Mija 70 lat od debiutu Elvisa Presleya. Niewielu wie, że gwiazdor zaczął karierę od podstępu
Początki karier wielkich gwiazd są zazwyczaj owiane wielką tajemnicą, aby nie zruszyć mitu ciężkiej drogi na szczyt. Wyjątkiem od reguły stał się Elvis Presley, który już na początku swojej kariery postanowił, iż zawsze będzie "na czasie". Być może to właśnie dlatego wokalista uznawany jest dzisiaj za jedną z najważniejszych ikon popkultury. Wszystko zaczęło się 23 marca 1956 roku, 70 lat temu, kiedy to Presley wydał swój debiutancki album, zatytułowany od jego kultowego imienia i nazwiska. Swoją karierę zaczął od... sprytnego podstępu.

Elvis Presley był nie tylko ikoną muzyki oraz męskiej nonszalancji, ale i prekursorem mainstreamowego rock'n'rolla, promotorem sztuki, łączącej treść z charakterystycznym stylem, którego nie da się podrobić. Muzyk i aktor ma na swoim koncie masę przebojów, dzięki którym rozkochał w sobie wiele pokoleń i, pomimo zawsze nienagannego wyglądu i miłości do mody, sprawił, że to właśnie muzyka stała na pierwszym miejscu.
Elvis Presley od zawsze wiedział, że jest "królem rock'n'rolla". Jedni go kochali, a drudzy nie znosili
Swoją karierę młody Elvis Presley rozpoczął trzy lata przed premierą jego debiutu. W 1953 roku, kiedy to na własną rękę skontaktował się z wytwórnią Memphis Recording Service, tłumaczył przedstawicielom zawzięcie, iż chce nagrać singiel jako formę prezentu dla swojej ukochanej matki. Jak dziś wiadomo, muzyk w rzeczywistości liczył na to, że osoby decyzyjne wytwórni go zauważą i pomogą mu w przemienieniu się w prawdziwą gwiazdę, a więc wykorzystał niewinny postęp do ruszenia z miejsca swojej kariery. Tak też się stało, a reszta stała się historią.
Elvis Presley był kompletnym pakietem. Podjudził branżę muzyczną swoją wszechstronnością i chęcią okupowania wielu artystycznych stanowisk - fascynował się nie tylko tworzeniem muzyki i występowaniem, ale i tańcem, aktorstwem oraz modą, byciem zawsze "na czasie". Być może to właśnie dlatego Elvis Presley uznawany jest dzisiaj za jedną z najważniejszych ikon popkultury. W latach 70. był bożyszczem tysięcy fanek - te stale obklejały swoje pokoje plakatami gwiazdora, oczywiście przy jednoczesnym niezadowoleniu ojców.
Wielu słuchaczy już na początku jego kariery nazywało go "królem rock'n'rolla". Elvis tworzył sentymentalne utwory z gitarowym akompaniamentem, a jego występy były osadzone na odważnym i prowokacyjnym podeście, co sprawiało, że muzyk, jako globalna sensacja, był na językach wszystkich. Popularność ma to do siebie, że potrafi zmęczyć nawet rozochoconych odbiorców - jedni go kochali, drudzy nie znosili, a ci "drudzy" to zdecydowanie rodzice nastolatek, które chętnie wzdychały nie tylko do twórczości gwiazdora, ale i jego urody, którą uwieczniały na plakatach zawieszonych nad łóżkami.
Nie da się jednak ukryć, że dorobek muzyczny Presleya nieodwracalnie wpłynął na branżę, a początkujący artyści do dzisiaj czerpią inspirację z twórczości i charakterystycznych ruchów tanecznych Elvisa.
Te utwory sprawiły, że zapamiętamy Elvisa Presleya na zawsze. Muzyk dał koncert kilka tygodni przed śmiercią
Elvis Presley ma na swoim koncie przeboje, które już na zawsze będą określane mianem kultowych. Zaliczają się do nich między innymi "Burning Love", "Suspicious Minds", "If I Can Dream", "In the Ghetto", "Jailhouse Rock", "Love Me Tender", "Heartbreak Hotel", "An American Trilogy", "Kentucky Rain", "Mystery Train" czy chociażby jeden z najpopularniejszych utworów muzyka - "Can't Help Falling in Love", czyli marzycielska oda do prawdziwej miłości, napisana do jego filmu "Blue Hawaii" z 1961 roku. Piosenkę chętnie coverowali różni artyści - od Boba Dylana po U2 i UB40, którzy w 1993 roku uczynili z niej wielki hit.

Warto przypomnieć, że Elvis Presley chciał grać dla swoich fanów nawet wtedy, gdy opuszczała go siła i fizyczne możliwości. Ostatni występ gwiazdora odbył się 26 czerwca 1977 roku w Market Square Arena w Indianapolis. Siedem tygodni później artysta zmarł, mając zaledwie 42 lata. To właśnie ten koncert utkwił w pamięci wiernych słuchaczy muzyka, ze względu na jego poświęcenie i widoczną miłość do sceny.
"Jego ostatnie występy nie były tymi najbardziej wartymi zapamiętania, jeśli chodzi o show i przedstawienie. Czasami nie udawało mu się zaśpiewać piosenki do końca... Po prostu trudno się to ogląda" - wyznała po latach Priscilla Presley, była żona gwiazdora, w filmie dokumentalnym.
Pomimo ograniczonych sił, Elvis Presley zaskoczył fanów znaną już charyzmą, bo podczas koncertu w Indianapolis wykonał utwory ze wszystkich etapów swojej kariery - od najwcześniejszych hitów z lat 50., przez piosenki wydane w czasie, gdy skupiał się bardziej na swojej karierze aktorskiej, aż po późniejsze kawałki, wydane po wielkim powrocie w 1968 roku. Fani usłyszeli wówczas na żywo "See See Rider", "Amen", kilka własnych klasyków, coverów, a następnie "Love Me" czy "It's Now or Never". To właśnie utwór "Can't Help Falling in Love" stał się ostatnim numerem, jaki gwiazdor wykonał przed zgromadzoną publicznością, a tym samym ostatnim, jaki wykonał przed nagłą śmiercią.









