Byliśmy za kulisami festiwalu Dawida Podsiadły. Nie, to nie jest clickbait
Pisałam kiedyś artykuł pt. "Byłam na koncercie sanah i niczego nie żałuję", więc ten tytuł już mam spalony, ale gdybym się chciała powtarzać, to zmieniłabym tylko część na "na festiwalu Podsiadły". A tak poważnie, jeśli ktoś spyta mnie, za co lubię swoją pracę, to między innymi właśnie za to - że można zobaczyć wszystko z drugiej strony. A na backstage'u Zorzy było co oglądać.

Po kilku latach jeżdżenia po festiwalach, słuchaniu, że czegoś takiego jeszcze nie było, i czytaniu maili o nowościach, innowacyjnych pomysłach i popie z rockowym pazurem, z każdą kolejną taką informacją przypominam sobie tylko wers "Wtedy się stałem sceptyczny zapewne - i raczej sceptyczny już umrę". Nie zmienia to natomiast faktu, że w ogóle nie uczę się na doświadczeniach i nadal żyję w przekonaniu, że warto sprawdzić, bo a nuż tym razem faktycznie?
No i tak trafiłam na Zorzę właśnie. To znaczy trafiłam tak, że zaprosili, za co dziękuję, ale z takim nastawieniem. Po pierwszych "artyści w zupełnie nowych odsłonach", "nie tylko muzyka, ale też społeczność" i "chcemy, żeby ten festiwal trwał i jednoczył" zrobiłam "oho!", trochę przewracając w głowie oczami, bo wiecie… not my first rodeo. Ale po pierwszym punkcie programu, czyli udziale w próbie jednodniowego chóru, złożonego z uczestników Zorzy, zmieniłam zdanie. Odszczekuję i przepraszam!
Formuła już trochę znana z Przystanku Woodstock (Pol'and'Rocka obecnie), z tym że na Zorzy chór tworzy aż sto osób, które mogły się zapisać przez aplikację i - co najlepsze - nawet nie muszą umieć śpiewać. Do tego dostają profesjonalny zespół, dyrygentkę, trzy godziny prób i dzień później wychodzą na główną scenę festiwalu, żeby towarzyszyć Paulinie Przybysz i Beacie Kozidrak.
"Wspólne muzykowanie czy śpiewanie w harmonii jest niezwykle wyzwalające. Każdy, kto śpiewał w chórze, wie, że to działa wręcz jak medytacja" - mówiła mi kiedyś w wywiadzie Natalia Kukulska i coś w tym jest. Nawet siedząc obok chóru, można było poczuć te ciary. "Ludzie tutaj mają fantastyczną energię. Nie dość, że aranżacja jest niesamowita, to energia ludzi dodaje do tego kolejnych emocji. To jest moc wspólnego śpiewania. Wszyscy przyszliśmy tutaj się bawić, zrobić coś fajnego i mieć kolejną rzecz do wspominania" - potwierdza mi jedna z uczestniczek. "Myślałam, że zaśpiewamy podstawowy głos, a tu nas podzielili aż na trzy i w tak krótkim czasie to ogarnęliśmy. W tyle osób. I jeszcze nam to wychodzi!" - dodaje kolejna. I tu pierwszy plus dla Zorzy, bo skoro ja to wspominam kolejny dzień, tylko siedząc obok, to ci ludzie nie zapomną tego do końca życia.

Kolejne wydarzenie, w którym uczestnicy mogli wziąć udział poza samymi koncertami i które idealnie potwierdza też interdyscyplinarność tego przedsięwzięcia, to pokaz filmu "Bumerang" w Kinie Kosmos. Tfu, nie filmu, tylko filmowej interpretacji debiutanckiej płyty Korteza o tym samym tytule. Znaczy to tyle, że reżyser - Daniel Jaroszek - zainspirowany tekstami i emocjami Korteza przełożył to na własną opowieść filmową. Doskonale odegraną przede wszystkim przez Bartłomieja Deklawę i Yaroslava Muravetsa, to też trzeba powiedzieć. Na razie produkcję można było zobaczyć tylko przy okazji Zorzy, ale mam nadzieję, że pójdzie w świat. W kinie po seansie wszyscy pociągali nosami - ja też. Tak samo było później podczas koncertu Korteza, gdzie "Bumerang" leciał w tle, a nawet teraz, siedząc w hotelu, pisząc i wspominając ten film, oczy jakby bardziej mokre. Piękna rzecz.
Widzieliśmy też backstage, ale nie taki, który chcą pokazać mediom, tylko taki prawdziwy, gdzie siedzą artyści, piją kawkę albo przygotowują się do występów. W sumie nie wiem, czy mogę o tym pisać, ale napiszę, bo tu akurat nie znalazłam odniesienia do żadnego innego festiwalu. Nigdzie nie widziałam, żeby mieli masażystę, barbera albo pokój do grania na Playstation. Plejkę w firmie mamy, darta też, ale może by tak jeszcze masażystę, hm, moi przełożeni?
Ostatnie miejsce wycieczki, jak to mówią: last but not least, czyli Strefa FNOMN. Albo muzeum, tak też było to nazywane. FNOMN, czyli z jednej strony konkurs, z drugiej natomiast miejsce, w którym artyści mogą rozwijać się pod okiem mądrzejszych i bardziej doświadczonych od siebie. Fajny koncept, który stworzył sześć grup - każda składająca się z muzyka (lub zespołu), grafika/graficzki, foto oraz twórcy wideo - pracujących nad singlem i całą jego oprawą. Po rozmowie z samymi uczestnikami cała zabawa brzmi jeszcze lepiej, bo - sami to często podkreślali - poza zdobyciem wiedzy, wydaniem singla i możliwością grania na Zorzy, zdobyli przede wszystkim nowe znajomości, nauczyli się pracować w grupie i mają zamiar w tych kolektywach pracować dalej. Nic nie jest tak ważne w tej branży jak poznawanie ludzi.
W strefie FNOMN spotkaliśmy też Dawida Podsiadłę, który przyszedł powiedzieć "młodym" kilka słów przy okazji ostatniego przystanku Zorzy. "Bardzo się cieszę, że to się wydarzyło, jestem zadowolony z efektów, zaskoczyło mnie, jak dobrze to wszystko ostatecznie wygląda. Mam wrażenie, że powstały rzeczy, których nie będziecie się wstydzić, i że to jest pełnoprawna część waszej historii. Przy pierwszej edycji mamy wiele pierwszych razów, cieszę się, że to był taki dobry pierwszy raz" - mówił. "Kto by nie wygrał, to się cieszę" - dodał jeszcze, bo, jak wspomniałam, jest to też konkurs, w którym w każdej kategorii można wygrać stypendium w wysokości 50 tysięcy złotych.
O koncertach jeszcze napiszę, bo i tam było ciekawie, ale dobrze było zobaczyć to wszystko od wewnątrz, trochę lepiej zrozumieć, co się dzieje i jak działa, i skarcić samą siebie za początkowe przypuszczenia. Sceptycyzm 0 : 1 Ciekawość.







![Twój, Dawid: Nie chcę być wydmuszką na reklamach [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ0S4GYILGKH-C401.webp)


![The Rumjacks: "Zakochaliśmy się w podejściu Polaków do muzyki" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000MJJ4WC9AM9HLM-C401.webp)