Reklama

Tomasz Budzyński: Miłość w czasach zarazy [WYWIAD]

Tomasz Budzyński wydał nowy album "Pod wulkanem" /Piotr Dziurman /Reporter

"Pod wulkanem" to już czwarta solowa płyta Tomasza Budzyńskiego. Zarówno ze względu na teksty, jak i muzykę najnowsze wydawnictwo wokalisty, znanego przede wszystkim z Armii, to dobra ścieżka dźwiękowa do późnego lata oraz wczesnej jesieni - magicznego czasu przemijania, który przebija się z wielu jego utworów. Specjalnie dla Interii Budzy opowiedział o życiu w cieniu pomrukującego potwora, nocnych podróżach pociągiem, magicznych miejscach coraz częściej przejętych przez bezduszny beton oraz najważniejszych wpływach towarzyszących powstaniu "Pod wulkanem".

Michał Przechera, Interia: Już po kilku przesłuchaniach "Pod wulkanem" łatwo poczuć, że ponownie skierowałeś się w stronę estetyki gdzieś spomiędzy nostalgii "Tańca Szkieletów" a nieuchwytnej magii "Luny". Czy powrót do tej akustycznej, nieco neofolkowej, formy był niczym złapanie powietrza po eksperymentalnych i prawdopodobnie trudnych emocjonalnie i wykonawczo płytach projektów Rimbaud i Stutthof?

Tomasz Budzyński: - Nie powiem, żebym był jakoś specjalnie zmęczony tymi eksperymentami, ale już po prostu nie chcę podążać w tamtą stronę. Rimbaud i Stutthof to był głównie ciężki - momentami awangardowy - materiał. Szczególnie wykonywanie go na koncertach jest dla mnie bardzo trudne. Oczywiście to nie jest tak, że robiłem to na siłę, ale te formy nie do końca wyrażają mnie jako osobę. Żeby zacytować tu Rimbauda - "ja to ktoś inny". Słuchałem wtedy dużo muzyki improwizowanej, free jazzu i innej awangardy. To było ciekawe doświadczenie, ale to nie jest po prostu moja bajka i w sumie nie mam już zamiaru udawać, że to "czuję", skoro nie czuję (śmiech). Ja chciałem nagrać płytę, która będzie przypominać moje obrazy. Tam mieszka Tomasz Budzyński. No i stworzyłem album, która mnie wyraża (śmiech).

Reklama

W wywiadzie dla "Teraz Rocka" przyznałeś, że teksty na nowy krążek powstawały trzy lata. Muszę przyznać, że nie było mi łatwo znaleźć klucz do tych minimalistycznych, nieco opisowych, liryków. Im dłużej jednak się w te słowa wsłuchuję, tym bardziej zauważam, że bardziej można je zrozumieć jako formę mantry czy nawet egzorcyzmu stworzonego ze zlepków podświadomości. Dobrze kombinuję?

- Jest tylko jeden klucz - miłość, ale to była miłość w czasach zarazy. Ta bezradność i to doświadczenie, że nic ode mnie nie zależy, są bardzo cenne, bo pozbawiły mnie iluzji, że nad wszystkim panuję i mam władzę nad swoim życiem. Pewnych rzeczy nie można sobie ot tak wziąć - one są darowane i to może nie na zawsze. Człowiek wtedy niezwykle się zmniejsza i pokornieje, a to jest bardzo dobre. W tym czasie na covid zmarło kilku moich przyjaciół, z których śmiercią nie mogę się do dziś pogodzić. Jednym z nich był Andrzej "Cortezza" - lekarz z Lublina, bez którego pomocy takie płyty jak "Taniec szkieletów" czy "Luna" w ogóle by się nie ukazały. Też byłem chory na koronawirusa i myślałem nawet, że już nie dojdę do siebie. Bogu dzięki, wróciłem do formy i zdrowia. W takiej atmosferze powstawała ta płyta. A gdy zaczęliśmy miksy, wybuchła wojna. Tak wygląda życie pod wulkanem.

Ale nie powiedziałbym, że liryczny wydźwięk "Pod wulkanem" jest smutny.

- W tym momencie nawet trudno jest mi odnosić się do poezji i próbować ją tłumaczyć. Wolałbym tego nie robić, ale w każdym razie udało mi się stworzyć coś, z czego jestem zadowolony. Te teksty są dla mnie trochę jak deska ratunku -  bo człowiek potrzebuje pokrzepienia, żeby jakoś przeżyć. To, co ma miejsce na świecie, nie nastraja do wesołości, ale moja perspektywa otwiera się na wieczność i wierzę, że to, co nas spotyka, nie dzieje się przypadkiem. Starałem się po prostu to robić - w tym okresie moja żona podsunęła mi pomysł koncertów domowych, które wrzucałem na YouTube'a. To również bardzo pomagało mi przetrwać ten czas i skończyć płytę.

A z jakimi trudnościami - oprócz kwestii zdrowotnych - mierzyłeś się jeszcze podczas tworzenia "Pod wulkanem"?

- Myślałem, że nigdy jej nie skończę. Muzykę skomponowaliśmy wspólnie z moim synem Stanisławem trzy lata temu, jeszcze przed zarazą. Właściwie można powiedzieć, że to nasza wspólna płyta. Z muzyką nie mieliśmy żadnego kłopotu - ona się niemal sama z nas wylewała, ale wokalista musi napisać teksty i tu pojawia się duży problem. Po nagraniu ponad trzydziestu płyt automatycznie włącza się tak zwana autocenzura. Wieczorem powstawał tekst, a rano już mówiłem  do siebie: "no przecież ja już sto razy o tym śpiewałem" albo "jakbym miał 20 lat, to by może i przeszło, ale ja jestem o wiele starszy". Ta płyta opowiada o mnie jako o człowieku, który ma sześćdziesiąt lat. Nie wiem, czy to ciekawe dla słuchaczy, ale mam nadzieję, że tak, bo opowiadanie własnej historii zawsze jest dobre. Człowiek odkrywa, że jego życie ma sens i jest pełne miłości Boga. Jestem bardzo zadowolony z "Pod wulkanem" i sądzę, że to mój najlepszy album. Uważam, że szczególnie muzyka jest piękna.

Mistyczne bary mleczne, czarny las, tajemnicze dworce z niebieskim światłem - zdarza ci się jeszcze trafiać na takie bajkowe miejsca, często przywołujące na myśl dzieciństwo? A może chęć umieszczenia ich w tekstach wynika z potrzeby utrwalenia lokalizacji stopniowego zanikających na rzecz współczesnego "potwora" - nowych betonowych konstrukcji całkowicie pozbawionych duszy?

- Ja się zestarzałem ze światem, na który patrzyłem kiedyś oczami dziecka. Ta płyta to nie są wspomnienia z dzieciństwa, jak na "Tańcu szkieletów". Mimo, że mam skłonności do sentymentalizmu, opisuję siebie tu i teraz. "Czy mnie słyszysz?" - pytam w króciutkim tekście czwartego utworu. Całe życie podróżuję pociągiem - w ostatnich latach z oczywistych względów trochę mniej - ale stale jestem w podróży i gdzieś dojeżdżam. To jednak już nie jest ta sama podróż. Współczesne pociągi - wagony, w których nie można otworzyć okna, to też nie to. Ale nie o tym chciałem mówić. Użyję takiego obrazu - gdy jadę pociągiem nocą, widzę w szybie odbicie swojej twarzy. Zawsze się jej przyglądałem. To już nie jest twarz tego młodzieńca, którego obraz każdy nosi gdzieś w sobie. Pytam się - to naprawdę jestem "ja"? Niemniej podczas podróży udaje się jeszcze gdzieniegdzie zauważyć magiczne miejsca: świecące domy - przydrożne bary czynne 24 godziny na dobę - czy niebieskie światła rozrządowe. Część tego świata jeszcze istnieje w tym "pustym przedziale" ale, przykro mówić, jego dni są policzone. Taka jest prawda.

Gdy rozmawialiśmy już blisko dekadę temu po premierze albumu "Mor" Trupiej Czaszki przyznałeś, że w pewnym momencie pojawiły się znaki zapytania związane z możliwością dodania czegoś do "armijnej" formy. A jak bardzo w odnalezieniu nowych tropów na "Pod wulkanem" pomogły osoby, z którymi studyjnie współpracowałeś po raz pierwszy - jak choćby twój syn Stanisław, perkusjonalista Tomasz "T.ETNO" Drozdek czy waltornista Jan Szczepaniak?

- O nowych tropach to raczej bym nie mówił, ale przede wszystkim chcę ponownie nawiązać do współpracy z moim synem, którego udział na "Pod wulkanem" stał się czymś naturalnym i oczywistym. Dopóki Stanisław mieszkał u nas w domu, improwizował w pokoju za ścianą i my z Natalią słuchaliśmy tej pięknej muzyki. Te wszystkie jego transowe zagrywki kojarzyły mi się ze stylem amerykańskiego gitarzysty Johna Fahey'a, znanego z solowych, przedziwnych albumów jak na przykład "Red Cross". Przekonywaliśmy go, że to gotowe utwory, które warto nagrać i opublikować. I rzeczywiście Stanisław zaprezentował kilka autorskich minimalistycznych miniatur, a oprócz tego bardzo dobrze wpasował się w muzykę, którą mu grałem. Na początku pokazywałem mu różne motywy na gitarze akustycznej, a on dodawał coś od siebie. Jeden dziennikarz mi powiedział, że Stasiek gra na "Pod wulkanem" jak Robert Smith z pierwszych płyt The Cure, choć ja nigdy bym na to nie wpadł. Ale teraz jak o tym myślę, to widzę w tym trochę racji (śmiech).

Nie są to jedyne nobilitujące gitarowe porównania, które można przeczytać w kontekście Stanisława.

- Stasiek w Armii występuje już od kilku lat i gra coraz lepiej - i robi to po "brylewskiemu", jego styl gry w niczym nie przypomina Popkorna, Michała Grymuzy czy Frantza. Obecny skład zespołu jest świetnie zgrany i "Legenda" na koncertach wychodzi nam bardzo dobrze, a ludzie są wręcz zachwyceni. Znowu pojawiła się ta stricte armijna estetyka. Co więcej, jesteśmy już bardzo blisko wejścia do studia z nową płytą! Ale, wracając do "Pod wulkanem", to niesamowitą robotę wykonał producent płyty - Piotr Mańkowski. Można wręcz powiedzieć, że to on jest współautorem brzmienia, które mi się tak bardzo podoba. Jeśli chodzi o dalsze perspektywy, to właśnie z nim chciałbym nagrać nową płytę.

Nie do przecenienia jest też wpływ Michała Jacaszka na klimat albumu - dzięki jego szumiącym tłom, słuchając płyty, miałem wrażenie obcowania z opowieścią, a nawet książką.

- Od znajomych usłyszałem, że to jakby "niekończąca się muzyka". Przywodzi mi to na myśl niektóre utwory mojego ulubionego kompozytora - Debussy'ego, które opierają się o formę niejako pozbawioną początku i końca. Zaczynają się, jakby wiał wiatr - jak w słynnej biblijnej frazie, w której nie wiesz skąd ten wiatr przychodzi i dokąd podąża. Z Michałem Jacaszkiem jestem duchowo spokrewniony, podobnie jak z Wojckiem Czernem. Odgłosy bocznic utworzą harmonię...

Możesz opowiedzieć nieco więcej o samym procesie nagrywania? Siedzieliście razem w studiu, podzieliliście to na etapy, a może ścieżki nagrywane były osobno? Dawałeś instrumentalistom wolną rękę w tworzeniu tych wietrznych tekstur?

- Płyta powstawała stopniowo i bez pośpiechu, trochę jak "Legenda" Armii. Nie nagrywaliśmy wszystkiego naraz. Na początku graliśmy próby we trzech - ja, Stasiek i Tomasz Drozdek - perkusista, którego feeling i sposób grania niesamowicie mi odpowiadają. Powstały wówczas ślady bębnów i piloty gitarowe. Przez długi czas układałem melodie wokalowe tylko do tych pilotów. Gitary - zarówno te Staśka, jak i moje akustyczne - pod kątem albumu nagraliśmy w domu. Tak jak i wokal - siedziałem na krześle, przy stole na którym maluję obrazy, i śpiewałem do estradowego mikrofonu Shure SM57 (śmiech). Dokładnie tak to wyglądało. Następnie, mówiąc ogólnie, tu i tam, zarejestrowaliśmy pozostałe instrumenty - waltornię, akordeon czy różne instrumenty perkusyjne. Koledzy grali to, co im zanuciłem. A  "wolna rękę" dałem tylko Mateuszowi Pospieszalskiemu (śmiech). Zagrał ciekawą solówkę w utworze "Czy mnie słyszysz", która przypomina mi trochę klimat utworu "Shine on You Crazy Diamond" Pink Floyd. Wszystko razem zmiksowaliśmy w studiu u Piotra Mańkowskiego. I zapomniałem powiedzieć, że na basie gram ja!

Pamiętam, że na koncertach Trupiej Czaszki chwytałeś za cztery struny, ale to chyba twój studyjny debiut na tej pozycji? Nie chciałeś powierzyć tej roli jakiemuś "zawodowcowi"?

- Profesjonalni basiści często nie potrafią położyć zwyczajnie pojedynczych dźwięków, chcą zaraz to ubogacać (śmiech). Ja potrzebowałem właśnie tych prostych dźwięków we właściwych miejscach, zrobiłem to sam i sprawiło mi to dużą przyjemność. Mówiąc szczerze, bardzo lubię grać na basie i dałem nawet kilka ultraczadowych koncertów z zespołem Trupia Czaszka. Ale to było już dawno...

Wróćmy do samych utworów. Jednym z najbardziej magicznych momentów "Pod wulkanem" jest dla mnie wokaliza na koniec otwierającej płytę "Bezsenności". Podskórnie odbieram ją jako klamrę spinającą się z końcówką "Radia Rivendell" - pierwszego numeru na twoim solowym debiucie.

- Płyta ma pewną klamrę - muzyka, która się nie kończy, gdzieś tam się kończy (śmiech). Zarówno pierwszy, jak i ostatni utwór na "Pod wulkanem" kończą się wokalizą - podobną do "hilare" z "Tańca szkieletów". Traktuję to jak taką duchową pieśń bez słów.

"Idź, nie zwlekaj" z "Komety nr 8" kojarzy mi się natomiast nieco z "Przesłaniem Pana Cogito" Zbigniewa Herberta. "Idź, dokąd poszli tamci, do ciemnego kresu"...

- Na tej płycie nie inspirowałem się Herbertem, którego jednak osobiście bardzo cenię - to jeden z moich ulubionych polskich poetów. Swoją drogą to dla mnie niepojęte, że ten człowiek nie dostał Nagrody Nobla. Ale jeśli mielibyśmy się na nowym albumie doszukiwać jakichś literackich wpływów, to na pewno wymienić powinienem Papuszę - poetkę cygańską, której wiersze mnie wręcz wzruszają do łez. W "Pieśni wieczornej" użyłem jej sformułowania "czarny lesie, ojcze mój". Michał Jacaszek twierdzi, że Tomasz Budzyński produkuje muzykę ilustracyjną. W końcu jestem malarzem i wszystko sobie wizualizuję i podobnie było z tym obrazem. Ta krótka fraza Papuszy jest dla mnie czarodziejskim światem, tajemniczą porą zmierzchu, a to jest moja ulubiona pora dnia.

Nie sposób nie nawiązać też do utworu poświęconego zmarłemu już cztery lata temu Robertowi Brylewskiemu. "Max Koniec Polski" to była trudna kompozycja?

- Nie, ten utwór napisałem wręcz z przyjemnością jako epitafium dla Roberta, który podpisywał się różnymi pseudonimami - w tym jako Max Koniec Polski. Nosiłem się z tym zamiarem od kiedy umarł, ale nie chciałem kierować się emocjami, tylko stworzyć coś na spokojnie. Uważam, że Robertowi by się chyba spodobało (śmiech). Tam jest kilka humorystycznych momentów, jak choćby futerko pandy, które Brylu chciał mieć na głowie. On miał niezwykle wyrafinowane poczucie humoru. Gdy czasem go wspominam, myślę właśnie o tym jego poczuciu humoru, które zawsze  kojarzyło mi się z Kabaretem Starszych Panów. To była najwyższa klasa. Ten armijny, jedyny w swoim rodzaju, styl - to niepodrabialne "coś" - to przede wszystkim dzieło Roberta.

Na nowej płycie ponownie pojawił się wątek zwierząt. Bracia mniejsi są dla ciebie ważni?

- W kapitalnej piosence Arki Noego "Dobre dobre bardzo dobre" padają słowa dziecka "wsystko to stwozenia Boze" (Budzy celowo sepleniąc śpiewa ten wers  - przyp. red.). Genialny utwór! Te ptaki, psy, koty, drzewa - to stworzenia Boże, nasi bracia, niezwykle nas ubogacający. Bóg stworzył psa też po to, żeby człowiek mógł sobie z nim pogadać. Ja na przykład chodzę do lasu i rozmawiam z drzewami. To dla mnie oczywiste, choć słowa które wypowiadam wcielając się w zwierzęta w tytułowej piosence mogą sprawić, że trochę przechodzą ciarki. Ale pamiętajmy, że to fragment utworu "Pod wulkanem", w cieniu i obliczu ogromnego zagrożenia. Wulkan milczy, chwilę pomruczy i nagle bum - nie ma nikogo. Dla mnie życie w ostatnich latach to właśnie życie pod wulkanem, który może zaraz eksplodować.

"Pod wulkanem" to też tytuł utworu Świetlików. Myślę, że cytat Marcina Świetlickiego "Po zdjęciu czarnych okularów ten świat przerażający jest tym bardziej" mógłby równie dobrze pasować do "dorosłego", niezbyt atrakcyjnego świata mijanego za oknami pociągu.

- Raczej nie szukałbym jakiegoś połączenia ze Świetlikami, mi oczywiście chodziło o identycznie zatytułowaną książkę Malcolma Lowry'ego - chyba najsmutniejszą na świecie. Ale moja płyta wcale nie jest smutna. Bardziej nagrałem ją ku pokrzepieniu serc, a nie, by kogoś przerazić. Nikt nas nie pytał, czy chcemy akurat żyć w takich czasach. Kultura, w której żyjemy jest potworem, który chce odebrać człowiekowi wszelką nadzieję.

Promocja albumu jest... mocno nienachalna. No i większość utworów trwa ponad pięć minut, a sam ten fakt w dzisiejszych realiach już czyni je nieradiowymi. Jesteś zadowolony z odbioru?

- Powiem szczerze, że już niczego się nie spodziewam. W obecnej rzeczywistości czuję się trochę tak, jakbym mówił w jakimś kosmicznym języku - jak egzotyczny ptak, który usiadł na gałęzi, a ludzie wpatrują się w niego i nie wiedzą, co robić. Chociaż po ilości odsłon na Spotify, to za bardzo się nie wpatrują (śmiech). Cieszę się i Bogu dziękuję, że mogłem nagrać tę płytę. Całe szczęście nie ma przymusu jej słuchania, ale warto spróbować. Jak sam widzisz, nie jestem nachalny w promocji i nie zamierzam robić... nawet nie wiem, co miałbym zrobić, żeby się skuteczniej zareklamować. Ja nie mam do tego głowy. Zachęcam po prostu do kupienia płyty i posłuchania jej.

Niedawno zaprezentowałeś swój nowy obraz "Wiatr". Komponowanie piosenek wpływa na twoje malarstwo?

- Na moje malarstwo bardziej wpływa słuchanie muzyki. Jak zawsze mówiłem - muzykiem zostałem przez przypadek, a malarzem jestem od zawsze. Teraz maluję trochę więcej i zawsze słucham przy tym muzyki, i to różnorodnej. Bardzo dobrze maluje mi się przy V symfonii Beethovena czy płycie "Quickness" Bad Brains. "Wiatr" - który równie dobrze mógłbym nazwać "I'm so green" - powstał zaledwie kilka tygodni temu. To bardzo świeża praca, którą także stworzyłem na fali albumu "Pod wulkanem", bo cały czas jestem na tej fali i często go słucham. Szczególnie w samochodzie fajnie brzmi... Jeszcze dużo czasu upłynie, zanim mi to minie.

Często wracasz do swoich płyt?

- W odróżnieniu od wielu artystów bardzo chętnie słucham nagranej przez siebie muzyki - nigdy nie nagrywam i nie podpisuję się pod czymś, co mi się nie podoba. Pamiętam, że Josh HommeQueens Of The Stone Age odpowiedział kiedyś coś podobnego na pytanie dziennikarza o sympatię do swojej twórczości: "Jak ktoś nie może słuchać swoich płyt, to po cholerę je w ogóle nagrywał?".

Przyznałeś, że podczas słuchania choćby "Rzeki dzieciństwa" Breakoutu odczuwasz gulę wzruszenia w gardle. A jak czujesz się z tym, że podobne wrażenia mają ludzie słuchający twoich utworów?

- Z tym jest jak z pytaniem o sens sztuki. Ja uczepiłem się tego, co powiedział Van Gogh - celem sztuki jest miłość bliźniego. Staram się tworzyć, żeby człowiek czuł się kochany i tak do niego mówić. Kiedyś papież Jan Paweł II skierował do artystów bardzo piękne słowa: "Artysta powinien być jak ten pies, co liże rany Łazarza".

Ale twoja wcześniejsza, wydana w 2011 roku, solowa płyta "Osobliwości" nie dla każdego była... czytelna.

- Całkowicie rozumiem, że ludzie mieli trudności w odbiorze tej... trudnej płyty. To też był mój osobisty eksperyment. Na razie nie będę podążać w tym kierunku, co nie zmienia faktu, że Michał Jacaszek cały czas chce kontynuować pracę z zespołem Rimbaud. Jesteśmy niemal w drzwiach studia i planujemy nagrać kolejną płytę!

To bardzo dobra informacja. Trafiłem gdzieś jednak na wypowiedź, że ekspresja nowego Rimbaud ma już nie być oparta na odhumanizowanych szczekaniach i charczeniach wokalisty (śmiech).

- Płyta ma bardzo ciekawy pomysł. Inspiracją jest czarne malarstwo Goyi, a ja zamierzam śpiewać mistyczne poematy św. Jana od Krzyża w oryginale - po hiszpańsku. Na pewno nie będzie to jednak ten styl, jaki był na pierwszym, nagranym w języku francuskim, albumie. Michał wysłał mi projekt muzyki, która jest bardzo ciekawa i mi się podoba. Przy okazji chcę powiedzieć, że Mikołaj Trzaska odszedł z Rimbaud, a jego miejsce zajął klarnecista Jerzy Mazzoll - od razu się zgłosił i bardzo się z tego cieszę, bo niezwykle podoba mi się jego gra. Ostatnio często słucham jego solowych płyt.

A czy audycja "Melodramat", którą prowadzisz już od kilku dobrych lat, ma też wpływ na ciebie jako twórcę?

- Ja bardzo lubię swoją audycję i lubię radio w ogóle. Mam to od dzieciństwa. To radio ukształtowało mój muzyczny gust, to tam po raz pierwszy usłyszałem Pink Floyd czy Joy Division.  Cieszę się, że mogę się dzielić z ludźmi fajną muzyką. Jestem bardzo zadowolony, bo puszczam tylko to, co mi się podoba. Niesamowite jest to, jak muzyka rockowa odrodziła się na świecie! Powstało dużo nowych zespołów, zwłaszcza angielskich - Black Midi, Black Country New Road, Oh Sees czy Idles reprezentujący niemal klasę The Clash. Jaki tam jest niesamowity wokalista! Ja, jako stary dziad, bardzo się cieszę, że młodzi ludzie tak fajnie grają. Z innych artystów warto wymienić Ghostpoeta czy Benjamina Clementine, muzyka śpiewającego i akompaniującego na fortepianie, który dla mnie jest jak wcielenie Niny Simone. To wspaniałe, że mamy tylu młodych wrażliwych artystów, bo już wydawało mi się, że zostali tylko starcy (śmiech).

Wielokrotnie podkreślałeś, że dla ciebie winylowe wydania płyt to małe dzieła sztuki. Kiedy możemy spodziewać się "Pod wulkanem" na analogu? Trzeba przyznać, że ostatnie armijne reedycje wyglądają i brzmią naprawdę bardzo dobrze. "Duch" już teraz stał się rarytasem kolekcjonerskim - na aukcjach trzeba zapłacić za niego około pięciu stów.

- A to nawet nie wiedziałem! Autorem tej wspaniałej edycji "Ducha" jest Mieczysław Stoch z Ars Mundi - niesamowita postać (prywatnie stryj Kamila Stocha - przyp. red.). To on sprawił, że nacięcie krążka miało miejsce w Abbey Road. Płyta jest perłą wydawniczą, pieczołowicie i wspaniałe przygotowaną - tak jak "Luna" z OBUH Records Wojcka Czerna. Metal Mind wziął się za reedycje - aktualnie mowa jest o wznowieniu "Tańca szkieletów". "Pod wulkanem" oczywiście też planujemy na winylu, ale teraz czeka się minimum pół roku, zanim płyta trafi do tłoczni. Mam jednak nadzieję, że się doczekamy - może na święta Bożego Narodzenia?

W ostatnich latach gros twoich wydawnictw opierało się na cudzych tekstach - zarówno "Rimbaud", jak i "Apel Cieni" czy "Źródło". Sięganie po teksty kogoś innego to utrudnienie, ułatwienie czy może nie ma tu reguły?

- Wiadomo, że najłatwiej śpiewać swoje teksty, o ile jesteś w tym wszystkim w miarę szczery. Ale istnieją bratnie dusze, także w sztuce - czytasz wiersz czy słuchasz muzyki, oglądasz obraz i masz wrażenie, że ktoś mówi twoim językiem. A jest to rozmowa dusz. Jest wielu - zwłaszcza poetów - których teksty mogę lub mógłbym śpiewać. Rimbaud, Papusza czy mój ulubiony współczesny poeta - Tomas Tranströmer. Z kolei tekst biblijny jest zaproszeniem do osobistej modlitwy. Codziennie powinno się śpiewać psalmy, które wprost egzorcyzmują rzeczywistość. Bardzo polecam każdemu!

Tradycją już jest, że wszystkie nasze wywiady kończymy koszykarskim wątkiem. Cieszysz się, że Golden State Warriors wrócili na fotel mistrza NBA?

- Oj, bardzo mi się podobały finały! Cały ostatni sezon był bardzo dobry. Zacięta, wprost zażarta, walka. Obecnie sympatyzuję z Bostonem czy Phoenix, ale muszę przyznać, że w finałach wygrał lepszy. Golden State w pełni zasłużyli na mistrzostwo - wrócił Thompson, zaczął grać Wiggins, a Curry jak ma dobry dzień, to nie można z nim wygrać. Zauważyłem, że w lidze jest z pięciu młodych "Jordanów", którzy potrafią wszystko. Jeszcze są o tyle fajni, że nie zdążyli nabrać masy - są chudzi i skoczni. Później zawodnicy stają się atletami, a młodziaki grają zwinnie i lekko. To jest wspaniały widok! Czekam już na nowy sezon.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL