoszcz opowiada nam Polskę inną niż ta z tradycyjnych mitów, ludowych legend i arcypolskich tożsamościowych fabuł. Gdzieś z boku i z oddali. Nie pretenduje do odgrywania roli centrum świata. Jest jego podwórkiem" - mówi sam autor o wspominanym mieście. Lektura jeszcze przede mną, ale przeczytam na pewno.
Trzecia część dnia na Famie - koncerty. Tym razem cztery konkursowe i jeden na piękne zakończenie dnia. Zaczął duet Ola Budzyńska & Karol Miernik. Połączenie syntezatora z altówką… ojejku. Od razu zostali włożeni do szufladki "Festiwalowe odkrycia", a planowany na jesień 2025 roku album wskakuje na listę rzeczy wyczekiwanych. Drugi koncert to Maria Sol. Ten występ najlepiej odda chyba słowo "oniryczny". Jeśli lubicie trochę pomyśleć przy muzyce, to Maria jest dla was. W kwietniu wydała debiutanckie "Obsesje", posłuchajcie koniecznie.

Następnie na scenie pojawiła się Borons, czyli Joanna Boron. Jak sama mówi, "gdyby trzeba było ją umieścić na playlistach, znalazłaby się gdzieś pomiędzy Phoebe Bridgers, Myslovitz, Radiohead i alt-popem z przełomu milenium". Projekt na Famę, wydaje się, idealny, bo przepięknie łączy teatr z muzyką. Oraz słyszę tu - w takim, na przykład, "Śmiać się czy płakać" - potencjał na dobry duet z Dildo Bagginsem. Pomyślcie o tym!
Ostatni konkursowy zespół tego dnia to noco. Chyba mój typ z tego zestawienia, gdyby ktoś pytał. Zresztą ich piosenka "Budda" towarzyszyła mi przez pewien czas. "Oddycham głęboko przez nos / Do całego ciała doprowadzam tlen / Tak by zrobił Budda / Gdyby miał zj...ny dzień" - takie proste, a takie ładne. Wrocław to jednak kopania dobrych zespołów.
Zakończenie drugiego dnia to koncert Pauliny Przybysz, która zaprezentowała album "Insides", czyli wybór standardów jazzowych. Piotr Metz pisał o tej płycie, że "czekaliśmy, bardziej lub mniej cierpliwie, na taki album jak 'Insides'" i przyznaję, że ja czekałam raczej bardziej cierpliwie, ale teraz pochylam głowę, bo było na co czekać. A może czekałam, tylko o tym nie wiedziałam? Wokalistka zaprosiła do współpracy przedstawicieli młodego polskiego jazzu, a zdanie "Słyszałaś solo na wibrafonie?" padło w ciągu tego wieczoru wybitnie wiele razy. Fama umie w naprawdę ładne zakończenia.










