Reklama

Salvador Sobral: Eurowizja zawsze będzie w moim życiu

Salvador Sobral promuje płytę "Paris, Lisboa" /Pablo Cuadra /Getty Images

To właśnie robię w muzyce - zawsze poszukuję, ale mam nadzieję, że nigdy tego nie znajdę, bo wtedy muzyka umrze - mówi Interii Salvador Sobral, zwycięzca Eurowizji 2017, który na początku kwietnia odwiedził Polskę promując swój nowy album "Paris, Lisboa".

Reklama

Salvador Sobral wygrał organizowany w Kijowie 62. Finał Konkursu Piosenki Eurowizji dając Portugalii pierwszy w 53-letniej historii udziału tego kraju tytuł najlepszej piosenki Starego Kontynentu. Autorką zwycięskiego utworu "Amar pelos dois" (Kochać za dwoje) jest siostra Salvadora, Luisa Sobral.

Muzyk od dłuższego czasu chorował na serce i występ w Kijowie był jego jedynym poza ojczyzną. W grudniu 2017 r. Salvador Sobral przeszedł operację przeszczepu serca. Po raz pierwszy na scenę powrócił podczas Eurowizji 2018 w Lizbonie, gdy wystąpił w duecie z brazylijskim muzykiem Caetano Veloso. Do końca roku koncertował w Portugalii i Hiszpanii.

Reklama

Tuż po premierze nowego albumu "Paris, Lisboa" ruszył w trasę po Europie, którą rozpoczął czterema koncertami w Polsce.

Wywiad przeprowadziliśmy przed pierwszym z występów, który odbył się w Klubie Studio w Krakowie.

Michał Boroń, Interia: To twoja pierwsza wizyta w Polsce - cztery koncerty w czterech miastach. Czy masz w związku z tym jakieś oczekiwania?

Salvador Sobral: - Muszę powiedzieć, że mam duże oczekiwania, bo każdy z artystów, o których wiem, że grali tutaj, mówił, że polska publiczność jest niesamowita, bardzo ciepła. Tańczą, śpiewają, więc zobaczymy, czy mnie się to również przytrafi.

Mój bardzo dobry przyjaciel Dino D'Santiago, który właśnie był tu na trasie [w pierwszej połowie lutego odwiedził cztery polskie miasta], powiedział mi, że to była najbardziej szalona publiczność, którą kiedykolwiek widział. Ludzie kupili mnóstwo jego płyt.

Twój nowy album "Paris, Lisboa" opowiada m.in. o podróży między tymi dwoma miastami. Czy życie artysty jest rodzajem takiej niekończącej się podróży? Od jednego miejsca do drugiego?

- To zawsze jest rodzaj poszukiwań. Nie lubię tak naprawdę nagrywać płyt, lubię wykonywać muzykę na żywo. Muszę nagrywać albumy, bo tak działa przemysł muzyczny, bo chcą tego ludzie - kupować i słuchać płyt. Więc to tak naprawdę chodzi o to, by znaleźć to magiczne brzmienie z koncertu i powtórzyć je w studiu, co zawsze jest bardzo trudne.

To właśnie robię w muzyce - zawsze poszukuję, ale mam nadzieję, że nigdy tego nie znajdę, bo wtedy muzyka umrze.

Lizbona w tytule nie jest przypadkiem, a dlaczego Paryż?

- Kiedy poczułem się lepiej, kiedy wyszedłem ze szpitala, to w końcu znów mogłem podróżować. Moja żona [francusko-belgijska aktorka Jenna Thiam] pochodzi z Paryża i pracuje we Francji, więc ciągle podróżowałem - Paryż, Lizbona, Lizbona, Paryż... i to mnie zainspirowało do napisania tekstów, do pracy nad aranżacjami, rozmyślań o wyborze producenta. Cały proces tworzenia płyty powstał pomiędzy tymi dwoma miastami.

- Wtedy pomyślałem o moim ulubionym filmie "Paryż, Texas" Wima Wendersa i że ten tytuł może być odniesieniem do tego filmu. To nie jest tak, że przy słuchaniu mojej płyty pomyślisz o "Paryż, Texas". To tylko rodzaj hołdu.

Przypuszczam, że jesteś raczej fanem europejskiej kinematografii, a nie plastikowych filmów, na podobieństwo "plastikowych piosenek", o których mówiłeś podczas Eurowizji?

- Dokładnie tak! Tak samo myślę o filmach, jak o muzyce.

Wim Wenders jest też reżyserem "Lisbon Story".

- Akurat tytuł "Paris, Lisboa" odnosi się do filmu "Paryż, Texas". Oczywiście bardzo lubię też filmy "Niebo nad Berlinem" i "Amerykański przyjaciel", w sumie to wszystkiego filmy Wendersa, ale największy wpływ na mnie miał właśnie "Paris, Texas", od chwili, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. Te kolory, dialogi, relacja pomiędzy kobietą i jej synem - to zdecydowanie mój ulubiony film Wima Wendersa.

Wróćmy jeszcze do twojej żony - to ona napisała tekst do jednej z piosenek, "La Souffleuse".

- Tak, ona jest autorką słów, a muzykę napisał Joel Silva, który jest też producentem płyty. Zapytałem ją, czy by nie chciała napisać tekstu do tego walca. On szepce melodię do ludzi, którzy się w sobie zakochują. "La Souffleuse", czyli sufler.

Kiedy pisałeś te piosenki? One powstały już po Konkursie Eurowizji?

- Nie, nie, nie. W naszym przypadku to odwrotny proces - najpierw gramy piosenki na żywo, a potem je nagrywamy. Na przykład "Ela disse-me assim" czy "Playing with the wind" graliśmy od 2016 r. a zarejestrowaliśmy je dopiero teraz. Kiedy wchodzimy do studia, to już mamy te piosenki w sobie i możemy poszukać innych sposobów, by je zagrać.

Teraz gramy nawet nowy utwór, którego nie ma na "Paris, Lisboa", czasami tak właśnie robimy. Lubię ten proces. Oczywiście są na tej płycie też piosenki, które powstały już po Eurowizji, jak właśnie "La Souffleuse" czy "Grande ilusiones".

Na tej płycie śpiewasz w czterech językach - po portugalsku, hiszpańsku, francusku i angielsku, więc nie wszyscy pewnie wiedzą, o czym opowiadają te piosenki. Czy są w nich prawdziwe opowieści?

- Tak, niektóre piosenki są autobiograficzne. Na przykład "180, 181" opowiada o moich doświadczeniach z chorobą, o tych momentach, w których odreagowywałem swoje uczucia z tym związane. Z kolei "Paris, Tokyo II" to rzecz o relacji z moją żoną.

Ale piszę też piosenki o pewnych postaciach, jak "Benjamin". To historia o transseksualistce, która urodziła się dziewczyną, ale chciała zostać chłopcem i ostatecznie zmieniła płeć. "Grandes ilusiones" to także wymyślona historia o osobie, która z prowincji przyjeżdża do stolicy, by zostać artystą, co jest bardzo trudne. O wpływie tej stolicy na tego bohatera i jego staraniach.

Czy przed rozpoczęciem tej trasy lekarze coś ci doradzali, czy masz jakieś specjalne wskazówki czego nie powinieneś robić?

- Nie, jeśli dobrze śpię, co jest bardzo ważne, to nie ma problemu. Są pewne rzeczy, których nie powinienem jeść, ale przede wszystkim cieszę się, że wracam do zdrowia. Nie piję alkoholu, nie robię szalonych rzeczy, wszystko jest w porządku.

Widzę, że jesteś zadowolony i szczęśliwy, ale czy to możliwe, żeby Portugalczyk mógł uniknąć tęsknoty, tego specyficznego klimatu obecnego w muzyce fado?

- Nie, myślę, że to coś bardzo niezbędnego dla Portugalczyków, że oni potrzebują czuć tę melancholię, ten wspomniany przez ciebie klimat tęsknoty. Przynajmniej dla mnie, ja tego potrzebuję do tworzenia muzyki, ten rodzaj boleści jest niezwykle istotny.

Pytam też dlatego, że szczególnie w drugiej części płyty słychać wręcz radość i zachwyt, jak choćby w piosence "Anda estragar-me os planos".

- Po bardzo smutnej i przesyconej melancholią piosence "Amar Pelos Dois" chciałem powiedzieć światu, czy komuś, kto słucha tego albumu, że teraz jestem w radosnym momencie mojego życia. Oczywiście ten klimat melancholii jest wciąż obecny, choćby w "Mano a mano" czy "Prometo nao prometer".

Łatwiej się pisze właśnie takie piosenki?

- Ja uwielbiam interpretować ballady, jestem miłośnikiem ballad. Gdybym mógł tak zrobić, to moje koncerty składałyby się tylko z jazzowych ballad. Ale ludzie by się znudzili (śmiech).

Na płycie są dwie piosenki ze specjalnymi gośćmi - twoją siostrą Luisą ("Prometeo nao premeter") i Antonio Zambujo ("Mano a mano"). Możesz coś więcej o tym opowiedzieć?

- Wiedziałem, że moja siostra pojawi się na tym albumie, jej obecność w moim życiu jest bardzo silna. Nie tylko artystycznie, bo daje mi dużo cennych rad, ale także emocjonalnie, bo jest w końcu moją siostrą i zawsze nią będzie. Wiedziałem, że będzie obecna jako kompozytorka, ale potem pomyślałem, że chciałbym, żeby również ze mną zaśpiewała. Ponieważ śpiewamy razem od dawna, to było bardzo szybka współpraca, bardzo organiczna.

Z kolei wcześniej już opublikowałem inną wersję "Mano a mano", ale czułem, że potrzeba tej piosence czegoś więcej. Czuć w niej klimat południowej Portugalii z regionu Alentejo, z którego pochodzi właśnie Antonio Zambujo i wiedziałem, że on świetnie to zaśpiewa. Bardzo go cenię.

Na płycie śpiewasz w czterech językach, ale umiesz porozumieć się w pięciu, bo jeszcze włoski...

- ... I zacząłem uczyć się szwedzkiego.

Słyszałem, że to dlatego, ponieważ jesteś fanem twórczości Ingmara Bergmana?

- Tak, to prawda. Może zacznę się uczyć polskiego ze względu na Polańskiego (śmiech).

A znasz innych polskich reżyserów?

- Tylko Polańskiego i reżysera "Zimnej wojny". Jak on się nazywa?

Paweł Pawlikowski.

- Polska ma dużo dobrych twórców filmowych. Tak, widziałem "Zimną wojnę", ale najbardziej podobała mi się ta piosenka ["Dwa serduszka" wykonane w filmie przez Joannę Kulig; Salvador Sobral zaśpiewał po polsku ten utwór na koncercie w Krakowie - przyp. red.].

Uwielbiam różne języki, ale na płycie to dla mnie dodatkowy wehikuł, dodatkowy instrument. Prawdziwym językiem, którym się posługujemy, jest muzyka. Każdy język ma swoje piękne sylaby, które są muzykalne. Nawet Szwedzi mają bardzo piękne i melodyjne sposoby wymowy.

Czy śledzisz jeszcze Konkurs Piosenki Eurowizji?

- W tym roku już wcale. Kiedy w zeszłym roku zaśpiewałem z Caetano Veloso [w duecie z brazylijskim muzykiem w Lizbonie wykonali "Amar pelos dois" podczas finału Eurowizji 2018 - przyp. red.], to dla mnie był idealny koniec przygody z Eurowizji. Choć wiem, że ten etap będzie zawsze obecny w moim życiu i oczywiście jestem za to wdzięczny. Wiem, że bez niego nie rozmawialibyśmy dziś tutaj i nie grałbym koncertów w Polsce. Tak że nic nie wiem na temat tegorocznego konkursu.

Sprawdź tekst utworu "Amar Pelos Dois" w serwisie Teksciory.pl!

A pamiętasz może polską reprezentantkę z 2017 roku?

- Chyba tak... Blondynka w białej sukience?

Dokładnie - to była Kasia Moś.

- Tak, pamiętam. Śliczna dziewczyna. No ale Polki są piękne (śmiech).

Słyszałem, że nieco zmieniłeś zdanie na temat Eurowizji i już nie jesteś tak radykalny?

- Musiałem sobie uświadomić, że w Eurowizji najważniejszy jest show, a nie muzyka. Więc nie mogę oczekiwać, że ludzie będą tam wsłuchiwać się w piosenkę i jej przekaz - ten konkurs to rozrywkowy show.

Ale to nie pierwszy konkurs, w którym brałeś udział. Wcześniej byłeś w "Idolu", choć sam mówisz, że nie jesteś fanem tego typu programów. To po co w nich uczestniczyć?

- W Eurowizji wystąpiłem z czymś swoim, z czego jestem bardzo dumny. To była moja misja, pojawić się na Eurowizji z prawdziwą piosenką, z prawdziwym przekazem.

Jak bardzo byłeś zaskoczony swoim zwycięstwem?

- Oczywiście byłem, choć wcześniej notowania bukmacherskie wskazywały, że mamy szansę wygrać. Ale nie myślałem, że to naprawdę może się wydarzyć. Jednak wygraliśmy co było dość dziwne. No ale przywykłem do tego. Ludzie mogą zaadaptować się do każdych warunków (śmiech). Ale nic się w tej kwestii nie zmieniło - Eurowizja to wciąż rozrywka.

A ty robisz swoją muzykę i swoje koncerty.

- Ale jestem szczęściarzem. Na Eurowizji widziało mnie 200 milionów ludzi, gdy robiłem coś, w co wierzę. Byłem tam z piękną piosenką, z której jestem dumny.

Dowiedz się więcej na temat: Salvador Sobral

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje