Wiktor Waligóra: "Dosyć szybko przyszły rzeczy, o których marzyłem od dziecka" [WYWIAD]
Po debiucie, nagrodzonym Fryderykiem za Fonograficzny Debiut Roku, pora na kolejne nowości. Wiktor Waligóra wydaje singiel “Jeśli ma się skończyć świat”, który jest pomostem pomiędzy starym a nowym materiałem. Z tej okazji porozmawialiśmy z nim o nadchodzących nowościach, ale również o występie na tegorocznym Open’erze.

Wiktor Fejkiel, Interia Muzyka: Przed tobą premiera najnowszego singla "Jeśli ma się skończyć świat" - czy to zapowiedź czegoś większego?
Wiktor Waligóra: - "Jeśli ma się skończyć świat" jest takim luźnym singlem, który ani nie jest zapowiedzią nowych rzeczy, ani kontynuacją poprzedniej płyty. Pojawił się w mojej głowie ostatnio przy pracy nad nową płytą, natomiast zupełnie do niej nie pasuje. Nie chciałem go tłumić na przyszłość, bo porusza dość aktualne dla mnie tematy, więc postanowiłem się nim podzielić już teraz.
Jak sam to opisałeś, ten singiel jest swego rodzaju pomostem między "nowym a starym" - w jakim kierunku chcesz, by poszły nowe rzeczy?
- Myślę, że będzie to przede wszystkim motyw gitarowy, bo właśnie gitara towarzyszy mi teraz najmocniej. Sam ostatnio zacząłem coraz lepiej na niej grać i czuję, że fajnie ze mną rezonuje i bez wątpienia zostanie ze mną na dłużej.
Masz jakieś cele, które stawiasz sobie w kontekście drugiej płyty?
- Ze względu na mój mały kryzys twórczy, cały proces twórczy nad drugim krążkiem nieco się wydłużył. Jednak takim celem, jaki stawiam sobie, bez wątpienia jest utrzymanie konceptowości, na której niezwykle mi zależy.
Wracając do "Jeśli ma się skończyć świat" - dość mocno wyczuwalne są tutaj inspiracje muzyką lat. 80. Co urzekło cię w niej najbardziej, że postanowiłeś zainspirować się tamtym brzmieniem?
- To, co urzeka mnie najbardziej, to taka wolność i swoboda w tej muzyce. Twórcy wtedy trochę mniej się przejmowali zdaniem krytyków, a bardziej chcieli być wierni po prostu sobie. Te brzmienia były (i nadal są) dla mnie poniekąd obce. Łącznikiem natomiast pomiędzy współczesnością, a muzyką lat 80. niewątpliwie jest syntezator, który pojawia się w refrenie i popchnął nas w tym kierunku. Później pociągnęliśmy to dalej w teledysku poprzez ubrania, jakie mamy na sobie oraz samą koncepcję klipu.
Utwór powstawał w okresie przejściowym pomiędzy tworzeniem debiutu, a materiału na drugi krążek?
- Zdecydowanie później, jest bardzo świeży. Tak naprawdę pojawił się w mojej głowie pod koniec pisania drugiej płyty - stąd decyzja, by wydawać go już teraz, by się nie zestarzał zbyt szybko. Ten tekst i muzyka bardzo rezonują ze mną, szczególnie w ostatnich tygodniach - muzyka zawsze była dla mnie próbą odcięcia się od problemów, tak jest i z tym utworem.
Odczuwasz znaczącą różnicę w procesie twórczym najnowszych materiałów (jak ten singiel), względem utworów, które znalazły się na twoim debiucie?
- Obecnie jestem dużo bardziej świadomy tego całego procesu. Pierwszy album to było dużo szukania i sporo niewiadomych. Wszystko robiłem po raz pierwszy. Teraz znam wszystko doskonale od środka i poznałem na nowo również samego siebie - wiem w jaki sposób piszę i ile czasu na to potrzebuję. "Jeśli ma się skończyć świat" jest już dobrym przykładem, jak szybko udaje mi się zrobić numer. Całościowo jakość nowych materiałów jest znacznie wyższa niż była wcześniej, i to mnie cieszy najbardziej.
No właśnie, za niedługo stuknie rok od debiutanckiego "Czekam na świt" - zgodzisz się ze stwierdzeniem, że jego wydanie było przełomowym momentem w twojej karierze?
- Bez dwóch zdań. Dzięki niemu udało mi się zagrać na mniejszych i większych scenach, pozwolił mi się skupić tylko i wyłącznie na muzyce, co też jest dla mnie nowością. No i przede wszystkim, tak jak już wspominałem, nauczył mnie sporo o procesie tworzenia. Sam materiał miał też dość duży wpływ na to, kim się teraz stałem - wszystkie piosenki są o mnie i o tym, co czuję. Pozwolił mi się wyzbyć tych emocji, coś w rodzaju autoterapii. Ale to, co działo się dookoła, też było niesamowite. Dosyć szybko przyszły rzeczy, o których marzyłem od dziecka. Ale najfajniejsze chyba było to, że wreszcie miałem materiał, z którym mogłem grać koncerty.
Niewątpliwie wśród tych spełnionych marzeń znalazł się Fryderyk za Fonograficzny Debiut Roku. Byłeś zaskoczony aż tak pozytywnym odbiorem tego krążka?
- Przygotowując materiał, nigdy nie wiesz, co się z nim później stanie. W momencie oddania go do masteru, przestaje być tylko twój - wystawiasz go na opinie innych ludzi, którą ciężko przewidzieć. Jak się okazało, "Czekam na świt" przypadł do gustu wielu osobom z branży, która postanowiła mnie nagrodzić. Kompletnie się nie spodziewałem tego Fryderyka i już sama nominacja była dla mnie dużym osiągnięciem.
Jak ty, jako twórca, odbierasz ten krążek z perspektywy czasu?
- Słuchając tych utworów teraz głównie na żywo, jest tysiąc rzeczy, które zrobiłbym inaczej. Natomiast niczego nie żałuję, ponieważ wszystko, co się wydarzyło przy tej płycie pokazało mi, jak pewne rzeczy robić właściwie. Na koniec dnia wydaje mi się, że to naprawdę fajny krążek do puszczenia sobie wieczorem i wsłuchania się w teksty, z których jestem najbardziej dumny.
"Czekam na świt" to jeden z tych debiutów, który był już planowany od pierwszych napisanych przez ciebie utworów, czy raczej dojrzewał wraz z tobą?
- Zaczynając pisać, robiłem to głównie dla siebie nie myśląc, co się z tym może wydarzyć. Po pierwszych dwóch wydanych utworach stało się jasne, że trzeba by to zamknąć w jakieś wydawnictwo i stworzyć opowieść - tak też zrobiliśmy. Więc odpowiadając, większość płyty faktycznie była tworzona z myślą o całości, ale pierwsze tracki powstawały zupełnie niezależnie.
"Ikara", czyli drugi opublikowany utwór, miałeś przyjemność zaśpiewać w Tauron Arenie w ramach zapowiedzi koncertu "To Kraków Tworzy Metamorfozy". Czujesz szczególny sentyment do tej piosenki?
- "Ikar" powstał podczas mojego pierwszego spotkania z jakimkolwiek producentem. Siedzieliśmy u mnie w domu i robiliśmy demówki. Po czterech dniach próbowania wymyślenia czegokolwiek, wkurzony siadłem do pianina i skleiłem taki numer. To był tak szybki proces twórczy, którego nigdy nie udało mi się odwzorować. Cieszę się, że utrzymaliśmy go finalnie w takiej minimalistycznej aranżacji, bo zachował fajny klimat.
Przejdźmy teraz do PROJEKTU WOW, który wraz z Piotrem Odoszewskim i Kajetanem Wolasem współtworzycie. Spodziewałeś się tak ciepłego przyjęcia was, gdy zaczynaliście w ubiegłym roku?
- Nie do końca wiedziałem, co powstanie z tego projektu. Zaczęliśmy sobie aranżować te covery i nie mieliśmy żadnej wizji "co dalej". Myślę jednak, że takim kulminacyjnym momentem był koncert na poznańskim Męskim Graniu, który zagraliśmy z chłopakami. To, że ludzie znają te utwory, jest dla nas dużym ułatwieniem, ale i tak te ogromy energii jakie dostajemy od publiczności zawsze są niesamowicie miłe.
Nie kusiło was, by stworzyć razem coś nowego?
- Pojawiały się takie pomysły, nawet niedawno przy okazji prób, natomiast nie spotkały się z jakimiś konkretami. Każdy z nas jest w momencie mocnego skupienia się na solowych rzeczach i nie do końca wiemy, jak mielibyśmy pocisnąć wspólny projekt. Na pewno ta przyjaźń, którą mamy między sobą, kiedyś przerodzi się w coś, co razem stworzymy, pytanie jednak kiedy i w jakiej formie.
Miałeś okazję również solowo wystąpić na tegorocznym Open'erze. Jak wspominasz ten koncert?
- Był to mój pierwszy raz na tym festiwalu, zarówno jako wykonawca, jak i uczestnik. Całkowicie zaskoczyła i onieśmieliła mnie skala tego wydarzenia. Wiele o nim słyszałem, ale nie spodziewałem się aż tak dużego rozmiaru tej imprezy. Sam koncert wspominam cudownie. Przez równą godzinę utrzymaliśmy namiot pełen ludzi. Wiele z nich śpiewało każdą piosenkę, co bardzo mnie zaskoczyło i wzruszyło. Zagraliśmy też po raz pierwszy na żywo "Jeśli ma się skończyć świat".
Czy można powiedzieć, że już poniekąd przywykłeś do tak wielkiego grania?
- Chyba nie da się przywyknąć do ogromu emocji i wdzięczności jakie towarzyszą mi za każdym razem, gdy wychodzę na scenę. Nieważne czy małą, czy tak dużą jak w Gdyni. Dużo lepiej natomiast radzę sobie z opanowaniem stresu i prowadzeniem koncertu. Bo takie show to nie tylko wyśpiewanie kilkunastu piosenek. Trzeba zadbać o to, by pomiędzy nimi publiczność nie miała powodu by się nudzić, a energia ze sceny nigdy nie spadła poniżej pewnej wartości. Na Open'erze się udało (śmiech).
Po tak intensywnym koncertowo lecie, możemy spodziewać się nowości na jesień?
- Ten wakacyjny singiel "Jeśli ma się skończyć świat" jest dla mnie rozgrzewką przed tym, co będzie się działo. Czuję, że przygotowałem fajną płytę i po wakacjach będę starał się ją pokazywać szerzej. Także wyczekujcie!







