Reklama

Reklama

Tomasz Budzyński "Pod wulkanem": Zaangażowanie nagradza [RECENZJA]

Tomasz Budzyński nie rezygnuje ze współpracy ze znanymi muzykami, ale "Pod wulkanem" to pierwsza od 12 lat płyta, sygnowana wyłącznie jego imieniem i nazwiskiem. Nie tak eksperymentalna jak "Osobliwości", ale też niepozbawiona oczekiwań wobec słuchacza. I to właśnie od jego zaangażowania zależy, ile z tej płyty będzie w stanie wyciągnąć.

Tomasz Budzyński nie rezygnuje ze współpracy ze znanymi muzykami, ale "Pod wulkanem" to pierwsza od 12 lat płyta, sygnowana wyłącznie jego imieniem i nazwiskiem. Nie tak eksperymentalna jak "Osobliwości", ale też niepozbawiona oczekiwań wobec słuchacza. I to właśnie od jego zaangażowania zależy, ile z tej płyty będzie w stanie wyciągnąć.
Okładka albumu Tomasza Budzyńskiego "Pod wulkanem" /materiały prasowe

"Pod wulkanem" to wręcz doskonała nazwa dla najnowszego solowego albumu legendarnego Budzego. Od artysty kipi gorącem - przypomina przybywającego z daleka wędrowca, którego zmęczenie i trudne doświadczenia podróży przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy snuje swoje profetyczne wizje.

To nie jest muzyka przyjemna. I nie ma taka być - utrzymana jest w ciemnych barwach, pozbawiona jasnych barw (co nie znaczy, że nadziei), a tkwi gdzieś pomiędzy nowofalową czy wręcz zimnofalową estetyką a gotyckim uniesieniem z dozą szamańskiego folku przy zapalonym ognisku. To pozycja niezwykle spójna: perkusja miesza się z perkusjonaliami tworząc charakterystyczny groove, a mocno kompresowane, szybkie gitary w połączeniu ze rozpychającymi się basami doprowadzają do tego, że całość sprawia wrażenie rzeczy niezwykle dusznej. Nie zapomnijmy o waltorni czy saksofonie, odpowiednio dociążających utwory.

Reklama

Czasem wprowadzany jest czas na oddechu i muzycy wpuszczają nieco powietrza jak chociażby w zaskakująco idyllicznym, cure'owym "Maks Koniec Polski". Częściej jednak popadają w mantrowość, usadzając kolejne, powtarzające się słowa Budzyńskiego w głowie niczym modlitwę. A trzeba pamiętać, że artysta ma tendencję do repetywności (i nabudowywania jej), utwierdzającej tylko w poczuciu uczestniczenia w doświadczeniu mistycznym. Szczególnie dotyczy to takiej "Rozmowy dusz", która jest autentycznym wejściem do jakiegoś orientalnego rytuału wyprawianego w środku lasu, czy porywającej i tak dynamicznej, jak niepokojącej "Pieśni wieczornej", zakończonej enigmatycznymi ambientowymi plamami Jacaszka, współpracującego od lat z Budzyńskim. Te ambientowe fragmenty to zresztą zawsze ciarkogenne momenty płyty.

Sam Tomasz to wokalista nad wyraz "nie z tej epoki" - niedoskonały we wręcz fascynujący sposób. Sprawia wrażenie jakby zawsze chciał osiągnąć więcej i zaśpiewać więcej niż pozwalają mu na to warunki. I to całkiem niezły trop biorąc pod uwagę jego teksty, w których bycie człowiekiem z całym bagażem ludzkich ograniczeń zawsze w jakiś sposób uwiera i poszukuje się "czegoś więcej". Wersy są rwane, skupione na wyrazistych, pojedynczych obrazach lub wręcz słowach, które mają się dopełnić dopiero w wyobraźni słuchacza.

Tu wyrasta nam kwestia, która potrafi być atutem i przeszkodą - "Pod wulkanem" to pozycja, która naprawdę powoli odkrywa swoje mocne karty, szczególnie osobom, które nie poświęcą jej wystarczającej uwagi. Początkowo faktycznie może odrzucić tym chłodnym, nieco wręcz nieprzyjaznym brzmieniem. Do tego można zarzucić "Pod wulkanem", że spójność zmienia się tu miejscami wręcz w jednorodność, co przy takiej ilości zaangażowanych muzyków oraz bogactwie instrumentarium może powodować niedosyt. Ale jeżeli się nie przełamiecie, wtedy umknie wam chociażby to, jak dobre kompozycyjnie zdarzają się tu rzeczy i ile skrywają aranżacyjnych smaczków.

Tomasz Budzyński, "Pod wulkanem", Metal Mind Production

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL